Выбрать главу

– Jakie obce osoby? – przerwała podejrzliwie Marianna.

– Jedna wiewiórka – odparł Pafnucy. – Jedna sarenka, Patrycja. Jeden borsuk, nie zdążył się przedstawić. Wiewiórka szukała cudzych orzechów, bo nie miała własnych…

– Nie miała własnych? – zdziwiła się Marianna. – A cóż ona robiła na jesieni? No owszem, te głupie wiewiórki zapominają, gdzie wetknęły zapasy, ale niemożliwe, żeby wcale nie miały!

– Powiedziała, że straciła dom i wszystko – wyjaśnił Pafnucy. – Patrycja też straciła dom i przyszła do nas, żeby zostać na stałe. Ciekawa rzecz. Borsuk też powiedział, że nie ma domu.

Marianna milczała przez chwilę.

– Nie podoba mi się to – oznajmiła po namyśle. – Wszyscy stracili domy? A cóż to za jakiś kataklizm? Pafnucy, musisz się koniecznie dowiedzieć, co się stało i o co tu chodzi!

– Teraz, zaraz? – spytał Pafnucy trochę żałośnie. – Myślałem, że już minęło pół godziny i zbliża się czas na drugie śniadanie…

Drugie śniadanie było obfitsze niż pierwsze, bo w łowieniu ryb wziął udział także Łukasz i obydwoje z Marianną zrobili sobie konkurs, kto wyłowi więcej. Zachwycony konkursem, Pafnucy trochę przeszkodził w obliczaniu rezultatów, nie zdołał bowiem zapamiętać, ile zjadł od Marianny, a ile od Łukasza. W każdym razie okropna pustka w żołądku znikła i teraz mógł już spokojnie czekać obiadu.

– Jeżeli Patrycja jest sarenką, z pewnością zawarła już znajomość z Klementyną – powiedziała Marianna. – A także z Perełką, z Matyldą, z Kikusiem, Bobikiem i Klemensem…

– Cześć, jak się macie – odezwał się nagle z drzewa dzięcioł. – Klemensa możecie sobie darować, jest zajęty. Walczy właśnie z nowym jeleniem, aż łomot idzie po lesie.

– Witaj! – zawołała Marianna. – Z jakim nowym jeleniem?

– Obcym. Przyszedł z innego lasu i słowem się nie zdążył odezwać, bo od razu zabrali się do roboty. Zdaje się, że rządził u siebie, a tutaj rządzi Klemens, więc musieli rozstrzygnąć sprawę.

– Czy on też stracił dom? – spytał z namysłem Łukasz.

– Oczywiście – odparł dzięcioł. – Jak to? To wy nic nie wiecie?

– Co mamy wiedzieć? – zirytowała się Marianna. – Była zima, Pafnucy spał jak kamień i nie przynosił żadnych informacji! Nic nie wiem, nic nie słyszałam, co się stało, mów natychmiast!

– Był potworny pożar lasu duży kawałek od nas – powiedział dzięcioł ponuro. – Wszystkie zwierzęta musiały uciekać, istne nieszczęście, niektóre przyszły do nas, a niektóre do tej pory błąkają się po różnych zagajnikach. Pierwsze, oczywiście, przyleciały ptaki i mówiły nam o tym, więc już wiadomo było, czego się można spodziewać.

– Okropność – powiedziała Marianna, wstrząśnięta. – Od czego był ten pożar?

– Od ludzi. Palili sobie ognisko, był wiatr, zapaliły się suche sosenki…

Wszyscy zamilkli na bardzo długo, bo wiadomość była wprost przerażająca. Nic gorszego nie mogło spotkać zwierząt niż pożar lasu. Marianna zdenerwowała się straszliwie, nic nie mówiąc, zerwała się z trawy, skoczyła do wody i błyskawicznie wyciągnęła trzy wielkie ryby, jedną za drugą. Pafnucy, również bez słowa, pożarł je tak, jakby dotychczas nie miał nic w ustach.

