Wyszliśmy jednak za mury górskiego gródka. Szara pokrywa chmur popękała na sunące z wiatrem obłoki i nawet wyjrzało słońce, więc przestaliśmy wreszcie drżeć z chłodu. Pod murami, na łące pokrytej skałami i niską trawą, stało wiele wozów i namiotów z kolorowego płótna, pomiędzy wozami płonęły jeszcze niewielkie ogniska i kręciło się tam sporo ludzi. Niektórzy pakowali już dobytek, inni wciąż prowadzili interesy i dobijali między sobą targu. W dół traktu, w stronę lasu, odjeżdżały kolejne wozy otoczone jadącymi wierzchem zbrojnymi, by zniknąć wśród drzew i dolin.
Kolorowy, malowany w przedziwnie splecione sylwetki wilków i koni namiot Smildrun stał na uboczu, nad niewielkim skalistym strumieniem. Kręciło się tam kilku ludzi. Bogato odziany podrostek, zwalisty, zezowaty mąż, których widzieliśmy już przedtem, i kilku innych.Stały tam też trzy masywne jednoosiowe wozy, na skąpej górskiej trawie pasły się woły i kilka koni.
– Odjeżdżamy do domu – oznajmił Hyrkadał. Miał skrzypiący, zrzędliwy głos i mówił z północnym akcentem. – Będziecie zwijać namiot i pakować rzeczy na wóz. I lepiej się spieszcie, bo inaczej spotka was gniew zacnej Smildrun. Jest silniejsza niż niejeden mąż i bardzo lubi posługiwać się pletnią. A najbardziej ze wszystkiego nie lubi czekać.
Wzięliśmy się do pracy, która nie byłaby ciężka ani uciążliwa, gdyby wykonywano ją normalnie. Jednak tu zwijaliśmy płótno namiotu, zdejmowaliśmy tyczki i nosiliśmy paczki przy wtórze nieustannego wrzasku, poganiania, przekleństw i świstu plecionego bicza. Jazgotliwy głos naszej słodkiej pani ciął nie gorzej niż jej pejcz i na zmianę słyszeliśmy twarde hajsfynga! albo swojskie „zawszone ścierwa!” i „synowie psów” z ust naszego rodaka.
Gdy w końcu załadowaliśmy wozy i umocowaliśmy wszystko linami tak, jak sobie życzyła, mieliśmy obaj po kilka krwawiących pręg na plecach. Do tego wszystkiego podrostek, który jak już wiedzieliśmy, nazywał się Smigrald i był jej synem, dawał nam się we znaki, podstawiając nogi, kiedy taszczyliśmy bagaże, i rzucając w nas kamieniami.
Wyruszyliśmy po czasie, w jakim wypaliłyby się dwa cale miarowej świecy. Nasza pani dosiadała ogromnego jak smok wierzchowca, który i tak aż przysiadł pod jej ciężarem. Trzej towarzyszący jej mężczyźni również jechali konno, Smigrald siedział na koźle wraz z Hyrkadałem, drugim wozem powoził zezowaty drągal, zaś trzecim jeszcze jeden mąż, milczący i ponury, o zarośniętej twarzy przeciętej blizną. Tylko ja i Benkej szliśmy pieszo, z koszami podróżnymi na plecach, a ja dzierżyłem kij szpiega, zastanawiając się, czy dalibyśmy radę zabić ich wszystkich.
To jednak były bajki. Mielibyśmy przeciw sobie sześciu dorosłych zbrojnych, z czego czworo konno. Wszyscy mieli solidne miecze albo topory, jeźdźcy dodatkowo jeszcze klejone łuki, podobne do broni zaganiaczy, ale tak masywne, że wydawało się niemożliwe, by naciągnął je normalny człowiek. Zawsze jeden lub dwoje znajdowało się na trakcie za naszymi plecami.
Weszliśmy więc w zielony półmrok lasu, krocząc obok wozów kamienistą ścieżką i wdychając chłodne, jakby mokre i pachnące dziwną żywicą powietrze. W dole, w jarze, huczał strumień, a po drugiej stronie mieliśmy porośnięte skaliste zbocze. Mogliśmy tylko iść naprzód, słuchając skrzypienia osi, ryku wołów i patrząc na ich zadki.
Wędrowaliśmy. Wymyślałem różne plany ucieczki i odrzucałem je po kolei, ale to tylko zabawiało mnie w drodze i pozwalało zrobić następny krok. W dłoni ściskałem gładkie drewno kija szpiega i ukryte w nim żelazo dodawało mi otuchy.
