Zbierał się ciężko, krew kapała mu z jednego ucha, a kiedy powstał, przez chwilę kręcił jednym ramieniem, jakby wyskoczyło mu z barku. Wyszczerzył zęby i ruszył do przodu.
Aligende klaskał i śpiewał.
Tym razem Nassimczyk nie zamierzał okładać N’Dele pięściami, tylko chwycił go wpół, przyciskając mu ramiona do tułowia, i ścisnął, chcąc wydusić powietrze z płuc. Uniósł jak dziecko, po czym odchylił głowę do tyłu i grzmotnął Kebiryjczyka wypukłym, byczym czołem w twarz.
I znów nie trafił.
Aligende odchylił ściśnięty tułów niemożliwie do tyłu i głowa Urfy uderzyła go jedynie w pierś, a potem wyprostował dłonie uwięzionych od łokci w górę ramion i uderzył Nassimczyka w oba boki tułowia równocześnie. Urfa stęknął i puścił przeciwnika, N’Dele opadł lekko na ziemię, chwycił Urfę za kark, odwrócił się i rzucił przez swój bok.
I ponownie ogromny Nassimczyk ciężko gramolił się z dziedzińca, a N’Dele tańczył, klaszcząc i skandując swoje: Ayeete himba! Ayeete umbayee!
Urfa doskoczył i postanowił uderzyć obiema pięściami naraz od dołu, a kiedy chybił, z obu boków. N’Dele wpadł na niego, uderzając piersią o jego pierś, a potem podskoczył i w powietrzu kopnął Nassimczyka kolanem w podbródek.
Ayeete ngana! Ayeete himba naal.
Twarz Urfy wyglądała okropnie, jedno oko zamknęło się od opuchlizny, z ucha wciąż lała się krew. Nie miał już ochoty ryczeć, tylko spluwał na dziedziniec.
Runął nagle na Kebiryjczyka, młócąc potężnymi cio-’ sami z ogromnego zamachu, jakby rąbał gałęzie. Aligende odchylił się dwa razy jak drzewko pod uderzeniami wiatru, puszczając wielkie pięści gdzieś bokiem, po czym zawirował w powietrzu w wyskoku i kopnął Nassimczyka trzykrotnie, obracając się jak bąk. Kolanem, potem piętą i jeszcze raz brzegiem podeszwy w głowę. Odbił się od ogromnego mężczyzny w tył, przekoziołkował, stanął na nogach i zaczął klaskać.
Ayeete!
Czarny Urfa runął na twarz.
N’Dele dośpiewał zwrotkę do końca, klaszcząc i podskakując coraz wolniej, po czym ukłonił się leżącemu,; dotykając ust i serca, odwrócił się wśród krzyków tłujflU i ruszył w stronę naszego straganu i ławy, na której siedzieliśmy mokrzy od potu i schrypnięci od wrzasku.
Czarny Urfa, dygocąc z wysiłku, odepchnął się dłońmi od ziemi, a potem ukląkł. Splunął krwią po raz kolejny i dźwignął się chwiejnie na nogi.
Krzyczałem, kiedy chwytał trójnóg z misą pełną płonącej oliwy, ale moje ostrzeżenie znikło gdzieś w zgiełku tłumu.
Jednak kiedy Urfa zamachnął się trójnogiem, wszyscy ucichli i N’Dele zrozumiał, że coś się dzieje, ale misa, gubiąc strugę płonącej oliwy, leciała już w stronę jego głowy. Miał tylko tyle czasu, ile trwa mrugnięcie.
Za mało. Musiałby mieć dodatkowe oczy w tyle głowy.
I tak to wyglądało. Rzucił się w bok, podpierając jedną ręką, a misa śmignęła mu koło ucha i oblała kark płonącymi kroplami. N’Dele wyrzucił nogę w górę i kopnął Urfę w łokieć, który trzasnął jak gałąź. Trójnóg gruchnął o dziedziniec i odbił się kilka razy z brzękiem, bryzgając płonącym olejem. Kebiryjczyk przetoczył się po kamieniach, a potem chwycił garść piachu i rozsmarował po szyi.
Urfa zatoczył się, kiwając zgruchotaną ręką, ale ruszył na N’Dele błyskawicznie, jak wściekły bawół. Aligende poderwał się w kierunku Nassimczyka i nagle, szybko jak uderzenie pioruna, trzasnął go wyprostowanymi dłońmi w oba uszy naraz. Urfa zatrzymał się, jakby zderzył się ze ścianą, wyprostował, prychnął krwią i dwie strugi potoczyły mu się z kącików oczu jak krwawe łzy, a potem obrócił się w miejscu i runął na wznak.
Kiedy tak leżał, jego oczy wypełniły się czerwienią, ale nie mrugnął i nie poruszył się więcej.N’Dele wrócił do nas i usiadł jakby nigdy nic na ławie.
– Nie mogłeś tak zrobić od razu? – zapytał zrzędliwie Snop. – Przez ciebie serce wpadło mi do żołądka.
– Przecież to było dla zabawy – odparł Kebiryjczyk. -3 U nas też tak jest. Tańczy się w kręgu i klaszcze do bębenków, a ci, co chcą się bić, wchodzą do środka, tańczą i walczą, aż któryś upadnie. A potem znowu. Nie zabija się nikogo w kole walki. Dopiero teraz musiałem, bo opuścił go rozsądek. Zresztą on walczył dziwnie i chciałem najpierw zobaczyć, co zamierza.
