Pęk ciężarków śmignął koło jego twarzy, poczuł podmuch powietrza i jedno ostre, bolesne uderzenie w szczękę, jak strzał z procy.
Powinien był ruszyć w stronę drzwi, ale tam gdzieś znajdował się Grunaldi i nie wiadomo – stał czy leżał, więc nie można było siekać na oślep. Przetoczył się jeszcze raz, podcinając kogoś kopniakiem, coś zwaliło się z łomotem, sypały się jakieś metalowe przedmioty, naczynia i paczki. Wstał chwiejnie i ruszył w ciemność na tego, który wywijał ciężarkami. Zastawił się jednym ostrzem, które natychmiast ugrzęzło w jakiejś plątaninie, przekręcił je w bok i szarpnął, tnąc płasko drugim, odwróconym pałaszem, ktoś wrzasnął przeraźliwie i smagnął ponownie czymś, co oplotło go w mgnieniu oka gmatwaniną cienkich, mocnych linek, śmierdzących rybą i solą. W twarz bryznęła mu gorąca, cuchnąca miedzią krew.
Rybacka sieć, przemknęło mu przez głowę. Załatwili mnie rybacką siecią. Dostałem drania, ale zdążył rzucić.
Zaraz spadła na niego druga, a potem miażdżące uderzenie workiem wypełnionym piaskiem.
Kiedy go wlekli, nie stracił do końca świadomości, usiłując skoncentrować się na Cyfral, na usunięciu trucizny krążącej mu w żyłach, na zachowaniu przytomności za wszelką cenę.
Ale mimo to rozpłynął się w jakiejś świetlistej mgle, która przybyła do niego w ciemności i ogarnęła czule jak ramiona kochanki.
Leżał wśród migotliwych kłębów, mieniących się jak zawieja diamentowego pyłu, ale było mu wygodnie i sucho. Pod plecami miał coś ciepłego, gładkiego i jedwabistego, o podobną powierzchnię, tylko wznoszącą się pionowo do góry, opierał się policzkiem. Gładką, jedwabistą i elastycznie miękką.
Otworzył oczy i spojrzał w górę, na pochylone nad nim dwie krągłe piersi zakończone różowymi, wypukłymi sutkami. Leżał na kolanach dziewczyny, z głową złożoną na jej łonie. Usiadł i zobaczył znajomą twarz, która jednak w normalnej skali wyglądała niesamowicie, jak ożywiony kadr komiksu, nagle ubrany w trzy wymiary i ludzką skórę, trochę tylko zbyt gładką i nieskazitelną. Niby piękną, a w gruncie rzeczy upiorną, jak te japońskie androidy erotyczne Akiko. Spojrzał w niemożliwie neonowo zielone tęczówki i przeszedł go dreszcz. W mikroskali, w której ją zwykle widział, nie wyglądało to aż tak dziwacznie. Poruszyła skrzydłami, wyglądającymi jak opalizująca folia rozpięta na cieniutkich żyłkach.
– Cyfral… Gdzie jestem?
– W środku. Mdlałeś, wywołałeś mnie, więc cię zatrzymałam w środku twojej głowy. Taki mały azyl. To wszystko, co mogłam zrobić.
– Co jest na zewnątrz? Za tą mgłą?
– Faza rem. Omdlenie. Zatrucie, wstrząs mózgu. Częściowy paraliż. Ogólny reset. Ty znajdujesz się w menu awaryjnym.
– Jak długo to trwa?
– Trzy, cztery minuty. Na zewnątrz czas płynie szybciej, ale długo tego miejsca nie utrzymam.
– Co można zrobić?
– Nie umiem odpowiedzieć. To ty wydajesz rozkazy. Masz do dyspozycji zimną mgłę. To, co zostało na tobie, we włosach, w ubraniu. Tę, która nas otacza. Chcesz zobaczyć wizualizację? Przyjrzyj się jej.
Wstał z kolan Cyfral i przeszedł się po okrągłej przestrzeni otoczonej migotliwą zamiecią diamentowego pyłu. Wsunął dłoń w mgłę, cofnął, drobiny podążyły za jego palcami, wzrok wyostrzył mu się nagle, dłoń wyrosła przed oczami ogromna jak górska dolina, pocięta rowami linii papilarnych, wśród których na podobieństwo chmary jętek fruwały miniatury Cyfral, tej samej, która siedziała na podwiniętych nogach i powoli wachlowała się skrzydłami. Zatoczył się i odzyskał normalny wzrok. Mgła znów była mgłą.
– Co to było?
– Wizualizacja. Taka nakładka graficzna. To ci pomoże.
