– Z czego? – zapytał cichutko Grunaldi jakimś takim schrypniętym głosem.
Smok zakołysał gwałtownie łbem i jakby lekko ryknął, ale stłumił ten dźwięk.
– Z tej komórki z tyłu, gdzie sypiam – zawarczał znowu. – Miecze. Te dwa zakrzywione. Kiedy dopłyniemy na koniec Żmijowego Gardła, spróbuję przybić do brzegu. Natychmiast wszyscy zeskakujcie. Ja spróbuję wstać i też zejdę, ale dopiero jak wszyscy będą na brzegu. O dziesięć kroków od burty. Gdybym nie dał rady, wsiadajcie z powrotem. Trudno. Warfnir, zostaw ten topór, kusipaal
– To Ulf przez niego gada?
– Nie, to smokowi zachciało się mieczy – warknął Grunaldi. – Temu, co sypia w komórce, ty koźle! Zasuwaj po te miecze i przynieś też nasze, kiedy już będziesz na dole.
Smok odwrócił się ze skrzypieniem ponownie do przodu, wyprostował i zesztywniał. Wijąca się wężowa szyja znowu stała się lodową stewą.
Dzieciak na brzegu coraz wolniej kręcił przynętą, a w końcu opuścił ramię i usiadł gwałtownie na pomoście, po czym zwalił się na plecy.
Na zasypanym śniegiem nabrzeżu Żmijowego Gardła kręciło się niewielu ludzi. Ktoś szedł z wiadrem ku rzece, ktoś ciągnął sanie wyładowane porąbanymi polanami, ktoś pędził stadko kóz, jakiś postawny mąż w czarnej, kosmatej burce i filcowej czapce stał z kciukami zatkniętymi za pas i gapił się na drakkar z otwartymi ustami. Wszyscy stawali jak wryci tam, gdzie akurat zastał ich niezwykły widok. Kozy rozbiegły się gdzieś, kobieta upuściła trzepocącą rybę na pomost, ktoś usiadł z rozmachem w otwartych drzwiach.
Wzdłuż rzeki stało niewiele wilczych okrętów, z większości zdjęto już maszty i cały takielunek. Mniejsze łodzie leżały dnem do góry wzdłuż pomostów, nakryte płótnem. Wstawał szary, pochmurny dzień i prószył lekki śnieg. Z dymników stłoczonych na brzegu chałup snuł się siwy, pachnący ogniskiem dym.
Lodowy drakkar sunął rzeką, krusząc cienką warstwę lodu, płosząc stada wodnych ptaków siedzących na palach pomostów i rozwieszonych sieciach. Od zakrętu, z oddali słychać już było szum morza.
W najszerszym miejscu rozlewiska okręt zatrzymał się, wibrując lekko, po czym obrócił elegancko w miejscu i wpłynął tyłem pomiędzy dwa pomosty. Łeb smoka odwrócił się przy tym na rufę przez prawą burtę. Drakkar znieruchomiał.
Woda wokół niego zmętniała, pokryła się drżącą warstwą lodowych płytek i nagle zamarzła z trzaskiem, tworząc jęzor łączący go z lądem.
Grunaldi uchwycił Sylfanę pod pachy i wystawił na pomost. Syknęła jak kot i wymierzyła mu w przelocie kopniaka. Spalle chwycił miecze Drakkainena ciśnięte przez Warfnira, który następnie rzucił oręż Grunaldiemu. Wyskoczyli za burtę, ktoś poślizgnął się na oblodzonych deskach pomostu.
– Co teraz? – zapytał Spalle, kiedy stali już na brzegu.
– Teraz będzie próbował odtajać i wyleźć, jak powiedział – zauważył Warfnir, zapinając ciężki pas.
– To dobrze, bo tamci wszyscy z widłami i hołoblami strasznie się spieszą, żeby nas powitać.
Siedząca na rufie postać okryła się kłębami migocącej mgiełki, po czym wstała z chrzęstem i skrzypieniem Pękającego lodu.
Spalle przesadził. Tłum biegnący do drakkara rzeczywiście wyposażył się w widły i siekiery, ale z każdym krokiem coraz mniej był tłumem i coraz mniej biegł.W pobliże pomostu podeszło zaledwie pięciu ludzi, i to ostrożnym krokiem.
Znad rzeki uniosły się tumany mgły, która wpełzła na deski, kryjąc stojących tam ludzi. Z tronu na rufie drakkara uniosła się ogromna postać, wyglądająca trochę jak człekokształtny obłok mgły, a trochę jak posępny bałwan śniegowy. Lodowy olbrzym wyszedł wielkimi krokami na keję, skrzypiąc i gubiąc odłamki.
– Nadchodzą Węże! – zagrzmiał głosem lawiny. – Nadchodzi szalony król Aaken, by spalić świat i zesłać martwy śnieg!
Uniósł skrzypiące ramię i wskazał na południe.
– Węże zejdą z gór! Spalą wasze dachy! Zaklną wasze dzieci w żelazne potwory, które wyślą w bój! Przywiodą smoki i upiory zimnej mgły! Tam samotnie walczą z nimi Ludzie Ognia! Jeśli ich nie wesprzecie, zginą! A wtedy Węże ruszą na północ, by zniewolić wszystkie ludy Wybrzeża Żagli i cisnąć je do stóp swojego króla!
Zapadła cisza przerywana tylko piskiem mew. Widły wypadły z czyjejś ręki i potoczyły się po oblodzonych tramach nabrzeża.
– Powiedzcie innym! Zatrzymajcie Węże! Inaczej świat nie doczeka następnej zimy! Odejdźcie i powiedzcie innym!
