Выбрать главу

Wreszcie, po długiej chwili, ujrzeli w oddali Pucka, pędzącego najszybciej, jak potrafił. Zostawił za sobą wszystkie inne psy i kazał im trochę zwolnić, bo chciał zyskać odrobinę czasu na porozumienie się z Pafnucym.

– Jest Pucek! – zawołał Pafnucy do wilków.

W mgnieniu oka wilki zniknęły spod dębu. Pucek nadbiegł. Doskonale wyczuł obecność mnóstwa dzikich zwierząt, ale żadnego z nich nie zobaczył, tak dobrze były poukrywane. Wywęszył Pafnucego i podbiegł do niego.

– Wszystko w porządku! – zawołał radośnie Pafnucy. – Mamy tu cały ludzki skarb! Cieszę się bardzo, że cię widzę!

– Wspaniale załatwiona sprawa – pochwalił Pucek. – Zaraz przyleci cała reszta. Mam nadzieję, że nic nie zgubiliście? Jest wszystko?

– Zupełnie wszystko – zapewnił go Pafnucy. – Marianna wyłowiła także i te, które powpadały do wody. Jedną taką błyszczącą rzecz chciał zjeść szczupak, ale mu nie pozwoliła. Jest cały skarb.

– Spytaj go, czy są konie! – wysyczała do Pafnucego Marianna.

Pucek usłyszał pytanie i domyślił się, że to Marianna, o której mu Pafnucy dużo opowiadał.

– Są, są! – zawołał uspokajająco. – Idą na końcu z panem Jasiem.

– Ja chcę zobaczyć, jak one skaczą – zażądała Marianna.

– Czy jeszcze mało było kłopotu z tym twoim zobaczeniem? – fuknął z gniewem borsuk. – Czy ty nigdy nie przestaniesz być taka ciekawa?

– Wcale nie jestem ciekawa! – zaprotestowała urażona Marianna. – A konie muszę zobaczyć koniecznie! Tylko po to tu przyszłam! Załatwcie mi to!

– Zrobi się – obiecał Pucek. – Jak ludzie tu przyjdą, wyjdźcie na łąkę pod las. Konie idą na końcu i też tam dotrą. No, teraz muszę się zająć pracą.

Na drodze ukazały się pozostałe psy, a za nimi ludzie. Pucek skoczył pod dąb i głośno zaszczekał. Już po chwili cały wielki tłum kłębił się wokół dołu przy starym dębie i gapił się na świecącą, kolorową kupkę, ładnie ułożoną na dnie. Nikt z ludzi nie mógł zrozumieć, dlaczego złoczyńca tak dziwnie umieścił skradziony skarb, który przecież powinien być zakopany w ziemi, i jakim cudem nikt go ponownie nie ukradł. Wszystkie zagrabione pierścionki, kolczyki, bransoletki, naszyjniki, broszki i wisiorki znalazły się i żadnego nie brakowało.

Pan Jasio pchał się ze wszystkimi i tak bardzo chciał zobaczyć ułożone w dole klejnoty, że zapomniał o koniach i przestał je trzymać. Pucek wykorzystał to natychmiast.

– Chodźcie na łąkę! – zawołał zachęcająco. – Tam czekają znajomi. Wyłaźcie z tego zbiegowiska, nikt nie zwróci uwagi.

Sasanka i Zuchelek bardzo chętnie wycofały się z tłoku i wybiegły na pustą łąkę. Odpoczęły już po poprzednim galopie i mogły się znów pobawić. Ukryta w trawie na skraju lasu, Marianna przyglądała się z prawdziwym zachwytem, jak Sasanka i Zuchelek przeskakują przez Pafnucego i galopują dookoła. Nikt się nimi nie interesował i mogły to robić tak długo, aż się znowu zmęczyły. Nawet stary borsuk przyznał, że była to cudownie piękna zabawa.

Noc już zapadła i świecił księżyc, kiedy zaspany Pafnucy przyczłapał za Marianną nad jezioro.

– Ufff! – powiedział. – Aleś mnie przegoniła! Chyba wystarczy nam rozrywek na cały rok. Teraz będę musiał jeść i jeść, i jeść, żeby odzyskać mój cały utracony tłuszcz. Przed zimą muszę sobie zrobić porządny zapas.

– Nic się nie martw – powiedziała Marianna. – Będziesz miał więcej ryb niż zdołasz zjeść. Należą ci się ode mnie za te konie. To była czarująca zabawa i konie są też zachwycające! Jestem uszczęśliwiona, że mi je pokazałeś.

Od tej chwili Pafnucy odpoczywał po wszystkich przeżyciach i jadł, jadł, jadł. Spacerował bez pośpiechu po całym pięknym, cichym, uratowanym lesie, bywał na łące i wszędzie spotykał mnóstwo serdecznych przyjaciół. A kiedy nadeszła jesień, a za nią zima, był już wspaniale najedzony i tłusty. Pożegnał się z Marianną i zagrzebał pod stosem liści w ogromnym dole wśród korzeni drzewa. Zapadając w swój zimowy sen, pomyślał jeszcze, że doprawdy w tym roku ma po czym odpoczywać. Westchnął sobie błogo, zamknął oczy i zasnął.