– One wyglądają jak ty…
– Więc rozkaż im, co mają robić. Nie są wiele większe od cząsteczek, ale działają razem, jak rój. I są ich miliardy. Mogą podnieść górę, jeśli będzie ich odpowiednio dużo. Każda może coś przeciąć, połączyć, przenieść albo podpalić. Tak będzie ci łatwiej to opanować, niż myślącw kategoriach mgły, mistyki albo magii. Rozkazuj miliardom małych Cyfral. Pamiętaj, że każda z nich umrze, kiedy wykona swoje małe zadanie.
Drakkainen spojrzał na swoje ręce, a potem roztarł twarz.
– Wariactwo – powiedział. – Dlaczego nie? Dobra, detoksykacja. Niech wejdą do moich płuc, a potem znajdą cząsteczki tego świństwa i wyprowadzą na zewnątrz. Niech przez pęcherzyki płucne wejdą do krwiobiegu i oczyszczą, co się da. Po prostu niech wyniosą to do nerek, broń Boże nie do wątroby. W jakim jestem położeniu fizycznie?
– Jedno oko masz częściowo otwarte. Widać kamienne ściany i beczkowy strop. Masz związane z tyłu ręce mokrym rzemieniem oraz dwie rybackie sieci na twarzy i tułowiu, oplecione również rzemienną pętlą wokół ramion. Nogi związane w kostkach konopnym sznurem długości pół metra, zawiązanym z przodu węzłem szotowym i z tyłu płaskim. Leżysz na prawym boku.
– Niech rozwiążą węzły i uwolnią sieć, ale wszystko niech zostanie na miejscu, tylko luźne. To chyba będzie oszczędniejsze wyjście niż cięcie, przegryzanie i przepalanie? Do roboty. Detoksykacja i uwolnienie a la Houdini.
– Komenda początkowa nieprzyjęta. Dostęp odrzucony.
– Jaja sobie robisz? Co to miało znaczyć?
– Brakuje kodu dostępu.
– Jakiego, jebem ti majku, kodu dostępu? To moja własna głowa, perkelel
– Dziękuję. Kod przyjęty. – Co?
– Fińskie przekleństwo. Sam tak ustaliłeś.
– To do roboty, perkele saatani vittuu!
A potem siedział we wnętrzu własnej głowy, na łące, otoczony diamentową mgłą, objęty ramionami przez projekcję własnego bionicznego wszczepu, który przybrał postać erotycznego marzenia zakochanego w anime dewianta, i czekał. Przed jego oczami powoli rozwijał się poziomo migotliwy pasek otoczony halo, jak prosty kawałek tęczy. Domyślił się, że to pasek stanu. „Proces w trakcie. Proszę czekać”.
Więc czekał.
Niecierpliwiąc się coraz bardziej. Pułapka. Kocioł. Najbardziej jednak nie dawała mu spokoju myśl o tamtych. Miał nadzieję, że Spalle i Sylfana nie doczekają się niczego, więc pójdą do gospody i spotkają Warfnira. Tylko że dla nich, dla niego i Grunaldiego, otrutych oparami, obitych, związanych i wrzuconych do jakiejś piwnicy, niewiele z tego wynikało. Jak zwykle spieprzył operację. Słabo nadawał się na dowódcę i marnie grał w zespole. Wyznaczył im zadania rezerwowe, dwa punkty spotkaniowe i już. Jak zwykle uznał, że sam jakoś sobie poradzi, i nie przygotował żadnego zabezpieczenia. A tymczasem wlazł w kocioł. Ordynarny, najprostszy z możliwych. Oczywisty do przewidzenia.
Wystarczyło przyjąć do wiadomości, że pozostali rozbitkowie też są aktywnymi graczami. I mają swoich ludzi. Przypadek van Dykena dowodził tego chyba wystarczająco dobitnie.
Pasek stanu rozwinął się do końca i Drakkainen spłyci nagle do ciemnej, wilgotnej piwnicy, w ból głowy, zapach stęchlizny i smród spoczywającej na nim sieci. Jeden bolesny punkt w połowie żuchwy rwał, pulsował i puchł na wyścigi. W ciemnościach majaczył leżący pod ścianą tobół, również opakowany siecią i leżący nieruchomo. Jak to leciało?
Oldurme… – zabić… czas teraźniejszy, koniugacja trzecia, tryb ciągły… „zabijaj”. Ale to było: nei oldurme. Onu nei oldurme! Kahdin onu istyor sahgul! „Nie zabijaj go! Ona chce go żywego!” – chyba. Amitrajski. Chyba.
Więc jest jeszcze jakaś „ona”. Kahdin… Nie zwykła „ona”. „Ona” z szacunkiem. „Ona – ta wielka”. Tylko która? FreihorT? Callo? Jakaś inna wielka? Miejscowa?