Выбрать главу

Nie spodobało mu się to, co usłyszał, i przez chwilę kłócił się z Njorvinem, jednak potem przeprosił go, nM kazał, by popilnował mu straganu, i poszedł kłócić się ze starcem, gdzie chyba nic nie wskórał.

Siedzieliśmy zatem przy straganie, a Walhardi założył nam na szyje żelazne obręcze z łańcuchem, raczej po to, by było widać, że jesteśmy niewolnikami, niż w innym celu, bo zamknął je tylko przetyczką. Kupujących nie było wielu, wydawało się, że dopiero przybywają do grodu i interesowała ich głównie sól. Kilka razy ktoś kazał nam podnosić się z ławy i zdejmować odzienie, więc w końcu siedzieliśmy nadzy, okryci jedynie narzuconymi na ramiona kapotami. Mężczyźni szturchali nas szorstko i macali mięśnie albo zaglądali w zęby, niewiasty zaś zupełnie bezwstydnie szczypały w pośladki i oglądały przyrodzenie, bowiem ludzie ci żyją całkiem jak wilki i nie znają niczego w rodzaju jakiejkolwiek skromności.

Do wieczora jednak nie sprzedano żadnego z nas i zaczęliśmy się obawiać, że teraz zginiemy. Jednak przyszedł wówczas Njorvin i usiadł obok na zydlu.

– Nie trzeba jeszcze przestraszony – oznajmił. – Pierwsza dzień jarmark zawsze mało ludzia, wszystka tylko sól i sól. Jutro lepsza dzień, lepsza kupca, dużo gylding, dużo mnóstwo ludzia. Kupił broń i materiał, i pachnidła. Teraz: co umi dobre?

Nie wiedzieliśmy jednak, jak na to odpowiedzieć, aż Njorvin odstawił swój dzban i zaczął udawać, że robi różne rzeczy.

– Co umi? Kopał? Gra muzyka? Leczy chory, słaby? Zaśpiewali? Strzela? Tnie mieczem? Robi jadło? Buty? Co umi dobre? Co umi mężczyzna-dziecko? Jak nazywa?

– Jestem Terkej – oznajmiłem, postanawiając nie podawać mojego kireneńskiego imienia. – I jestem snycerzem. Umiem też grać na cintarze i flecie, umiem pisać i czytać – mówiąc to, pokazywałem rękami różne czynności, a Njorvin spoglądał na mnie znad kubka.

– Gra muzyka, bardzo dobrze. A co to snitser? Wskazałem na jeden z naszych mieczy tropiciela -

krótki, lekko zakrzywiony jasargan, którym bawił się Walhardi i który chciał chyba zatrzymać dla siebie. Jasargan należał do Snopa i miał napuszczony miedzią niewielki znak „Piorunowego” tymenu piechoty.

– Kowal? Robi noża?

– Umi – przytaknąłem. – Ale snycerz robi ozdoba na żelazo. Umi hełm, umi pancerz.

Njorvin powiedział coś do Walhardiego i obaj pokręcili głowami z niedowierzaniem, a potem zwrócił się do pozostałych.

Snop, jak każdy Kirenen, miał święcenia rzemieślnika, ale był szkutnikiem, co trudno pokazać rękami.

– Robi okręt? Knar?

– Okręt jest duży – tłumaczył Snop. – Dużo ludzia. Umi, ale dobrze robi łódka. Łódka mała, okręt duży. Rozumi?

– Wudka… – powtórzył niepewnie Njorvin. – Mała wódka?Snop udał, że wiosłuje, i zakreślił wokół siebie dłońmi: – Łódka.

Njorvin rozpromienił się i wykrzyknął jakby „snekja-maktar”, wskazując na Snopa, a potem wyłożył Walhardiemu.

N’Dele i Benkej nie byli rzemieślnikami, lecz zanim wstąpili do wojska, N’Dele handlował jak każdy Kebiryjczyk, także uprawiał ziemię i polował, ale nie był pewien, czy w tym kraju jego umiejętności na coś się zdadzą, zaś Benkej oświadczył ponuro, że robił mnóstwo rzeczy, jednak wiele z nich wolałby zachować dla siebie. W końcu ustalono, że obaj polują, N’Dele umie łowić ryby, a Benkej naprawiać buty i ubranie, a także strzelać z łuku, co w końcu potrafi każdy żołnierz. Njorvin zaś koniecznie chciał wiedzieć, czy N’Dele umie się bić. Wypytywał o to na różne sposoby, ale Aligende wykręcał się, gdyż umówiliśmy się, by ukrywać nasze bojowe umiejętności. W końcu okazało się, że Njorvinowi chodzi o jakieś zapasy i walkę bez broni, więc Aligende przyznał, że bije się jako tako, ponieważ w jego plemieniu uczy się tego każdy, także niewiasty.