Mgła ogarnęła sylwetkę drakkara, załogę i lodowego olbrzyma.
Kiedy zrzedła, u stóp pomostu nie było już nikogo, na belkach spoczywały jedynie porzucone widły. Na kei zaś klęczał dygocący Drakkainen, kaszląc, krztusząc się i i plując śniegiem.
– Podnieście go! – krzyknął Grunaldi. – Dawajcie tutaj! Gdzie to futro!
– Perkele saatani vittu… dapiczki materi… jebał tebe kon sestru krvavim kuraćem na majćinom grobu… hai-staa paska…
– Bredzi – zauważył Warfnir. – Pomieszało mu się w głowie.
– Piwa… – wychrypiał Drakkainen.
– Teraz powiedział coś do sensu.
– Dobra… – rzucił w końcu zwiadowca, kiedy doszedł już do siebie i przestał dygotać pod futrem. – Musimy tu tylko kogoś odwiedzić. Znacznego człowieka, zwanego Wędzony Ulle. Dajcie moje miecze. Ruchy, zanim zleci się tutaj pół miasta.
Dźwignął się na nogi z wysiłkiem, czepiając plecionego płotu. Sylfana podciągnęła go do góry, przewieszając jego ramię przez plecy.
– Dziękuję, dziecino – wychrypiał i stanął pewnie na nogach. – Ależ to jest przykre… Niech go szlag…
Zrobił ze dwa kroki w kierunku kei i wyciągnął ręce w stronę majaczącego wśród kłębów mgły drakkara.
– Sakea! Sakea sumul Mgła zafalowała lekko.
– Perkele sakea sumul – wrzasnął jeszcze raz. Kłęby pary uniosły się z czarnych wód rzeki wszędzie wokół nich i dalej wzdłuż przystani, a potem ogarnęły brzeg, jak czoło śnieżnej burzy. Port Żmijowe Gardło w kilka chwil zatonął we mgle do tego stopnia, że zachwyciłby Sherlocka Holmesa.
– Epanakeminem, huora! – wrzasnął zwiadowca.Majaczący wśród oparów kadłub drakkara i krótki, masywny maszt zamigotały, a potem znikły. Pozostała tylko mgła.
– Teraz zrobiłeś jak porządny Czyniący – pochwalił Grunaldi. – Tylko ten… będziesz umiał go przywołać z powrotem?
– Dalej tam stoi – wyjaśnił Vuko. – Nie potrafiłbym niczego zniknąć. Po prostu go jakby zasłoniłem. Zrobiłem tak, że go nie widać. Chodźcie, nie mam pojęcia, jak długo ta mgła się utrzyma.
Do kantoru Wędzonego Ulle nie było daleko, niedługi spacer wzdłuż nabrzeża. Jednak we mgle autorstwa Drakkainena widać było ledwo na dwa metry, a majaczące wzdłuż drewnianego pirsu budynki wydawały się identyczne. Po drodze minęli sporą grupkę ludzi idących w stronę, z której przyszli, i rozprawiających żywo, ale nikt ich nie zaczepił. Nie zwracali na siebie uwagi. Nosili typowe kurty i kaftany, owijali się futrzanymi szubami i nie przypominali ani smoków, ani lodowych olbrzymów.
– Tu, w Żmijowym Gardle, mają takie same domy jak u was? – zapytał Drakkainen.
– Takie, jakie robi się w osadach – odpowiedział Grunaldi. – Normalnie, jak w Pieśni Ludzi.
– Dobra, czyli w czworobok z majdanem pośrodku, z przodu brama i dwa tylne wyjścia. Jedno z domostwa, drugie ze stodoły?
– No chyba.
– Zrobimy tak… – Drakkainen zastanowił się przez chwilę i opisał im Wędzonego Ulle. – Zanim stąd wypłynęliśmy po jesiennym jarmarku, zamówiłem kamienie, takie jak żalne, na których napisałem, że szukam wieści o moich zaginionych krajanach. Tam też było napisane, że można je zostawiać u Wędzonego Ulle, który zapłaci za nie srebrem z pieniędzy, jakie mu zostawiłem. Chcę się dowiedzieć, czy usłyszał coś ciekawego, ale to krętacz i cwaniak, poza tym trochę się mnie boi. Współpracował tylko dlatego, że zostawiłem mu z góry dwa gwichty. Wtedy nie wiedziałem nic o szalonym Aakenie ani żadnym Lodowym Ogrodzie, teraz sądzę, że moje sprawy mogły mu napytać biedy, więc może chcieć czmychnąć. Zrobimy tak: ja i Grunaldi wchodzimy grzecznie od frontu i pukamy do jego kantoru. Obok jest gospoda. Droga i dla możnych. Tam pójdzie Warfnir. Kupisz sobie piwa, dam ci pieniądze, i spróbujesz się czegoś wywiedzieć zarówno o Wędzonym Ulle, jak i o Wężach, Pieśniarzach, i w ogóle o wszystkim, co mogło się tu zdarzyć od lata. Jeśli nic nie wskóramy u wrót kantoru, przyjdziemy do ciebie, Warfnir. Zaś wy dwoje staniecie w opłotku, z tyłu, tak żeby mieć na oku oba tylne wyjścia. Jeśli Ulle spróbuje iść na spacer, zatrzymacie go, potem jedno z was dotrzyma mu towarzystwa, a drugie zawiadomi nas w gospodzie. Jeśli będą z nim zbrojni, jedno z was pójdzie za nimi w trop, a drugie po nas do gospody. Pytania?