– Dziwię ci się, że nie straciłeś apetytu – powiedział dzięcioł z drzewa z lekką naganą.

– Przeciwnie – powiedział Pafnucy smętnie. – Jak jestem zdenerwowany, robię się okropnie głodny. Tylko jedzenie mnie uspokaja.

– Tu się nie ma co uspokajać! – zawołała Marianna z gniewem. – To nieładnie ze strony Klemensa, walczyć z kimś, kogo spotkało takie nieszczęście! Przecież wiadomo, że wygra, jest najsilniejszym jeleniem na świecie! Mógł tamtego zostawić w spokoju!

– Bardzo słusznie – poparł ją Pafnucy z nagłą energią. – Tamtych wszystkich spotkała katastrofa i powinniśmy ich przyjąć przyzwoicie. Idę załatwić tę sprawę.

Odwrócił się i stanowczym krokiem pomaszerował w las.

– O ho, ho! – zdziwił się Łukasz. – A mówiłaś, że on jest taki łagodny i dobroduszny…?

– Był – poprawiła również nieco zaskoczona Marianna. – To znaczy, jest nadal, ale bardzo urósł przez zimę i coś mi się wydaje, że teraz jest już dorosłym niedźwiedziem…

*

Pafnucy sam był zdziwiony, skąd mu się wzięła ta energia i stanowczość. Czuł jednak wyraźnie, że musi pilnować jakiegoś porządku i nikt inny nie zdoła tego załatwić, tylko on. Był w tym lesie największy i najsilniejszy, wiedział o tym z całą pewnością i wszystko, co przeżył do tej pory, nagromadziło się w nim jakoś i umieściło w głowie. Strasznie dużo rozumiał, a przede wszystkim rozumiał to, że zrobił się dorosły.

Klemens i obcy jeleń wciąż jeszcze walczyli ze sobą na wielkiej leśnej polanie. Już z daleka Pafnucy usłyszał okropny łomot i tupanie, przyśpieszył kroku i natknął się nagle na Klementynę.

– Och, nie chodź tam – powiedziała nerwowo Klementyna. – Och, to ty, Pafnucy, witaj! Och, nie należy im przeszkadzać!

– Właśnie mam zamiar przeszkodzić – odparł Pafnucy stanowczo.

– Cześć, Pafnucy! – odezwał się lis Remigiusz, który siedział pod krzakiem i z wielkim zainteresowaniem obserwował walkę. – Nie wiem, czy trzeba. Coś mi się widzi, że ta bitwa przebiega nietypowo.

Pafnucy z uwagą przyjrzał się walczącym jeleniom, a potem popatrzył na Remigiusza.

– Co to znaczy? – spytał surowo. – Co chcesz przez to powiedzieć?

– To, że Klemens mógł go załatwić już dawno. Wcale się nie stara. Dziwnie się jakoś bije, jakby pod przymusem.

– W ogóle nie powinien się bić – rzekł Pafnucy, ciągle z tą samą stanowczością.

Wyszedł na polanę, usiadł na tylnych łapach, podniósł do góry przednie i ryknął potężnie. Siedząc w ten sposób, większy był od jeleni, a jego ryk zabrzmiał straszliwie. Oba jelenie przerwały walkę i odskoczyły od siebie, odwracając głowy ku niemu.

Klemens znał Pafnucego doskonale i nie bał się go zupełnie, zdumiał się tylko śmiertelnie tym przeraźliwym rykiem, obcy jeleń natomiast ujrzał rozwścieczonego niedźwiedzia i przeraził się tak, że nawet nie zdołał uciec. Stał jak wmurowany w ziemię i gapił się osłupiałym wzrokiem, ciężko dysząc.

– Jak ci nie wstyd – powiedział z wyrzutem Pafnucy do Klemensa. – Oni mieli pożar lasu, a ty się z nim bijesz!

Klemens zakłopotał się wyraźnie i uczynił krok do tyłu.

