Выбрать главу

– Stać mnie, żeby kupić sobie piwa. I chcę wiedzieć, dlaczego ja mam iść do gospody, gdzie mam jedynie rozpytywać i wcale nie można spodziewać się walki? Dlaczego nie pójdzie Grunaldi, który jest najmocniejszy w gębie?

– Bo widać, żeś z nas najmożniejszy – powiedział Grunaldi. – Jestem skromnym człekiem, ty zaś ubierasz się jak kogut i od razu znać, żeś zacny kmieć. I dlatego, że ktoś musi, a Ulf powiedział, że ty masz to zrobić. Jeszcze nie widziałem, żeby tak się wzbraniał ktoś, kto za całą robotę ma wypić dzban piwa i pogawędzić z karczmarzem.

– Co do pieniędzy – przerwał Drakkainen – to wiem, że cię stać na piwo, ale chcę, żebyś szastał groszem, a o to nie śmiem cię prosić. Tam jest drogo, a ty masz zapłacić po trzykroć tyle, ile powiedzą.

– A dlaczego ja mam iść z nią? – chciał wiedzieć Spalle.

– Bo jesteś najmłodszy – oznajmił Drakkainen. – Będziecie lepiej razem wyglądać.

– A ja jestem ciekawa, skąd będziemy wiedzieli, dokąd poszedł Spalle, jeśli wypadnie mu śledzić kupca i jego ludzi, a ja przywiodę was z gospody?

– To wymyśliłem już wcześniej – odparł Drakkainen. – Kiedy zobaczyłem ciebie dziś rano. Czy twoje korale są bardzo cenne?

– Długo je mam – powiedziała ostrożnie. – Ale to zwykłe kamyki z Południa. Nie zakładałabym ich, gdybym wiedziała, że schodzimy z pokładu, nie muszę się stroić do walki. Mam o wiele cenniejsze rzeczy, ale na okręcie. Zabrałam wszystko, bo nie wiadomo, co wydarzy się w domu.

– Chodzi mi o to, czy możesz je w razie czego stracić – wyjaśnił Drakkainen cierpliwie. – I nie idziemy do walki, tylko po wieści. Dlatego mamy wyglądać zwyczajnie i dobrze się stało, że włożyłaś suknię i korale. Teraz daj je Spalle.

– Dlaczego?

– Jeśli pójdzie za Ulle i jego ludźmi, niech zerwie sznur i co dziesięć kroków rzuci na ziemię jeden paciorek. Zwłaszcza tam, gdzie będzie musiał skręcić. Potem je pozbieramy.

– Mam jeszcze złote łańcuchy, naramienniki, bransolety i pierścienie – oznajmiła Sylfana cierpko. – Szkoda, że nie wiedziałam, może byłoby je lepiej widać w śniegu, jestem siostrą styrsmana, mogę znaczyć trop klejnotami.

– Mówiłaś, że korale nie są cenne.

– Bo nie wiedziałam, że mamy je rozrzucać albo nęcić nimi ryby. Zrobimy tak, bo to jest prawie tak sprytne, jakby wymyśliła to niewiasta, gdyby tylko nie chodziło o jej naszyjnik. Tylko że dam mu je, dopiero kiedy będzie trzeba.

– Pięknie – zakończył Vuko. – Jeszcze jedno: nie wiadomo, co się wydarzy. Gdybyśmy się pogubili, spotykamy się w gospodzie. Jeśli to będzie niemożliwe, to opodal drakkaru. Sylfano, schowaj miecz pod szubą, ale tak, żeby łatwo go dobyć. Niech nie będzie widać, że jesteś zbrojna. Wszyscy wiedzą, co robić? To do roboty.

Drzwi kantoru były zamknięte na głucho. Solidne, zbite z grubych dech, najeżone łbami bretnali. Zasłaniająca okno solidna okiennica także nie zapraszała do wnętrza.

– Wyjechał? Czy to sezonowy interes? – warknął Drakkainen, tłukąc pięścią w drzwi. – Dlaczego nic nie może iść normalnie? Przeklęty jestem, czy co? Chciałem z facetem zamienić dwa zdania i kupić jakąś łódkę. Takie to trudne?

– Zostało nam tylko iść do tej gospody za Warfnirem – odparł Grunaldi. – Przynajmniej się ogrzejemy.

– Nie widać zawiasów, więc otwierają się na zewnątrz – oznajmił Drakkainen. – Nie wyważymy. Uważaj, czy ktoś się nie kręci po nabrzeżu. Cyfral, zostało mi trochę tego świństwa?

