Niezawodny Njorvin zaraz wyłożył nam, o co chodzi.
– Oni dwa chcieli Czarny Urfa bić Kabir-człowiek. Dawać dużo gylding. Walhardi się zgodzić. Też dać gylding. Teraz bardzo trzeba Kabir-człowiek mnóstwo bici tego Czarny Urfa. Zbić, aż leży, to Walhardi ucieszyć. Dawa Kabir-człowiek mięso i piwo, i pół dziesiątej cała gylding. Jeśli Kabir-człowiek leży, Walhardi bardzo smutny. Źle dla wszystka Amitraj i Kabir-człowiek. Sprzeda tanio. Jak ktoś kupi tanio, to nie dba. Wszystka ciężka praca i dużo bici, tłuc kamień i ciąć drzewo. Mało jadło u ktoś głupi. Aż wszystka szybko umrzeć i nie zobaczyć wolność, tylko leżeć gdzieś w błoto, martwy i smutny.
I tak stało się, że N’Dele musiał wyjść na środek i stanąć naprzeciw wielkiemu Nassimczykowi, który ryczał jak byk, toczył pianę z ust, tupał i przewracał oczami. A wokół ustawił się krąg gapiów, wszyscy krzyczeli i na zmianę a to pokazywali sobie sakiewki, a to ściskali nawzajem bicepsy. Ludzie ci kochają walkę, ale jeszcze bardziej kochają się zakładać. Bardzo szybko staliśmy się atrakcją dla wszystkich. Wyznaczono teren, na którym miała się toczyć walka, w rogach ustawiono lampy na trójnogach, wyznaczono krąg i posypano go trocinami z worka.
– Nie wiem, co ci radzić – oznajmił Snop. – Ale lepiej, żebyś wygrał. Spróbuj go zmęczyć, jest tłusty jak wieprz i zarozumiały jak wszyscy Nassimczycy uważający się za potomków swoich nadaku.
– Mosu kando, okunin – powiedział N’Dele i uśmiechnął się. – Zrobię, co się da, tylko przy takiej walce nic nie i wiadomo.
– Nie trzeba żadne narzędzie – wyjaśnił Njorvin. – Tak mówi prawo. Ani żelazo, ani stołek, ani kamień, ani nic. Jak który leży i prosi przestać, to koniec bici. Jeśli upadnie i już niczym nie rucha, też trzeba przestać. Bici kończy, jak jeden leży albo zagrają trąba.
Zakończono zakłady i N’Dele wyszedł w krąg wysypany trocinami. Wydawało się, że z jego przeciwnika można by zrobić dwóch Kebiryjczyków tej wielkości, a resztą nakarmić jeszcze psy. Nassimczyk nazwany Czarnym Urfą wyglądał, jakby dostał ataku furii, i ciskał się niczym ogar na łańcuchu. N’Dele stanął na środku, skłonił głowę, dotykając dłonią ust i serca.
A potem jął nucić coś po kebiryjsku. Monotonnie, powtarzając te same wyrazy i coraz głośniej. Uniósł długie ramiona i zaczął klaskać, później przytupywać w miejscu, coraz gwałtowniej, a spod podeszew jego butów uniósł się pył. Czarny Urfa zaryczał po raz kolejny, pochylił głowę jak byk i rzucił się w jego stronę. N’Dele Aligende jednak tańczył i już go w tamtym miejscu nie było, a Nassimczyk chwycił tylko powietrze. Potem jednak skręcił błyskawicznie i uniósł owinięte rzemieniami i wielkie pięści. Trzymał je po bokach, stojąc na ugiętych i nogach, i przez chwilę krążyli wokół siebie, a N’Dele nadal śpiewał, klaskał i tańczył. Tłum zaszemrał.
– On rozumi, że trzeba bici? – zaniepokoił się Njorvin. – Ja mu coś źle przetłumaczył?
