Выбрать главу

Grunt, że chce żywego.

Ból głowy napłynął gdzieś znad potylicy i rozlał się na skronie. Ciężki, mdlący, kacowo-migrenowy, do towarzystwa z ostrym rwaniem w obitej szczęce. Vuko poruszył gwałtownie dłońmi, śliski, mokry rzemień spadł na brukowaną posadzkę, zrzucił z siebie sieć, a potem zwinął się w gwałtownych spazmach, wymiotując tak gwałtownie, że omal rozbił czoło o kamienie. Łzy pociekły mu po twarzy, gorące i wielkie jak groch. W powietrze wzbiła się cuchnąca para. Grunaldi ani drgnął.

Drakkainen poczekał, aż żołądek przestanie mu fikać koziołki, ostatni raz splunął słonawą, gęstą plwociną i pozbierał się na nogi.

Grunaldi miał puls. Wyczuwalny na tętnicach umieszczonych inaczej niż u człowieka, bardziej z tyłu, na karku. Słaby, nierówny, ale miał.

Nie wiedzieli, którego „ona chce”, więc oszczędzili obu. Krzepiące.

Przygotował sobie rzemienie i sieć, żeby założyć je szybko, kiedy usłyszy kroki, i obmacał piwnicę. Zwykłe zasobowe pomieszczenie, zastawione jakimiś beczkami, płożone wapiennymi ciosami, obrośniętymi wykwitami saletry i jakby mchem. Pod sufitem wisiały rzędy jakichś połci i wrzecionowate rybie tusze najeżone ostrymi płetwami, wszystko pachnące dymem, wyschnięte i sztywne. Drzwi, rzecz jasna, były zamknięte na dębowe Atakować je za pomocą resztek magii czy czekać?

Nie miał czasu czekać. Tamci być może właśnie podrzynali gardło Spalle albo gwałcili Sylfanę tuż przed poderżnięciem jej gardła.

Co gorsza, byli nieprzyjemnie, wcale nie średniowiecznie sprawni. Nie miał więzów, więc niby mógł czekać, aż ktokolwiek tu zajrzy – przynieść wody, sprawdzić lub zabrać któregoś na przesłuchanie, ale to mogło nastąpić jutro albo Bóg wie kiedy. Na dodatek mogli go przedtem znowu odurzyć, przyjść w pięciu i wyprowadzić z ostrzem na gardle. Teoretycznie miał udawać związanego i naćpanego, lecieć przez ręce, a potem wykorzystać element zaskoczenia. Tyle że to się nie musiało udać.

– Poświeć mi, Cyfral – mruknął i wziął się do przeszukiwania piwnicy w towarzystwie fruwającej wokół niego, jarzącej się złocistym blaskiem wróżki. Zwieńczone beczkowym sklepieniem pomieszczenie ciągnęło się w głąb, mroczne, kamieniste i wilgotne, ozdobione gronami prawie-pajęczyn, zamieszkałych przez niezupełnie-pająki. Po ścianach śmigały jakieś członowane stworzenia wyposażone w nieprzyjemne kolczaste odnóża i pęki okrągłych °czu, mżących wyraźnie zielonkawym blaskiem. Sterty beczek jakichś trunków, z których dobiegał aromat procesów fermentacyjnych, kiwające się tuż nad głową przewieszone przez kije rzędy połci, ryb i bezkształtnych, koślawych kiełbas, skrzynki przesypanych piachem dziwacznych bulw, zwoje sznura, jakieś metalowe elementy zawieszone na gwoździu, kilka drewnianych wiader wetkniętych jedno w drugie. Nawet jeśli wyważy drzwi, to wyskoczy na zewnątrz zbrojny w kubeł i kiełbasę?

Tuż przy wielkiej, poczerniałej od wędzenia szynce zakończonej nogą o takim kształcie, że doprawdy nie chciało się dociekać kształtu całego stworzenia, wysoko pod sufitem w drewnianą półkę wbito nóż. Toporny, wyklepany na kolanie, z drewnianym trzonkiem i pordzewiały, ale jednak nóż. Tak żeby ktoś, kto schodzi w mroki piwnicy urżnąć kawałek mięsa, nie musiał go szukać. Jakiś bardzo zacny i przemyślny człowiek wbił nóż w półkę akurat pod ręką, lecz w miejscu, w którym nie zauważy go nikt, kto nie przyszedł tu po plaster prśuta, tylko oszacować, czy pomieszczenie nadaje się na areszt.

Zabrał jeszcze drewniany skopek i wrócił do Grunaldiego. Rozciął mu sieć i więzy na nadgarstkach i kostkach, a potem spróbował cucić. Żeglarz mamrotał coś, zaczął się nawet poruszać, ale niemrawo i beznadziejnie. Vuko znalazł gliniany dzbanek, pachnący resztkami tego koszmarnego drożdżowego piwa, później odbił szpunt i napełnił go z beczki. Cokolwiek się działo, Ludzi Ognia budziło się, cuciło i leczyło przede wszystkim piwem.

A potem ledwo zdążył podstawić skopek i przytrzymać przyjaciela za ramiona, by nie rozwalił sobie czoł o krawędź wiadra.

