Выбрать главу

Walhardi chyba także miał lepszy humor, bo dostaliśmy więcej piwa, chleb, a także w cebrzyku dość dużo poobrzynanych kości z pieczeni, na których pozostawało sporo mięsa.

Nazajutrz znów zasiedliśmy na ławie spięci łańcuchem i pozwalaliśmy się obmacywać i szturchać. Do południa Walhardi wyzbył się większości przypraw i broni, odważył też do metalowych buteleczek dużo wonnych olejków. Płyty soli, które obstawiały jego stragan, leżąc na stertach i w workach, znikały jedna po drugiej. A w końcu sprzedawano już pokruszone resztki, które wysypano z worków do glinianej misy, i wyskrobano wszystko, co mogłoby zostać jeszcze na wewnętrznej stronie skóry.

I cały czas monety spadały z brzękiem do okutej szkatułki, dźwięcząc tak, jakby Walhardi stał pod wodospadem z miedzi, srebra i złota.

Pewna niewiasta kupiła naraz dwa całe wory solnych płyt najlepszego gatunku, sprawdzając tylko, czy jest biała i czysta, i nie zawiera rudego pyłu pustyni, który często zawiewał słone jeziora pod Maranaharem. Wzięła też woreczek mieszanych przypraw i jeden miecz tropiciela, a także duży kawał skóry kamiennego wołu.

Była to największa kobieta, jaką w życiu widziałem, o ramionach tak potężnych, że mógł ich pozazdrościć niejeden rębajło, tęga i wysoka, z ogromną grzywą pięknych włosów barwy polerowanej miedzi, ubrana w suknię z jaskrawych materiałów i obwieszona złotymi ozdobami, nawet na grubych palcach stóp nosiła pierścionki, chodziła bowiem boso. Miała także na sobie okuty pas z masywnym mieczem i krótki skórzany kaftan obszyty żelaznymi płytkami, z którego wylewały się wielkie piersi. Kiedy targowała się z Walhardim, jej głos brzmiał niczym róg zaganiaczy i dzwoniło od niego w uszach, co chwilę też wybuchała tak jazgotliwym śmiechem, że słyszałem, jak dygocą od niego miedziane naczynia na sąsiednich straganach.

Towarzyszyło jej dwóch mężczyzn. Jeden okryty kapotą z kapturem, chudy i niewysoki, z postawy wyglądał na południowca. Drugi zaś, tutejszy, był postawny, zgarbiony, o tępej płaskiej twarzy, z jednym okiem, które patrzyło stale gdzieś w bok, a drugim normalnym. Ten cały czas dłubał w nosie i spluwał. Był tam też chłopiec, niski i gruby, o zaciętej buzi i złości w wąskich oczach, ubrany dostatnio, uzbrojony w mały mieczyk. Wszyscy oni milczeli pokornie, tylko chłopiec wpatrywał się w nas z nienawiścią i co jakiś czas wygłaszał coś rozkapryszonym tonem.

Potem zaś niewiasta oglądała mnie, Benkeja i Snopa, macając bezceremonialnie nasze pośladki, a nawet chwyciła każdego z nas za przyrodzenie i ścisnęła boleśnie, a później zaczęła poszturchiwać coraz bardziej brutalnie, aż Walhardi wrzasnął na nią i wdali się w długą kłótnię, podczas której kobieta popychała go i chwytała za rękojeść miecza.

W końcu zapłaciła dużą garścią srebra i dwiema złotymi monetami, cisnąwszy je pogardliwie na stragan, po czym odeszła, kołysząc szerokimi biodrami, a ludzie rozstępowali się przed nią jak przed rozjuszonym bawołem. Walhardi zbierał rozsypane monety, kręcił głową i warczał coś w mowie niedźwiedzi, rad, że się jej pozbył.

Chłopiec poszedł za nią, zaś mężczyźni objuczyli się worami i paczkami niczym baktriany i dopiero wtedyj podążyli jej śladem. Głos kobiety i jej jazgotliwy śmiech wciąż słychać było z daleka mimo zgiełku tłumu.

Tego dnia stragany zaczęły już świecić pustkami, stopniowo przerzedził się także tłum kupujących, którzy wynosili towary za mury grodu, zaś większość kupców miała już na twarzach szerokie uśmiechy i rogi piwa w dłoni, znacznie częściej też sięgali po dzbany niż po miedziane i kamienne odważniki, a srebro sypało się do ich mis i szkatuł coraz wątlejszym strumieniem.