Pięść Nassimczyka wystrzeliła do przodu jak pocisk z katapulty, a N’Dele zgiął się niczym trzcina w bok do rytmu swojej piosenki i cios śmignął mu koło ucha. Urfa zamachnął się natychmiast drugą ręką, Kebiryjczyk wychylił się do tyłu. Nadal tańczył, klapiąc plecionymi rzemiennym podeszwami w dziedziniec i klaszcząc, i nie przypominało to walki. Urfa zaryczał ponownie i uderzył czterokrotnie, bardzo szybko. Za każdym razem słyszałem świst, kiedy pięści przecinały powietrze, klaskanie dłoni N’Dele i jego śpiew. Kebiryjczyk tańczył i Urfa nie trafił go ani razu. N’Dele obracał się, odchylał w różne strony i wywijał, cały czas klaszcząc do rytmu. Nassimczyk ruszył do przodu, by być jak najbliżej, a potem znowu uderzył. Szybko i bardzo mocno, i teraz już zaczął trafiać. Pierwsze uderzenie ześlizgnęło się po ramieniu Aligende, ale zaraz druga pięść trafiła go w bok, a potem znowu w bok głowy. Myślę, że gdybym to ja tak dostał, już bym umarł, i to jeszcze zanim dotknąłbym ziemi. N’Dele poleciał na bok, przekoziołkował, a potem gruchnął plecami w stół, na którym stało wielu ludzi, i przewrócił go. Tłum wybuchnął śmiechem. Ludzie Niedźwiedzie klepali się nawzajem po plecach i ryczeli, patrząc na wstających niemrawo gapiów, któryś miał wyraźnie złamaną rękę, co wzbudzało jeszcze większą radość.
Urfa odwrócił się do ciżby i uniósł pięści, a potem zaryczał zwycięsko. Wśród tych, którzy zawierzyli w zdolności Kebiryjczyka, rozległ się jęk zawodu i złorzeczenia, sięgnięto po sakiewki. Walhardi stał blady z wściekłości, z zaciśniętymi szczękami.
N’Dele drgnął, po czym nagle podniósł się jak przygięte do ziemi drzewko. Potrząsnął głową, po twarzy płynęły mu strugi jasnoczerwonej krwi, jak świeży sok likworośli. Splunął na dziedziniec krwawą śliną, uniósł dłonie i ponownie zaczął klaskać i przytupywać.
– Czy człowiek może zwariować bez powodu w jednej chwili? – zapytał Benkej.
N’Dele podjął swoją piosenkę, Czarny Urfa odwrócił się ze zdziwieniem, a potem opuścił pięści i ruszył znowu w stronę Kebiryjczyka.
Aligende klaskał i śpiewał.
– Kabir-człowiek bardzo mało mądry – oznajmił Njorvin. – Już przecież widzi, że Urfa nie zasypia od kołysanka.
Nassimczyk splunął z pogardą i roześmiał się, po czym pochylił głowę, ugiął nogi i jego pięść strzeliła do przodu jak taran, prosto w pokrwawioną twarz N’Dele i klaszczące dłonie. Kebiryjczyk odgiął się do tyłu, aż podparł dłonią za plecami i przekoziołkował, ale zaraz znów zaczął podskakiwać i klaskać.
– Kabir-człowiek zawsze tak robić, kiedy ktoś go bici? – zainteresował się Njorvin.
Urfa doskoczył, uderzył N’Dele w bok, przyginając go wpół, później od dołu w twarz. Kebiryjczyk wyleciał w powietrze, a potem runął na plecy, wzbijając obłok pyłu i trocin. Urfa znów uniósł pięści w geście tryumfu, ale N’Dele przyciągnął kolana do twarzy i wyrzucił nogi, wstając gwałtownie.
I znów zaczął klaskać i przytupywać. I znowu śpiewać. Był pokrwawiony, ale nie bardziej niż przed chwilą. Tymczasem zdawało się, że jego twarz powinna przypominać rozdeptany owoc.
Tym razem Urfa chwycił go za ramię i udo, a potem zarzucił sobie na plecy jak worek. Odwrócił się, rycząc niczym bawół, uniósł N’Dele nad głową i cisnął nim o bruk. Porwaliśmy się z miejsc, ale Kebiryjczyk obrócił się w powietrzu jak leopard, odbił nagle dłońmi od kamieni i wierzgnął w powietrzu obiema nogami. Jego pięta trafiła Urfę pod kolano, a stopa drugiej nogi w szczękę i ogromny Nassimczyk runął ciężko na ziemię. Zaczął gramolić się trochę niemrawo, ale N’Dele już tańczył i klaskał. Urfa wstał, potrząsnął głową i ruszył do przodu, a wówczas Aligende rzucił się nagle do tyłu, podparł na moment jedną dłonią i uderzył go nogami w pierś, zwalając znowu na ziemię.
– Ayeete ngurul Ayeete umbayee! – zaśpiewał znowu N’Dele.
Urfa uderzył, biorąc potężny zamach z jednej strony, i chybił, ale natychmiast grzmotnął z drugiej. N’Dele jednak pochwycił jego ramię, przekręcił, a potem rzucił się na ziemię, wbijając Nassimczykowi stopę pod pachę i rzucając przez siebie. Czarny Urfa wywinął w powietrzu kozła i runął na plecy.