Wędrowaliśmy.
W głąb kraju Północy. Zniewoleni i sprzedani, ale szliśmy. W nieznane.
(Tafnismal – Tieśń o Tafnirze)
Rozdział 3. Szkarłat
Drakkainen rozgimnastykował palce, jakby zabierał się do gry na pianinie, wciągnął kilka razy powietrze nosem i wypuścił je przez usta. Powiedział coś, co brzmiało jak „Geronimo”, zrobił krok do tyłu i usiadł ostrożnie, pochylony do przodu, gotów zerwać się w każdej chwili na nogi. Nic się jednak nie zdarzyło.
– Dobra – ogłosił. – Etap drugi.
Powoli i ostrożnie oparł się plecami, po czym położył obie dłonie na rzeźbione podłokietniki. I zamarzł.
Zamarzł z odrzuconą do tyłu głową, jego skóra pokryła się migocącym nalotem lodowego pyłu, krótka szczecina na szczęce obrosła srebrnym puchem szadzi, kaptur półkożuszka zesztywniał jak deska. Kosmate lodowe igły objęły nawet rozchylone usta i zęby, najeżyły się na gałkach ocznych. Sylfana wrzasnęła.
– Czekaj! – zawołał Grunaldi i chwycił ją za ramię. – Bo go połamiesz! Na razie czekamy.
– Przecież widzisz, co się dzieje! – krzyknęła. – On zamarzł! Zmienił się w lód!
– Wie, co robi – oznajmił Spalle. – Zawsze mówiłem, że to Pieśniarz. Nawet jeśli sam o tym nie jest przekonany.
Pokład zaczął dygotać pod ich nogami, a potem drakkar wyraźnie zwolnił. Wokół kadłuba we wszystkie strony popłynęły drobne fale i okręt zaczął dryfować z prądem, celując w zasypany śniegiem brzeg.
Chwycili się burt i masztu, czekając na zderzenie, ale okręt przechylił się na drugą burtę i skręcił, strącając z wysokiego brzegu nawis śniegu. Wpłynął znów w nurt, po czym zatrzymał się, drżąc lekko, płynące rzeką kry z trzaskiem łamały się na rufie i drakkar znów ruszył – do tyłu.
– On żyje i steruje tym – oznajmił niepewnie Warfnir. – Chyba.
– Zwykły rudel byłby lepszy – zauważył Grunaldi ponuro. Okręt obrócił się wokół osi i ponownie popłynął przed siebie środkiem nurtu.
– Mówiłem? Pieśniarz – powtórzył z uporem Spalle. Nikt mu nie odpowiedział.
Pokryty lodem posąg na rufie zatrzeszczał lekko. Migocąca w powietrzu milionami tęczowych iskier mroźna mgła uniosła się z jego twarzy i ramion.
Na brzegach zaczęły pojawiać się pierwsze domy i pierwsze belkowane pomosty, do wody wchodziły pochylnie wyłożone dokładnie okorowanymi tramami, pokryte cienką, lśniącą warstwą lodu.
Na końcu pomostu siedział chłopak w ogromnym skórzanym kapeluszu i kożuszku, zaopatrzony w drewniane wiadro i linkę z kawałkiem deseczki pełniącą rolę kołowrotka. Chłopak wywijał nad głową haczykiem z nadzianą przynętą. Zobaczył płynący rzeką ogromny lodowy okręt i zamarł bez ruchu, nadal kręcąc linką.
Drakkar zaskrzypiał, jakby miał rozpaść się na kawałki. Wszyscy przysiedli odruchowo, chwytając za burty i napięte lodowe liny takielunku. Kadłub przebiegł wstrząs, stewa wygięła się nagle esowato jak ciało ogromnego węża, smoczy łeb odwrócił się do tyłu i spłynął niżej, wpatrując się w załogę parą wąskich ślepi, które zalśniły nagle przytłumionym rubinowym blaskiem. Spalle bardzo powoli wyciągnął miecz z pochwy, Grunaldi zasłonił sobą Sylfanę, wypluł jakiś paproch, który międlił w ustach, i pociągnął nosem. Warfnir stojący z boku przesunął się kilkoma wolnymi krokami w stronę topora opartego o burtę.
Smok zahuczał, co zabrzmiało jak dźwięk potężnej trąby.
– Przynieście mi miecze z kajuty – oświadczył smok z niskim dźwiękiem sunącego lodowca. – I hełm. I jakieś futro.