– No wiesz – powiedział niepewnie i odchrząknął. – Jakaś tradycja w końcu istnieje… Na wiosnę musimy się pobić. Poza tym chciałem mu wybić z głowy głupie pretensje… Poza tym sam widziałeś, że traktowałem go łagodnie!

Pafnucy opadł na przednie łapy, usiadł zwyczajnie i przestał wyglądać krwiożerczo i straszliwie. Obcy jeleń potrząsnął głową tak, jakby chciał sobie rozjaśnić wzrok.

– A poza tym, on zaczął – dodał jeszcze Klemens. Pafnucy odwrócił się do nowego jelenia.

– Dzień dobry – powiedział grzecznie. – Mam nadzieję, że pozwolisz sobie wszystko wytłumaczyć bez tej całej awantury. Tu rządzi Klemens i musisz się z tym pogodzić, i zachowuj się jak dobrze wychowany gość, i w ogóle u nas jest bardzo przyjemnie, i możesz się tu zadomowić, i Kikuś też dorasta, i wszyscy rządzić nie mogą, i jest bezpiecznie, bo wilki znajomych nie jedzą…

W tym miejscu trochę go zatchnęło, więc przerwał swoje przemówienie i złapał oddech. Nowy jeleń przez ten czas oprzytomniał.

– W porządku – odezwał się głosem jeszcze trochę ochrypłym. – Uznaję Klemensa, jest lepszy ode mnie i nie muszę tu koniecznie leżeć i dogorywać, żeby się o tym przekonać. Tak bez niczego nie mogłem… No, rozumiesz… Dziewczyny by się ze mnie wyśmiewały…

– Nic podobnego! – wtrąciła się z krzaków Patrycja, która oglądała walkę z drugiej strony polanki. Zmieszała się zaraz potem tak, że czym prędzej uciekła, a Remigiusz zachichotał.

– To znaczy, że jest wszystko w porządku? – upewnił się Pafnucy.

– W porządku – powiedział Klemens i zwrócił się do nowego jelenia: – Nie zdążyłeś nawet powiedzieć, jak ci na imię?

– Gaweł – przedstawił się nowy jeleń. – Bardzo przepraszam.

– Bardzo mi miło. Pafnucy słusznie wspomniał o wilkach. Trzymaj się mnie przez jakiś czas, żeby się do ciebie przyzwyczaiły. Chodź, pokażę ci miejsce, gdzie najwcześniej zaczyna rosnąć świeża trawa…

Leśna polana opustoszała, a Remigiusz wylazł zza krzaka.

– Ho, ho, Pafnucy – powiedział z wielkim uznaniem. – Zdaje się, że zrobił się z ciebie dorosły niedźwiedź i wszystkich tu porozstawiasz po kątach. Zaczynasz rządzić w tym lesie.

Pafnucemu tajemnicze stany wewnętrzne już całkowicie przeszły. Znów poczuł się łagodny i dobroduszny, a do tego ogromnie głodny. Oba śniadania, pierwsze i drugie, gdzieś znikły i wypełniała go wyłącznie nieprzyjemna pustka.

– Wcale nie chcę rządzić – powiedział pośpiesznie. – Nie mam czasu. To znaczy, jestem zajęty. To znaczy, chciałem powiedzieć, jestem umówiony z Marianną…

Odwrócił się i szybkim krokiem pomaszerował w stronę jeziorka.

*

Nowych zwierząt, które uciekły przed pożarem, pojawiło się w lesie dosyć dużo, ale miejsca było mnóstwo, więc nikt nikomu nie przeszkadzał. Co jakiś czas przybywał jeszcze ktoś następny, niektóre zwierzęta miały bowiem do przebycia daleką drogę. Z płonącego lasu uciekały na wszystkie strony i czasem źle trafiały, niepotrzebnie zbliżały się do miast albo napotykały rozmaite inne przeszkody. Musiały przejść wielki kawał drogi, żeby dostać się do tego właśnie, najpiękniejszego lasu.