Выбрать главу

– Jestem cudzoziemcem i moje imię nic wam nie powie. Zły los zagnał mnie aż tutaj i zastała zima. Wiosną pójdę w swoją stronę, ale na razie mieszkam tu i pomagam Wędzonemu Ulle. Moje imię tłumaczy się na język Wybrzeża jako Szkarłat i tak do mnie tu mówią.

– Posłuchaj więc, Szkarłacie – powiedział Drakkainen powoli. – Nie znamy cię i chcemy zobaczyć Wędzonego Ulle. To z nim mam mówić. Chcę też, byś zapalił tu lampę i odsłonił głowę. Nie mam wiele czasu. Przyszedłem tylko zapytać o nowiny i zamienić z Ulle kilka zdań. To sprawa między nim a mną. I wywietrz to kadzidło.

Szkarłat wstał zza stołu i otworzył drzwiczki prymitywnego baniatego piecyka, po czym wrzucił do środka kilka polan i kawałków węgla drzewnego, a potem zaczął dmuchać na żar.

– Ulle choruje na mroźny dur – oznajmił. – Leży w łaźni okryty futrami, a i tak zimno ścina go od środka. Jego oczy patrzą do środka głowy i mówi językiem majaków Palimy w całym domu zioła, ale i tak jego żona i synowie zaczynają już mieć dreszcze. Do tego domu trafia wielu cudzoziemców i wielu podróżników. Przynoszą korzenie, zioła, orzechy, kadzidła, żywice, jady i barwniki. Magiczne substancje, które uzyskuje się z drzew, robaków, morskich stworów, zwierząt i ziół. Każdy wie, że Wędzony Ulle handluje tym, co pachnie dalekimi krajami. Jedne leczą, inne barwią materię i skórę, przyprawiają mięso i nie pozwalają mu zatęchnąć, jeszcze inne poprawiają smak trunków, przynoszą radość, piękną woń albo uśmierzają smutek. Drogie rzeczy. Zbytek dla możnych. Wszystkie pochodzą z daleka. A ci, którzy je przynoszą, też przybywają z daleka i czasem niosą w sobie choroby Południa. Sam jestem z Południa i umiem je leczyć. Gdyby nie ja, Ulle i jego rodzina już by zamarzli od środka. Tutejsze znachorki umiały tylko przetaczać po nim jaja mew, smarować morskonim sadłem, poić zupą z pieprznika i straszyć chorobę bębenkiem. I brać srebro. Tak, to potrafią. Ale ja, Szkarłat, wiem, co trzeba mu podać. I nie biorę za to srebra, bo dał mi dach na zimę. Tak.

Wewnątrz piecyka buchnęły płomyki, zatrzeszczał ogień i pomalował wnętrze migotliwym pomarańczowym blaskiem. Szkarłat się wyprostował.

– Grunaldi, otwórz drzwi – powiedział powoli Drakkainen. – I zostaw je przez chwilę otwarte.

Człowieczek zakrzątnął się po kantorze, wydobył skądś opleciony sznurkiem gąsiorek i kilka glinianych kubeczków, przyniósł też płaską metalową lampę. Postawił ją na stole, obok patyczek i mały nóż, zeskrobał zawinięty wiór i wsunął do paleniska, a w końcu przypalił knot lampy, który nakrył abażurem z pęcherza rozpiętego na listewkach. Wszystko robił powoli, z namaszczeniem i jakąś niemal liturgiczną celebrą. Drakkainen poczuł, że jeszcze chwila i zrobi coś naprawdę gwałtownego.

Grunaldi otworzył drzwi, lecz niewiele to dało. Kadzidlane opary zaczęły wypływać na zewnątrz, ale nadal kręciło się w głowie i piekły oczy. Szkarłat nalał z gąsiorka do glinianych kubeczków i wreszcie odkręcił chustę z głowy, odsłaniając wychudłą, płaską, jakby sowią twarz, pokrytą białą jak brzuch ryby skórą i jaskrawokarminowym śladem wybroczyn w kształcie drzewa, jakby naczynia wypłynęły mu na twarz. Krótką szczecinę włosów miał wygoloną nad uszami i na karku równo pod garnek, co nadawało mu wygląd schorowanego, wychudłego Indianina z Amazonki w dzikich barwach wojennych.

– Nie bardzo lubię pokazywać tu moje blizny i moje południowe rysy.

– Jesteś Amitrajem – warknął Grunaldi, sięgając powoli pod połę kaftana.

– Dla was, żeglarzy, każdy, kto mieszka za Wyspami Ostrogowymi, to zawsze Amitraj. Ale ja pochodzę z dużo dalszej ziemi, położonej nad Morzem Wewnętrznym. Z Jarmakandy. I nie jestem Amitrajem, choć mówimy jednym językiem. Napijcie się morskiego miodu. W mroźny dzień nie ma niczego lepszego niż morski miód z odrobiną żywicy ogniorośli. Rozgrzewa i czyści płuca.