2. WIELKIE SPRZĄTANIE

Pewnego pięknego dnia, wczesną wiosną, niedźwiedź Pafnucy obudził się ze swego zimowego snu. Nie była to jeszcze dla niego właściwa pora. Pozostawiony w spokoju, spałby zapewne dłużej, dwa tygodnie albo nawet dwa i pół, ale nie pozwolił na to zupełnie nieznośny hałas. Na drzewie, pod którym miał swoją jamę, siedziała sroka ze swoim mężem, razem to były dwie sroki i obie darły się przeraźliwie.

– Pafnucy, obudź się! – krzyczały chórem. – Pafnucy, wstawaj! Pafnucy, już jest wiosna, lato, jesień! Pafnucy, otwórz oczy! Pafnucy, obudź się, obudź się, obudź się! Wstawaj, wstawaj, wstawaj!

Pafnucy musiałby być kompletnie głuchy, żeby wytrzymać te okropne wrzaski. Nie był głuchy, obudził się zatem, przetarł oczy i, pomrukując z niezadowoleniem, usiadł na swoim legowisku. Przez chwilę otrząsał z siebie suche liście, którymi był przykryty, po czym spojrzał w górę i zobaczył podskakujące na gałęzi sroki.

– Dzień dobry – powiedział grzecznie i ziewnął. – Czy mogę wiedzieć, dlaczego mnie budzicie? Czy to nie jest za wcześnie?

– Marianna kazała! – wrzasnęła sroka. – Powiedziała, że dłużej nie wytrzyma! Kazała cię natychmiast obudzić, ma bardzo ważny interes do ciebie! Idź do niej zaraz, nałowiła mnóstwo ryb i czeka, czeka, czeka!

Na wieść o rybach Pafnucy ożywił się od razu. Przez całą zimę nic nie jadł, wychudł ogromnie i czuł się straszliwie głodny. Jego przyjaciółka, wydra Marianna, bez wątpienia rozumiała to doskonale. Miała interes, ale zaczęła od zaproszenia na obiad. Ryby! To było coś, co wydawało się niezbędne właśnie na początku wiosny.

– Dziękuję bardzo – powiedział. – Możecie lecieć do niej i powiedzieć, że zaraz przyjdę.

Wygramolił się z dołu, przeciągnął, ziewnął jeszcze trzy razy i pomaszerował do Marianny.

Wydra Marianna mieszkała nad jeziorkiem, niezbyt dużym, ale pełnym ryb. Wiedziała, że sroki obudzą Pafnucego, i przygotowała się na jego przyjęcie. Kiedy z sapaniem pojawił się wśród krzaków, fiknęła z radości i plusnęła do wody, wyławiając z niej jeszcze jedną, ostatnią rybę.

Pafnucemu na widok wspaniałego stosu tłustych, srebrzystych ryb aż zaświeciły się oczy. Ledwo zdążył zawołać: „Jak się masz, Marianno!” i już pierwszy wiosenny posiłek zaczął znikać w jego wnętrzu.

– Ile w końcu można spać – powiedziała Marianna. – Musiałam cię obudzić, bo dzieją się jakieś takie rzeczy, których nie rozumiem i chciałabym, żebyś wszystko obejrzał i powiedział mi, co to znaczy. Możesz jeść, a ja ci przez ten czas wytłumaczę, o co chodzi.

Pafnucy miał pełne usta, więc tylko kiwnął głową, a Marianna opowiadała:

– To Kikuś, znasz go przecież, synek sarenki Klementyny, w zeszłym roku był dzieckiem, ale teraz już jest starszy, a Klementyna ma malutką córeczkę i dała jej na imię Perełka, a Kikuś oczywiście nie potrafi usiedzieć na miejscu i jest go pełno w całym lesie, no więc Kikusiowi przytrafiło się coś okropnego. Wyobraź sobie, zjadł świństwo.

Pafnucy właśnie jadł i nie było to żadne świństwo, tylko apetyczne, doskonałe ryby, poczuł więc gwałtowne współczucie dla Kikusia i na chwilę aż znieruchomiał. Marianna, pełna zgrozy i oburzenia, tupnęła przednimi łapkami.

– Z łakomstwa zjadł, ale, ostatecznie, trudno mu się dziwić, po zimowym sianie, kiedy pokazała się pierwsza trawa, miał prawo być trochę łakomy. Myślał, że je tylko trawę, ale okazało się, że w tej trawie była straszna rzecz. Pokaleczyła mu całe usta i zęby i całe szczęście, że jej nie połknął, bo pewnie by umarł od tego, ale udało mu się wypluć i po pierwsze, nie wiemy, co to jest, a po drugie, nie wiemy, skąd się wzięło. Trzeba koniecznie, żeby ktoś się tym zajął, i uważam, że nikt nie uczyni tego lepiej niż ty!