m, wykąpałam, dostałam śniadanie i od razu na przesłuchanie. Mówiłam to samo. Że jestem narkomanką, przyjechałam po towar, ale nikogo nie sypnę. Powiadomili moich rodziców, ale powiedzieli, że na razie mnie nie wypuszczą, bo prowadzą śledztwo. Przesłuchiwano mnie codziennie przez dziesięć dni. Pani porucznik rozmawiała ze mną o wszystkim. I w końcu powiedziała rodzicom, że mam schizofrenię i trzeba mnie leczyć. Po południu, gdy nie było przesłuchań, tkałam kilimki w świetlicy i wszystko odbywało się tak jak przedtem. Słuchałam opowieści innych bywalców Izby. Ucieczki z domu, kradzieże, porzucone dzieci. I ja wśród nich. Dyscyplina wojskowa, ale bez przesady. Była mała dziewczynka, chyba czteroletnia, którą opiekowali się wszyscy milicjanci. Jej ojciec zabił matkę, a potem się powiesił. Czekała na przydział do Domu Dziecka.