Pomogło niewiele. Grunaldi potrząsnął głową jak byk, pieczołowicie odgarnął kosmyki pomarańczowych włosów z twarzy, poruszył ustami na różne sposoby, jakby usiłował sobie przypomnieć, jak się mówi, wskazał kiwające mu się nad głową kształty i uroczyście oznajmił: „Ryba!”. Po czym upadł na bok i zaczął chichotać. Beznadziejne.

Drakkainen ułożył go tak, by się nie zadławił, i wrócił do przeszukiwania piwnicy.

„Nie przestawaj kombinować” – powtarzał Levisson. „Cały czas coś rób. Uwolnij improwizację. Wszystko jest bronią. Sytuacje beznadziejne zdarzają się rzadko”.

Piwnica ciągnęła się jeszcze kilka metrów i kończyła ścianą zastawioną wielkimi beczkami, leżącymi denkami do przodu. Instruując półgłosem i gestami Cyfral, jak latającą latarkę, przeszukał półki, ściany, kosze i podłogę. Szybko i nerwowo, ale systematycznie. Przeanalizował przebieg belek. Układ kamieni. Zajrzał do dzbanków. Nie wiedział, czego szuka. Czegoś. Wszystko jest bronią. Wszystko może być wyjściem z sytuacji albo do czegoś posłużyć.

Opukał tarasujące koniec piwnicy beczki i stwierdził, że nic ich nie ruszy. Po pierwsze, w każdej można by upchnąć krowę, po drugie, leżały jedna na drugiej i blokowały się o sufit. Jakoś je napełniano, tylko jak? Większość została zabita drewnianymi szpuntami. Kiedy je poluzował, z wnętrza pociekło coś lepkiego, pachnącego drożdżami i jakby syropem na kaszel. Jedna z beczek natomiast miała zamiast szpuntu prymitywny metalowy kurek z zaworem, ta jednak była pusta. Przekręcanie zaworu nic nie dawało. Taki kurek przydałby się raczej na beczce, z której korzystano. Obejrzał jeszcze raz podłogę i zobaczył pokaźną plamę po kałuży wina przy innej beczce, owszem, z wetkniętym zamiast szpuntu kurkiem. Odbito szpunt, podstawiając naczynie, po czym natychmiast wbito tam kurek, ale i tak się narozlewało. Wrócił do tej pustej beczki, bo nie dawała mu spokoju, i spróbował poruszyć wszystkim, czym się dało. Opukał ją, starał się targnąć na boki, obmacał kurek. Cyfral unosiła się przy jego głowie, świecąc ze sceptycznym i zatroskanym wyrazem twarzyczki.

Kurek obrócił się w bok raczej przypadkiem, w wyniku chaotycznego szarpania, otwierania i zamykania zaworu. Obrócił się gładko w prawo, przekręcając pod kątem prostym, ale dalej już nie chciał. W drugą stronę ustawiał się normalnie w dół i też nie chciał dalej. Obrócił go ponownie i szarpnął. Szczęknęło, po czym mające prawie metr średnicy denko beczki wyskoczyło do przodu i uchyliło się w stronę Drakkainena niczym właz. W środku było ciemno, cuchnęło stęchlizną i piwnicznym chłodem, ale brakowało choćby najlżejszego aromatu wina. Nic. Tylko stęchlizną, stare drewno i kurz. I lekki powiew na twarzy. Ledwo wyczuwalny.

– Do środka – syknął do Cyfral. Zrobiła oburzoną minę, ale posłusznie śmignęła do wnętrza beczki jak wielka płonąca ćma.

– Tunel – oznajmiła, wynurzywszy się po minucie. A potem kolejna piwnica.

– Idziemy – rozkazał.

– A Grunaldi?

– Jest do niczego, a tu będzie bezpieczny. Wrócę po niego.

– Zrobią z niego zakładnika, jeśli go zostawisz.

– Słusznie.

Wleczony pod pachy Grunaldi już nie wymiotował, ale nadal nazywał różne mijane przedmioty i pękał ze śmiechu. Oznajmił: „mięso”, „dzbanek”, „skopek”, a wreszcie „beczka”. Vuko przeczołgał się przez beczkę na drugą stronę, odwrócił się, wlazł jeszcze raz i przeholował przyjaciela, ciągnąc go na wznak za kaftan. Denko można było od wewnątrz uchwycić za prosty żelazny rygiel, zamknąć, a później przekręcić go, blokując klapę.

Drugie pomieszczenie było podobne, tylko znacznie suchsze i nie składowano tu żywności. Pośrodku na krótkim łańcuchu wisiała metalowa lampa, tylko że nie miał nic, czym mógłby ją zapalić. Łańcuch przewleczono przez ucho wbite w sufit i zaczepiono na ścianie. Spuścił lampę, odetkał korek i stwierdził, że w środku chlupoce i zieje znajomym odorem smoczej oliwy, czym prędzej włożył zatyczkę na miejsce i zdjął metalowy kapturek z knota, który natychmiast zaczął dymić, po chwili rozżarzył się, a w końcu fuknął małym żółtym płomyczkiem.