Wciąż jadł łapczywie, a Chrissie skończyła śniadanie i opowieść jednocześnie. Ubranie szybko wyschło w ciepłej kuchni i tylko siedzenie spodni oraz tenisówki były trochę mokre. Już dostatecznie odpoczęła, by zastanowić się nad tym, co dalej.
– Co robimy? Powinniśmy wezwać wojsko, nie sądzisz ojcze?
– Może armię i marines – powiedział po chwili zastanowienia – mogą być lepsi w tego typu sprawach.
– Czy ojciec sądzi…
– O co chodzi, drogie dziecko?
– Czy ojciec sądzi, że jest jakaś szansa… no, nadzieja, że odzyskam rodziców? To znaczy takich, jakimi niegdyś byli?
Odłożył bułkę ujął jej dłoń. Palce trochę potłuścił masłem, ale nie zwracała na to uwagi, gdyż był tak bardzo troskliwy i opiekuńczy.
– Połączysz się z rodzicami – zapewnił z ogromnym współczuciem. – Gwarantuję ci to.
Zagryzła dolną wargę, powstrzymując łzy.
– Gwarantuję – powtórzył.
Raptem jego twarz zaczęła puchnąć. Nie równomiernie jak nadmuchiwany balon, lecz falowała i pulsowała miejscami, jakby pod skórą, w czaszce zmienionej w miękką masę, skręcały się i wiły robaki.
– Gwarantuję to!
Chrissie zbyt przeraziła się, by krzyczeć. Zamarła ze strachu, przykuta do krzesła, niezdolna nawet mrugnąć czy zaczerpnąć powietrza. Słyszała, jak jego kości trzeszczą, chrzęszczą, pękają, rozszczepiają się, rozkładają i odkształcają z nieprawdopodobną prędkością. Jego ciało odrażająco bulgotało, poddając się nowej formie niczym gorący wosk.
Czaszka księdza wydłużyła się tworząc kościsty grzebień, a twarz przedstawiała zadziwiająca mieszaninę skorupiaka, osy i szakala.
Wreszcie Chrissie wrzasnęła gwałtownie: „Nie!” Serce waliło jej tak mocno, że każde uderzenie sprawiało ból.
– Nie, odejdź, zostaw mnie, puść.
Rozszerzył szczęki w przerażającym grymasie, odsłaniając dwa rzędy ogromnych, ostrych zębów.
– Nie! Nie!
Próbowała wstać.
Uświadomiła sobie, że wciąż trzyma jej rękę.
Przemówił głosem dziwnie przypominającym głos matki i Tuckera.
– …potrzebować, potrzebować…chcieć… daj mi… daj mi… potrzebować…
Wyglądał inaczej niż opętani rodzice. Dlaczego kosmici nie byli do siebie podobni?
Otworzył szeroko paszczę i zasyczał na nią, a gęsta, żółta ślina oplatała, niczym nitki, zęby. Dziwny język wysuwał się w jej kierunku, jak figurka na sprężynie wyskakująca z pudełka. Wewnątrz paszczy były następne szczęki, tyle że mniejsze i z jeszcze ostrzejszymi zębami, osadzonymi na ruchomym trzonie, by rozszarpać ofiary ukryte w trudno dostępnych miejscach.
Ojciec Castelli przeistaczał się w przerażającego potwora z filmu Obcy, choć różnił się szczegółami.
Była więźniem horroru na jawie, bez wątpienia ulubionego filmu ojca Castelli. Czyżby mógł przybierać każdą postać, jakiej tylko zapragnął? Czy stawał się bestią dlatego, że sprawiało mu to przyjemność, tak jak kosmitom z opowieści Chrissie?
To było szaleństwem.
Całe ciało księdza zmieniało się. Koszula wisiała luźno w kilku miejscach, a w innych trzeszczała w szwach, gdy na torsie pojawiły się wybrzuszenia i zwierzęce narośle. Po chwili guziki oderwały się, materiał postrzępił się, a pęknięta koloratka przekrzywiła się na obrzydliwie odkształconym karku.
Dysząc i wyjąc próbowała uwolnić się z uchwytu. Wstała przewracając krzesło, ale on wciąż trzymał ją mocno. Był bardzo silny. Nie mogła wyrwać się.
Jego ręce także zmieniły się. Wydłużone palce pokryte gładką, czarną rogowatą substancją przypominały raczej kleszcze niż normalne dłonie.
