Wtedy nasze szaleństwo przerażało nas samych, a krzyk z izolatki niósł ulgę, tam było coś lub ktoś, kto cierpiał także za nas. Tam siennik wchłaniał wydaliny i parował wiecznym szczęściem. Długie ramiona kaftana bezpieczeństwa tuliły do snu sierotę. Milczenie miało sens. Fenactil spajał myśli i zniewalał nasze uczucia.
21 października
Ogarnął mnie „syndrom Lublińca”. Dlatego nie mogłabym tutaj powrócić. – Jestem zdrowa – mówiłam psychiatrze, a on z uśmiechem wydawał rozkazy armii olbrzymów pilnujących naszych myśli. Sumienie przeciekało im przez palce. Wzywałam mamę, a jej łza rosła w kącie pokoju i przybierała kształt miłosnego wyznania. Wstydziłam się jej lubieżnych zmagań z przestrzenią.