Выбрать главу

Wrzask dobył się z rozdziawionych ust istoty, Sam drgnął i krzyknął zaskoczony. Ten dźwięk przypominał niesamowite głosy, które słyszał w salonie. Wówczas sądził, że dochodzą z komputera.

Coraz piskliwszy elektroniczny płacz aż świdrował boleśnie w uszach. Sam przeniósł wzrok z otwartych ust człowieka-maszyny na „oczy”. Czujniki wciąż sterczały w oczodołach. Paciorki rubinowego szkła świeciły od wewnątrz i Sam zastanawiał się, czy ta istota widzi go w podczerwieni, czy jakoś inaczej. Czy w ogóle go widzi? Może postrzega ludzki świat w innym wymiarze i Sam jest dla niego czymś nieważnym, ulotnym.

Wrzask urwał się gwałtownie.

Sam bezwiednie podniósł rewolwer i z odległości około osiemnastu cali wymierzył w twarz Coltrane’a. Stwierdził z przestrachem, że palec ześliznął mu się z bezpiecznika na spust i zamierza zniszczyć tę istotę.

Zawahał się. Mimo wszystko, to wciąż był człowiek. Może pragnął obecnego stanu bardziej niż normalnego życia? Kto miał prawo twierdzić, że był nieszczęśliwy? Sam czuł się nieswojo w roli sędziego, a jeszcze gorzej w roli kata. Ponieważ przeżywał piekło na ziemi, brał pod uwagę i taką możliwość, że Coltrane po prostu uciekł do czegoś lepszego.

Kable łączące człowieka z komputerem zabrzęczały. Grzechotały, uderzając o szkieletowate dłonie, w których tkwiły jak w imadle.

Oddech Coltrane’a zionął smrodem rozkładającego się mięsa i przegrzanych części elektronicznych.

Błyszczące czujniki poruszały się w oczodołach bez powiek.

Wydawało się, że twarz Coltrane’a zastygła w nie kończącym się krzyku. Pulsujące na szczękach i skroniach naczynia krwionośne wyglądały niczym pasożyty wijące się pod skórą. Z dreszczem obrzydzenia Sam pociągnął za spust. W tym niewielkim pomieszczeniu wystrzał zabrzmiał jak grzmot.

Trafiona z bliska głowa odskoczyła w tył, a potem opadła brodą na pierś, dymiąc i krwawiąc.

Odrażające przewody wciąż nabrzmiewały i kurczyły się rytmicznie, tłocząc wewnętrzny płyn.

Sam wyczuł, że ten człowiek jeszcze żyje. Skierował broń w ekran komputera.

Jedna ze szkieletowych rąk puściła przewód. Z klekotem – stukotem – trzaskiem nagich kości wysunęła się błyskawicznie i złapała Sama za nadgarstek.

Krzyknął przerażony.

Pokój wypełniły elektroniczne brzęki, trzaski, buczenie i świergot.

Piekielna dłoń ściskała go tak mocno, że kościste palce wgniotły się w ciało. Czuł, jak ciepła krew wypływa spod rękawa koszuli. Struchlał, że ten nieludzko silny człowiek-maszyna zmiażdży mu nadgarstek i uczyni go kaleką, a w najlepszym razie ścierpnie mu ręka i wypuści rewolwer.

Coltrane próbował unieść na wpół strzaskaną głowę.

Sam przypomniał sobie matkę uwięzioną we wraku samochodu, matkę z rozłupaną twarzą, szczerzącą do niego zęby, milczącą i nieruchomą.

Kopnął wściekle krzesło z nadzieją, że potoczy się dalej, ale kółka były zablokowane.

Koścista dłoń zacisnęła się mocniej i Sam krzyknął. Wzrok zachodził mu mgłą z bólu.

Wciąż jednak widział unoszącą się powoli głowę.

Jezu, nie chcę patrzeć na tę zmasakrowaną twarz.

Z całej siły kopał w przewody łączące Coltrane’a z komputerem, aż oderwały się od jego ciała z odrażającym odgłosem, mężczyzna zaś opadł na krzesło. Jednocześnie szkieletowa dłoń puściła nadgarstek i uderzyła z metalicznym grzechotem o plastikową matę na podłodze.

Dudniące elektroniczne impulsy odbijały się echem od ścian, a spośród nich przebijało piszczenie.

Zszokowany Sam przytrzymał lewą ręką krwawiący nadgarstek, jakby chciał uśmierzyć kłujący ból.

Coś otarło się o jego nogi.

W dole zobaczył na wpół organiczne przewody, przypominające bezgłowe węże pełne życia. Wypełzały z komputera coraz dłuższe. Jeden owinął się wokół jego lewej kostki, a drugi piął się po prawej łydce.