– …potrzebować…chcieć, chcieć… potrzebować…
Chwyciła widelec i z całej siły wbiła go tuż za nadgarstkiem, gdzie ciało wciąż miało ludzki wygląd.
Miała nadzieję, że przygwoździ rękę do stołu, ale nie czuła, że ostrze przebiło ciało i utkwiło w drewnianym blacie.
Stwór ryknął tak przeraźliwie, że wycie aż przeniknęło ją do szpiku kości.
Opancerzona, demoniczna łapa rozwarła się w drgawkach. Chrissie wyrwała rękę. Na szczęście zrobiła to dostatecznie szybko, gdyż łapsko zatrzasnęło się ułamek sekundy później, przecinając tylko opuszki jej palców.
Drzwi kuchni znajdowały się za księdzem, więc musiała odwrócić się do niego plecami, by ich dopaść.
Z dzikim skowytem odrzucił widelec na bok. Zmiótł talerze z jedzeniem zamaszystym ruchem dziwacznie wydłużonego ramienia. Wyzierało z rękawa czarnej koszuli koszmarnie pokrzywione, płaskie albo haczykowate, pokryte chitynową substancją, która zastąpiła skórę.
Mario, Matko Boża, módl się za mną, Matko najświętsza, módl się za mną, Matko niepokalana, módl się za mną. Błagam – myślała Chrissie.
Ksiądz złapał stół i trzasnął o lodówkę, jakby mebel ważył zaledwie kilka uncji.
Teraz już nic nie ich oddzielało.
Zrobiła kilka kroków udając, że chce pobiec ku drzwiom. Ksiądz, a raczej coś, co przebierało się czasami za niego, rzucił się w prawo, by odciąć drogę ucieczki i złapać ją.
Zawróciła gwałtownie, tak jak od początku zamierzała, i pognała w przeciwnym kierunku do hallu na parterze, przeskakując porozrzucane na podłodze grzanki i kiełbasę. Udało się. Mokre buty piszczały na linoleum, gdy minęła księdza, nim zorientował się, że wywiodła go w pole.
Podejrzewała, że jest równie prędki jak silny i bez wątpienia szybszy od niej.
Słyszała, że pędzi za nią.
Oby tylko dotrzeć do frontowych drzwi, wydostać się na ganek i podwórze. Wówczas byłaby bezpieczna. Podejrzewała, że nie ścigałby jej na ulicy w obawie, iż ktoś go zauważy. Z pewnością kosmici nie opętali wszystkich w Moonlight Cove i dopóki nie zawładnęli ostatnią duszą, nie mogli paradować w tej zmienionej postaci po mieście, pożerając bezkarnie młode dziewczęta.
Pokonała już dwie trzecie drogi, spodziewając się w każdej chwili, że jakiś szpon rozedrze jej bluzkę, gdy otworzyły się przed nią drzwi.
Ojciec O’Brien stanął w progu zdumiony. Natychmiast uświadomiła sobie, że jemu też nie może zaufać. Mieszkał w jednym domu z ojcem Castelli, więc nosił w sobie obce nasienie jakiegoś zalążka śliskiego pasożyta, ducha, albo czegokolwiek innego, co wtłoczono mu siłą albo wstrzyknięto.
Mając odciętą drogę z tyłu i przodu, nie chcąc wpaść do salonu jak w pułapkę, chwyciła się słupka balustrady, który właśnie mijała, i skoczyła na schody. Ile sił w nogach pognała na piętro.
Drzwi wejściowe zatrzasnęły się.
Usłyszała, że obaj księża wbiegają na górę.
Na piętrze w hallu o białych ścianach, z ciemną klepką i sufitem z drewna po obu stronach znajdowały się pokoje.
Na końcu korytarza wbiegła do sypialni, w której stały jedynie prosta komoda, nocny stolik, podwójne łóżko z koronkową białą narzutą, półka pełna książek w miękkich oprawach i wisiał krucyfiks na ścianie. Zatrzasnęła drzwi, nie zawracając sobie głowy kluczem czy zasuwką. Nie było czasu. I tak wyważyliby je w kilka sekund.
Powtarzając bez tchu, rozpaczliwym szeptem – Maryjo Matko Boża, Maryjo Matko Boża – podbiegła do okna za szmaragdowozieloną zasłoną. Po szybie spływał deszcz.
Prześladowcy byli tuż, a ich kroki dudniły w całym domu.