Drakkainen opuścił dłoń na nadgarstek Grunaldiego, przygważdżając jego ramię do stołu. Ostatnie Słowo obdzielił go ciężkim spojrzeniem i rozluźnił palce na glinianym kubku.

– Nie przyszliśmy z tobą pić. Do rzeczy. Masz nam coś do powiedzenia?

– Jeśli jesteś tym, który czekał na wieści, mam dla ciebie kilka – odparł powoli Szkarłat. – Z powodu twoich kamieni przychodziło tu wielu. Zwykle oszuści, którzy opowiadali bajki i niestworzone historie, żeby dostać srebra. O ludziach wychodzących z wulkanu, o dolinie śpiącej bogini, o upiorach uroczysk. Zwykłe bajędy.

Wyprostował się na ławie, ugniatając w palcach niewielką, czarną jak smoła kulkę, miękką jak plastelina.

– Ulle mówił, że płacisz za wieści – powiedział jakby z namysłem. – Za dobre, prawdziwe wieści. Był tu bowiem jeden człek, który przyniósł wiadomość.

Umilkł, kiwając lekko głową i wciąż ugniatając kulkę w palcach.

– Nawet coś lepszego niż wiadomość.

Spojrzał Drakkainenowi prosto w oczy, kręcąc w palcach kulkę. Jego powieki otaczała siateczka czerwonych naczyń wypełniająca promieniście oczodoły.

– No? Co takiego?

Szkarłat uśmiechnął się, pokazując czarne dziąsła i drobne białe zęby obwiedzione czernią, jakby szorował je węglowym pyłem. Jego rdzawe tęczówki rozlane na całą gałkę oczną zapłonęły nagle złotem. Teraz wyglądał jak jaszczur, nie jak ptak. Jak jadowity jaszczur.

– Pozdrowienie! – syknął.

I wrzucił kulkę w abażur lampy.

Fuknęło jak magnezja – nagłym rtęciowym rozbłyskiem i obłokiem gęstego, cuchnącego niczym tlący się celuloid dymu. Drakkainen wstrzymał oddech i zerwał się, przewracając stół na Szkarłata, który jednak zdążył porwać lampę i dmuchnąć w abażur, wypuszczając im w twarz skoncentrowany strumień dymu i ognia. Vuko wystawił przed siebie dłoń, Grunaldi zataczał się, kaszląc z okropnym charczącym dźwiękiem, wymachując na oślep mieczem, drugą dłonią trzymając się za gardło. Kaftan na jego plecach płonął.

Otworzyły się drzwi i do kantoru wpadł inny mężczyzna, w kapuzie i skórzanym ubraniu. Jeszcze ktoś wpadł ze środka domostwa.

– Grunaldi, do wyjścia! – wychrypiał Drakkainen, pchając nogą przewrócony stół przygważdżający Szkarłata do ściany. Starał się oddychać przez połę futra, ale i tak jego płuca płonęły i eksplodowały w spazmach. Wyciągnął miecz, czując, że podłoga robi się miękka i elastyczna jak grzęzawisko. Dźwięki też zaczęły się robić dziwne, do tego widział tylko mrok i zygzakowaty, neonowy powidok. Blokował Szkarłata blatem stołu, który pchał nogą, jednego przeciwnika miał od drzwi, kolejnego od strony podwórza. W mroku unosiły się kłęby gryzącego dymu i wiedział, że nie wytrzyma długo na wstrzymanym oddechu. Powietrze ciął ciągły, pulsujący świst. Ktoś wywijał czymś nad głową. Łańcuch? Jakiś pejcz? Obok słyszał szarpaninę, huk łamanych mebli i wściekły ryk Grunaldiego, później wrzask brzmiący nieludzko, jak jakiś chrapliwy bulgot na wdechu, a mimo to podświadomość zanotowała obce słowa, jakby je kiedyś rozpoznawał.

– Onu nei oldurme! Kahdin onu istyor sahgul! – A potem łomot padającego ciała.

Czuł wywijający w powietrzu obciążony koniec pejcza albo łańcucha. Słyszał, jak tnie ze świstem powietrze, zataczając kręgi, rozganiając kłęby dymu. Nie mógł tak stać na jednej nodze, zastawiając się bezradnie mieczem. Przestał dopychać stół do ściany, podskoczył i w powietrzu wbił boczne kopnięcie w blat, słysząc zduszony krzyk Szkarłata, a potem stracił równowagę na kołyszącej się podłodze i zaczerpnął gryzącego dymu. przetoczył się, wpadając na kogoś i dławiąc się kaszlem, a później uderzył w jakieś meble, kiedy usiłował dobyć drugiego pałasza.