Sam próbował wyrwać się.

Trzymały go mocno.

Wyczuł instynktownie, że szukają nagiego ciała powyżej pasa, by wdrążyć się i uczynić go częścią systemu.

Wciąż trzymał rewolwer w skrwawionej dłoni. Wycelował w ekran, na którym widniała teraz twarz Coltrane’a. Wydawało się, że widzi Sama, gdyż patrząc mu prosto w oczy mówił:…potrzebować… potrzebować… chcieć… potrzebować… chcieć.

Sam pojął tylko to, że Coltrane nie umarł i jakimś cudem tkwił żywy w tej maszynie.

Jakby na potwierdzenie szklany ekran powoli przybierał kształty twarzy. Szkło, płynne jak żelatyna, wysuwało się do przodu. Zdawało się, że to Coltrane wyłania się z wewnątrz.

Niewiarygodne, a jednak działo się. Harley Coltrane kontrolował materię siłą umysłu, który nie był już nawet powiązany z ludzkim ciałem.

Sam stał jak zahipnotyzowany z palcem na spuście. Do świata, który znał i nagle pokochał, przenikała koszmarna rzeczywistość wypełniona bezmiarem zła.

Jeden z wężowatych przewodów, dotarłszy do klatki piersiowej, prześlizgiwał się pod swetrem do nagiego ciała. Sam, czując dotknięcie jakby rozpalonego do białości żelaza, oprzytomniał nagle. Strzelił do komputera dwa razy. Najpierw wpakował kulę w ekran o twarzy Coltrane’a.

Wbrew obawom, że nabój przeleci bez efektu, kineskop eksplodował do wewnątrz, jakby wciąż był ze szkła. Drugim wystrzałem doszczętnie zniszczył wnętrze komputera, zabijając wreszcie to, czym stał się Coltrane.

Blade, połyskujące macki puściły go. Pokryły się bąblami i bulgocąc, rozkładały się w oczach.

Niesamowite elektroniczne buczenie, trzaski i modulacje, teraz nieco cichsze, ale dziwnie przenikliwe, wciąż wypełniały pokój.

Sam zobaczył, że śluzowate przewody łączące kobietę z drugim komputerem wydłużyły się, ona zaś obróciła się na krześle w jego stronę. Wyglądała nieco inaczej, choć nie mniej odrażająco niż jej mąż. W wielkich oczodołach zamiast sensorów tkwiły czerwonawe kule, trzykrotnie większe od zwykłych oczu. Przypominały raczej nieruchome receptory z wąskim polem widzenia i Sam dostrzegł w nich swój odwrócony obraz. Na nogach, brzuchu, piersiach, rękach i twarzy tuż pod skórą przebiegały nabrzmiałe naczynia krwionośne. Zdawało się, że rozciągnęły się do granic możliwości.

W niektórych może płynęła krew, ale z innych wydobywało się zielonawo-pomarańczowe pulsujące światło.

Mackowata sonda grubości ołówka wystrzeliła jak pocisk z czoła i w ułamku sekundy trafiła Sama nad prawym okiem, nim uchylił się. Końcówka przewodu wgryzła się pod skórę. Usłyszał turkoczący odgłos, jakby maleńkie łopatki wirowały z prędkością tysiąca obrotów na minutę. Krew spływała mu z brwi wzdłuż nosa. Gdy sonda pędziła w jego stronę, zdążył celnie wystrzelić dwa ostatnie pociski. Jeden przeszył tułów kobiety, drugi zamienił komputer w płomień tryskający iskrami aż pod sufit. Wężowata sonda sflaczała i odpadła, zanim połączyła jego mózg z mózgiem kobiety.

Do pokoju przenikało tylko szare światło przez cienkie jak papier szczeliny w okiennicach.

Sam dotarł do drzwi i włączył lampę. Bacznie obserwując ciała ładował rewolwer nabojami, które wydobył z kieszeni kurtki.

W pokoju panowała nienaturalna cisza.

Nic nie poruszało się.

Serce waliło mu z taką siłą, że przy każdym uderzeniu czuł tępy ból.

Dwa razy upuścił kule, gdyż trzęsły mu się ręce. Nie schylił się po nie w obawie, że jedna z martwych istot nagle ożyje i dopadnie go jak błyskawica, zanim uskoczy. Stopniowo docierał do niego odgłos deszczu. Lało teraz mocniej niż poprzedniej nocy, gdy rozpętała się burza, choć nie grzmiało. Miał nadzieję, że sąsiedzi nie słyszeli strzałów, stłumionych przez wściekłe walenie deszczu i grube ściany domu. Modlił się o to do Boga. W przeciwnym razie już są w pobliżu, by sprawdzić, co się dzieje, uniemożliwiając mu ucieczkę.