– Kabir-człowiek bardzo dobrze! – zawołał Njorvin, ściskając mu barki. – Dobrze Kabir-człowiek!
– N’Dele – przerwał mu Kebiryjczyk. – Mam na imię N’Dele.
– N’Dele – zgodził się Njorvin. – N’Dele Kabiringar… Nie. N’Dele Klangadonsar. Twoja imia ten kraj, Klanga-donsar. Klanga – tu pokazał zwiniętą pięść. – Donsa…9 tu zaczął kręcić się, przytupując, i robić dziwne gesty rękoma. – Tańczyła. Oto masz nowa imia.
– Obdarzył cię nowym imieniem – zauważył Benkej. – Chyba się w tobie zakochał. W tym dziwnym kraju wszystko jest możliwe.
Walhardi przyszedł do nas bardzo rad i również poklepał N’Dele po plecach, a potem dał mu dwie srebrne monety i garść miedziaków z tego, co zarobił na zakładach. Nie wiem, czy było to obiecane pół dziesiątej części, niemniej zapłacił monetą niewolnikowi i pomyślałem, że ludzie ci nie są aż tak nikczemni, jak sądziłem.
Na środku dziedzińca nadal nieruchomo leżał Czarny Urfa, a mały, stary człowiek tulił jego pokrwawioną głowę do piersi, szlochając rozpaczliwie. Odwróciłem wzrok, bo poczułem żal, mimo że mało brakowało, a leżałby tam mój przyjaciel. Nas natomiast nikt by nie opłakiwał.
Walhardi przyniósł ponownie tłustą maść i kazał N’Dele posmarować oparzenia na szyi i plecach, a potem dał ją też nam, żebyśmy posmarowali piętna. Później zaś obaj z Njorvinem wdali się w bardzo długą i burzliwą rozmowę, krzycząc na siebie i machając rękami.
W tym czasie wielu ludzi przychodziło nas oglądać, macało nasze ramiona i szturchało brzuchy, najwięcej jednak chciało obejrzeć z bliska N’Dele, a niektórzy dali mu kubek piwa i klepali po ramieniu, i myślę, że byli to ci, którzy obstawili jego zwycięstwo w zakładach.
Walhardi i Njorvin przestali się wreszcie kłócić. Walhardi napluł na swoją dłoń, po czym zderzył ją z dłonią Njorvina i uścisnęli się za bicepsy, później wzięli dzban i każdy wylał na rękę trochę piwa, a potem przycisnął do ziemi. A jeszcze potem zaś wysuszyli dzban w wielkiej zgodzie.
Gdy skończyli, Njorvin rozepchnął tłum gapiów, podszedł do nas i odpiął obręcz na szyi N’Dele, którą mu założono, gdy wrócił na ławę.
– Njorvin kupiła N’Dele Klangadonsar. Teraz Kabir-człowiek dla Njorvin. Njorvin dawała gylding. N’Dele zbić Urfa i teraz Njorvin mieć gylding. N’Dele jechać z Njorvin jarmarki i bić ludzia. Dobra życia. N’Dele nie łopata, nie miotła, nie pług. Tylko bić ludzia jarmarki i dwory można ludzia. Dobra życia. Mnóstwo jadło, mnóstwo piwo, mnóstwo fiki-fiki. Umyta i najedzony. Nie trzeba praca, błoto, kupa, kamienie. Ludzia patrzeć N’Dele bić i dawać Njorvin gylding. Njorvin dobra interes. Dużo gylding. Trzy roki, potem N’Dele wolny, dostać gylding piętno trzy roki. Poszła, gdzie chce. Wracać Kabirstrand albo zbudować dom kraj żeglarz i znaleźć dobra dziewczyna. N’Dele swoja worek i poszli. Rano pojechali droga.
Aligende wstał i pożegnał się z każdym z nas z osobna, przede mną zaś skłonił lekko głowę, tak by nikt nie zwrócił na to uwagi.
– Wrócę, tohimonie. Znajdę cię bądź spotkamy się u ujścia rzeki. Los, który mi przypadł, nie będzie może taki zły i może znajdę sposób, by was odnaleźć i uwolnić! Niech was chroni Dhana Kadomle i wasz Idący Pod Górę.
Uścisnąłem jego barki i poczułem skurcz w szczękach i gardle, ale zmusiłem się do przełknięcia, by nikt nie zobaczył moich łez. Patrzyłem, jak odchodzi, wysoki i smukły, w kapocie, która ledwo sięgała mu za biodra, jak niesie swój tobołek, w którym pozostawiono mu niewiele rzeczy, i pustynny płaszcz przewieszony przez ramię. Nauczyłem się nie liczyć już rozstań i ludzi, których gubiłem w swojej drodze. Nic jednak nie mogłem poradzić, że kiedy zaczęto nas rozdzielać, moja dusza zrobiła się ciężka jak kamień. Czułem też, że w nieunikniony sposób w końcu będę kroczył sam i szukał swojego losu. Rodzimy się bowiem i umieramy sami, a ci, którzy towarzyszą nam po drodze, zwykle będą musieli wybrać własną.