Z zagród rozlegał się kwik zarzynanych zwierząt i byłem pewien, że tej nocy będzie jeszcze więcej muzyki, jeszcze więcej pieczonego mięsa i piwa, gdyż mieszkańcy grodu wzbogacili się na naszej karawanie i bardzo chwalili sobie swój los. Wiedziałem jednak, że ich radość jest pusta. Teraz brzęczało u nich srebro i myśleli tylko o tym, że stać ich będzie na tłuste mięso, najlepsze piwo i sycone miody. Ja wiedziałem to, o czym oni nie mieli pojęcia.

Wiedziałem bowiem, że nie przybędzie więcej karawan z Amitraju. Ludzie na wieży w czatowni na dole długo nie zadmą w rogi na widok objuczonych baktrianów i nie zakrzykną, że przybył znów N’Goma, przywożąc im sól, skóry i inne rzeczy z krajów Południa. Może nigdy już nie zobaczą dzbanów i tkanin z Jarmakandy, nie skosztują korzennego wina ani nie poczują zapachu olejków. Karawana, która mnie tu przywiozła, była ostatnia.

Zanim wzięliśmy się do rozkładania straganu, na którym niemal nic nie pozostało, powróciła ogromna niewiasta i wyglądało na to, że Walhardi średnio ucieszył się na jej widok. Wdała się z nim w długą, głośną rozmowę co chwila wybuchając jazgotliwym śmiechem, przy którym ryk baktrianów i wycie wilków wydawały się muzyką, do nas zaś podszedł zakapturzony mąż, który jej towarzyszył.

– Czyście Amitraje? – zapytał. Przytaknęliśmy i tylko Snop powiedział, że jest Kirenenem. Mężczyzna zrzucił kaptur, ukazując łysą głowę i haczykowaty nos.

– Jestem Udułaj Hyrkadał, z rodu Afrai. Lekarz. W tym dzikim kraju służę jednak mojej pani, gdyż jestem niewolnym, jak wy. I powiadam wam, że moja pani, Smildrun Lśniąca Rosą, zapragnęła kupić dwóch z was, bowiem tak jej się podoba, a zwykle dostaje, czego chce. I wiem jeszcze, że na pewno nie kupi parszywego Kirenena, bo potrzebni jej niewolnicy posłuszni, a nie krnąbrny i wyniosły dzikus, który nie zna pokory i którego trzeba będzie wypatroszyć, tracąc w ten sposób pieniądze. Zacna Smildrun zapłaci za was o wiele za dużo, gdyż od razu widać, że jesteście z parszywych kast, jednak nic jej to nie obchodzi, bo jest możną panią i wielką wojowniczką i stać ją na to.

Usłyszałem zawodzący, przenikliwy śmiech tej, którą nazwał Lśniącą Rosą, i ciarki przeszły mi po plecach. Nic jednak nie można było poradzić. Monety z brzękiem i jazgotem posypały się do miedzianej miski Walhardiego, który podszedł zaraz, żeby zdjąć nam obręcze z szyi – Benkejowi i mnie. I wydawało mi się, że miał na twarzy wyraz jakby współczucia, kiedy zwijał łańcuchy. Poklepał Benkeja po zdrowym ramieniu, a potem dał nam po kubku piwa i wręczył mi kij szpiega Brusa, który podniósł z niewielkiej sterty niesprzedanych towarów. Sądził, że dał mi po prostu laskę wędrowca, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak mnie ucieszył.

– Szybciej, pani nie będzie na was czekać, łazęgi – warknął Amitraj, który przedstawił nam się jako Udułaj i twierdził, że jest lekarzem.

Założyliśmy na plecy kosze podróżne i ruszyliśmy posłusznie, a na ławie pozostał już tylko Snop, syn Cieśli, który uniósł na pożegnanie dłoń, a potem oparł ręce na kolanach i patrzył, jak znikamy w tłumie.

Smildrun szła jako pierwsza, stawiając mocno grube nogi, patrzyłem, jak kołyszą się jej ogromne pośladki, i od tyłu wydała mi się podobna do krowy. Nie podobała mi się. Nie podobał mi się wyraz współczucia i winy na twarzy szorstkiego Walhardiego. A jeszcze bardziej nie podobał mi się Hyrkadał. Czułem, że przed tym człowiekiem musimy mieć się na baczności, mimo że tak jak my był niewolnikiem.