– Trochę zostało – odparła. – Na ubraniu i we włosach. Nie bardzo dużo, ale jest.

– Zacny z ciebie mąż – zauważył Grunaldi. – Ale nie bardzo lubię, kiedy tak rozmawiasz sobie z powietrzem. Ktoś pochopny mógłby uznać, że jesteś słaby na umyśle.

– Nie zwracaj uwagi – poradził Drakkainen. – Teraz się cofnij i patrz, czy ktoś nie idzie.

– Widać tylko mgłę. Zauważę go akurat, kiedy na mnie wpadnie.

Drakkainen zamknął oczy i skoncentrował się na zaworze. Solidnej, okutej belce leżącej na hakach po tamtej stronie. Zwrócił na nią uwagę, kiedy był tu ostatnio. Wahadłowo zawieszona na drzwiach i zadarta do góry. Wystarczyło wyjąć blokadę, żeby spadła na hakowatą obejmę w skrzydle drzwi i końcem na drugą taką wbitą w futrynę. Wyobraził ją sobie – kilkanaście kilogramów poczerniałego drewna i żelaznych pasów, siedzące w swoich obejmach, i zastanowił się, co powinien zrobić prawdziwy mag. Gdyby była żelazna, można by ją zamrozić straszliwym tchnieniem zimna i stłuc jak porcelanę. Drewnianą – przepalić wzrokiem. Metalowo-drewniana sprawiała więcej kłopotu. Postanowił ją podnieść. Tylko trochę. Tyle, żeby wysunęła się z kutych żelaznych uszu.

– Prawdziwy mag zrobiłby tak – rzucił ponuro, unosząc dłoń z rozstawionymi palcami: – Use theforce, Lukę!

I wtedy drzwi zgrzytnęły, a potem się otworzyły. Powoli, ze skrzypieniem wychyliły się na zewnątrz, ukazując, pachnące ostro skórą, ziołami i jakby kadzidłem, ciemne wnętrze.

A w tej ciemności stał chudy, okutany szalem albo kocem człowieczek. Ledwo majaczył w półmroku małym, haczykowatym nosem i plamą twarzy, ale i tak widać było, że to nie kupiec.

– Mam sprawę do Wędzonego Ulle – oznajmił władczo Drakkainen. – Jestem Ulf Nitjsefni. Nocny Wędrowiec

– Zacny Ulle jest chory – odparł człowieczek. – I nikogo nie przyjmuje. Ja prowadzę wszystkie jego sprawy i nic o tobie nie wiem.

– Idź i powiedz mu, kto go odwiedził – poradził mu Drakkainen, opierając się o futrynę i nonszalancko wstawiając nogę do wewnątrz. – Zapytaj, czy już wydłubał złote gwichty ze ścian.

– Był kiedyś taki mąż… – powiedział jegomość w zawoju. – Nieokrzesany cudzoziemiec, który jednak robił dobre interesy z moim gospodarzem.

To było, jeszcze zanim zacząłem mu pomagać, ale coś o tym słyszałem. Nie pamiętam tylko, kiedy dokładnie to było ani co ów człek kupował.

– Jesteśmy spokojnymi i uprzejmymi łudźmi – stwierdził Drakkainen. – Ale mróz i mgła źle działają na cierpliwość. Człek ów kupował wieści, a było to dokładnie na jesiennym jarmarku. Zamówiłem ich więcej i przyszedłem po towar. A teraz zawołaj Ulle albo wsadzę ci twoją głowę w rzyć i sam po niego pójdę.

– Nie ma potrzeby używać takich słów. Wejdźcie. To nie są spokojne czasy, a twój towar należy do najniebezpieczniejszych.

– Nie dosłyszałem, kiedy się przedstawiałeś – powiedział Drakkainen, kiedy weszli do wnętrza kantoru. W mroku majaczyły półki i stoły zawalone stosami zawiniątek opakowanych w skórę i tkaniny. Okutany człowieczek pochylił się nad zbitym z belek blatem, odsunął je na bok i usiadł na ławie. Usiedli naprzeciwko niego. Powietrze było aż gęste od ciężkiego zapachu kadzidła, od którego kręciło w głowie. Obaj natychmiast się rozkaszleli. Grunaldi zrzucił kaptur z głowy i z irytacją wypuścił powietrze przez nos, ale nic nie powiedział.