Przed wieczorem nakryliśmy stragan gęstą siecią z naszytymi dzwoneczkami, na dole zapięliśmy na łańcuch, bo Walhardi obawiał się o swój cenny towar, a potem odprowadzono nas do komory za kratą i dano cebrzyk pełen gotowanych ziaren, a także trochę piwa. Walhardi przyniósł nam też jakąś ostro pachnącą maść w małym glinianym garnuszku, która przyniosła ulgę na rany pozostawione przez piętna.

Późno w noc słychać było śpiewy i wrzaski zza bramy, gdzie na łące rozłożyli się ze swoimi wozami ci, którzy przybyli po sól, i wielu chodziło jeszcze po dziedzińcu, gdzie przy stołach biesiadowali mieszkańcy twierdzy i kupowali od nich piwo na dzbany, słono płacąc za to miedzią. Widziałem też, że niektóre niewiasty od przybyłych szły z kupcami, jeśli ci płacili im solą, mimo że wyglądały na możne gospodynie, i nikt się temu nie dziwił, a obie strony były zdania, że zrobiły dobry interes.

Drugiego dnia wyszło słońce i zrobiło się trochę cieplej, choć co chwilę wiał zimny wiatr. My zaś nie musieliśmy pracować, tylko siedzieliśmy na ławie w łańcuchach. Tego dnia przybyło dużo więcej kupujących i wszystkie stragany oblegał tłum. Cały czas najchętniej sprzedawano sól i zauważyłem, że jej cena jeszcze rośnie.

Kupujący także to widzieli i zaczęło dochodzić do awantur, szczekano wówczas do siebie twardymi słowami, które brzmiały, jakby ktoś ciskał o skałę zwój łańcucha, kupujący zaś gryźli wąsy przy płaceniu i często chwytali za rękojeść miecza. Sięgano też po inne towary, przy czym przyprawy kupowano najczęściej, ale inne rzeczy także budziły zainteresowanie. Pachnidła i wonne olejki kupowały najchętniej niewiasty, ale brali też mężowie, ostrożnie odlewając je do maleńkich metalowych buteleczek, i kładli na szalach wagi, odmierzając zapłatę w czystym srebrze. Jakiś starzec kupił tanio mój kij szpiega. Wiedziałem, że to mój, bo lekko klekotało w nim ukryte ostrze włóczni, starzec stwierdził chyba, że laska jest pęknięta, i wytargował ją za bezcen. Kiedy to zobaczyłem, zrobiło mi się niewymownie przykro. Nie zliczę, ile razy broń ukryta w kiju uratowała mi życie, i bardzo go polubiłem. Wędrowiec z kijem mógł poruszać się po kraju Pramatki, gdzie wszystkiego zakazano, i nikt nawet nie wiedział, że jest zbrojny.Znacznie też częściej kazano nam stawać nagim i szturchano z namysłem, ale wydawało się, że Walhardi chciał za nas zbyt drogo. On i Njorvin zachwalali nasze zdrowie, siłę i nadzwyczajne umiejętności. Ja, ich zdaniem, umiałem chyba kuć magiczny oręż jak w bajkach, a do tego śpiewać najcudowniej w świecie, Snop był nieomal królewskim budowniczym okrętów, N’Dele w ogóle baśniowym magiem z Kebiru i mistrzem pięści, zaś Benkej pozostawał wybornym myśliwym i łucznikiem, jakiego świat dotąd nie oglądał, trafiającym jaskółkę w locie.

Dzięki tym zachwalaniom obmacywano nas znacznie częściej i po jakimś czasie wszyscy czuliśmy się jak obici kijami. Wciąż musieliśmy wstawać i siadać, ale poza tym niewiele się wydarzyło.

Kiedy zbliżał się zachód słońca, nie odesłano jednak naszej czwórki do klatki. Poczułem gwałtowny strach, aczkolwiek to, że po dwóch dniach nas zabiją, mimo wszystko wydało mi się nieprawdopodobne. Wciąż na dziedzińcu kręciło się mnóstwo ludzi, grała muzyka i handel wciąż szedł, a na straganach znajdowało się coraz mniej płyt z solą mimo przeraźliwie wysokich cen. Do Walhardiego przyszło dwóch mężów. Jeden z nich był miejscowy, krępy i brodaty, miał też pociągłe rysy żeglarza, był jednak całkiem łysy i bardzo niski. Dużo mniejszy nawet ode mnie i Benkeja i jeszcze tu nie widziałem męża tak małego wzrostu. Drugi natomiast wielki, z wypukłym brzuchem i z kolei znacznie wyższy niż inni żeglarze. Chodził na wpół nago, nosił jedynie przepaskę ze skóry oraz obuwie i wyglądał na Nassimczyka. Włosy na głowie miał wygolone, tylko na czubku został mu kosmyk, a wokół ust nosił krąg zarostu. Nadgarstki przyozdobił skórzanymi bransoletami nabijanymi żelazem, a w uszy wpiął duże kolczyki. Przez jakiś czas targowali się z Walhardim i pokazywali to pieniądze, to nas siedzących na ławie, ale rychło okazało się, że nie zamierzają kupić niewolników.