Pomieszczenie wypełniały półki, na których stały obite skórą i okute nieduże skrzynki, a w środku leżał majątek. Złoto, srebro, jakiś inny metal połyskujący srebrzyście i jakby świecący od środka. Monety – okrągłe, kwadratowe, w postaci podłużnych płytek, z dziurką pośrodku i bez, sztabki, siekance, złom, płacidła, liczmany i tokeny. Mieszanina. Mnóstwo.
Skarbiec.
– Cudownie – powiedział do Cyfral. – Marzenie włamywacza. Tylko że jakby nie o to chodzi. Może jesteśmy bogaci, ale i udupieni.
– Złoto – oznajmił Grunaldi i zachichotał. – Lampa.
– Niemożliwe, żeby za każdym razem, kiedy chce odłożyć utarg, czołgał się wśród kartofli i przełaził przez beczkę. Po prostu niemożliwe.
Posadził Grunaldiego na podłodze i dał mu do zabawy skrzynkę monet, po czym obszukał pomieszczenie, przyświecając sobie lampą.
– Numizmatyk… – wymamrotał. – Szkoda, że składuje gotówkę, zamiast inwestować w cenne sztuki broni.
– Tamto wygląda jak drzwi – podsunęła ostrożnie Cyfral.
– Jasne, że tak – odparł. – Tylko że nie w tym problem. Jesteśmy w środku skarbca, a skarbce, nie pamiętam dlaczego, zamyka się zwykle od zewnątrz. Ile zostało tych twoich małych, pożytecznych siostrzyczek?
– Szczypta. Możesz przenieść ołówek, zmienić kieliszek wody w kieliszek wódki albo podpalić wróbla. Trudno to opisać. Wszystko zależy od tego, co postanowisz zrobić. W każdym razie niewiele.
Drakkainen powiedział coś po fińsku, po czym uniósł lampę i ostrożnie obszedł ponownie pomieszczenie. W jednym końcu znajdowały się solidne, okute drzwi, do których prowadziły kamienne stopnie. Drzwi nie miały widocznego zamka i były zamknięte na głucho. Uniósł kaganek i obwiódł je dookoła, obserwując uważnie płomień.
– Ten przewiew to nie stąd – zawyrokował. Obszedł trzeci raz pomieszczenie, unosząc i opuszczając lampę przy półkach, wokół skrzyń, skórzanych worków i beczek.
– Beczki – powiedział Grunaldi, kiwając się na podłodze.
– Właśnie. Znowu beczki – zgodził się Drakkainen. – Można trzymać kosztowności w beczkach, ale po co właściwie? Może to szczególnie drogie trunki?
Trzy spore beczki leżały pod ścianą ustawione w piramidę, wciśnięte w kąt obok półek. Vuko kucnął i powiódł lampą wokół denek. Pociągnął nosem przy szpuntach.
– Piczku materinu, jakby brandy z domieszką travaricy. Też bym trzymał w sejfie.
Płomień zadrżał i wychylił się lekko w bok.
– Ta. Najniższa. Znowu.
Tym razem nie było kurka, tylko drewniany szpunt.
– Najwyżej skąpiemy się w koniaku – oznajmił cicho, szarpiąc drewniany kołek jak chory ząb.
Ale beczka była pusta. Drakkainen poświecił lampą i zajrzał do dziury, po czym wyprostował się.
– Dziurka od klucza – oznajmił. – Nie jest dobrze. Ale ciągnie stamtąd zimnem. Pomyślmy. To nie może być szczególnie wymyślny zamek. Cokolwiek, byle nie dało się otworzyć końcem noża albo na siłę. W tym poczciwym świecie klucz przy pasku jest wart tyle, ile u nas czytnik siatkówki. Dobra, Cyfral. Trzeba przestawić ząbki zapadki. Prawdopodobnie pojedyncze, tylko żeby uwolnić rygle. Przypuszczalnie jest to suwliwy rygiel z naciętymi rzędem trybami, przemieszczany obrotem klucza albo unoszony wahadłowo. Prawdopodobnie kowalska robota. Wysyłaj swoje scissor sisters. Otworzyć zamek, abrakadabra perkele1.
Wyciągnął dłoń w stronę denka, rozstawiając idiotycznie palce w sposób, który wydał mu się wystarczająco magiczny. Wionęło mrozem, wokół jego dłoni zamigotała lodowata mgła, która wsnuła się przez dziurkę od klucza. Z wnętrza beczki rozległo się kilka metalicznych stuków i zgrzytów, ale nic więcej nie nastąpiło.
– Wstrzymaj je na moment, Cyfral. Stać, haista paa-ska!
Ostrożnie wczołgał się przez beczkę, otworzył rygiel i wsunął się do sąsiedniego pomieszczenia. Wrócił po paru sekundach, dzierżąc tryumfalnie wąski pasek słoniny, którą stopił nad płomieniem lampy, wpuszczając krople tłuszczu po ostrzu noża do wnętrza zamka. Odciął jeszcze kawałek tkaniny od brzegu nogawki, nasączył tłuszczem i wetknął do środka owinięty wokół drzazgi odstruganej od półki.
– Dobra – powiedział wreszcie, rzucając patyczek na ziemię. – Teraz powinno pójść łatwiej.
Zamek najpierw zaskrzypiał z wysiłkiem, po czym wydał z siebie dziarski żelazny klekot i ucichł.
– Cyfral, za mną. Grunaldi, prześpij się. Ja tu wrócę. Czego ryczysz, kretynko?
– Wszystkie umarły – chlipnęła. Zwiadowca spojrzał na sufit.
– Będą następne, zobaczysz. Zaraz zrobimy nowe – obiecał jej.
Pchnął denko, które odchyliło się na zawiasie, i wczołgał się do wnętrza.
Zaraz za beczką korytarz rozszerzał się i można było stanąć na nogi, by nie wędrować w ciemnościach w pochylonej, okropnie niewygodnej pozycji. Brukowana była tylko podłoga, natomiast ściany i sufit wyłożono szalunkiem z desek i podparto drewnianymi stemplami.
Korytarz zakręcał gwałtownie, po czym ciągnął się ze dwadzieścia kroków, wyraźnie wznosząc się w górę.
Vuko co chwilę przystawał i nasłuchiwał, a potem ruszał dalej. Z każdym krokiem robiło się coraz zimniej.
Na końcu tunelu znajdowały się kolejne solidne drzwi, zamknięte na potężną zasuwę. Drakkainen palnął się w głowę o belkę stropową, wymamrotał coś po chorwacku o zafajdanych kurduplach, później po fińsku na temat współżycia z reniferem.
Odciągnął zasuwę, zdmuchnął lampę i wyjrzał ostrożnie.
– Nabrzeże – szepnął.
Otwór znajdował się metr nad linią wody, od góry nakryty deskami pomostu. Spojrzał w górę i stwierdził, że część z nich przepiłowano, tworząc sprytnie zamaskowaną klapę, zamkniętą na żelazny rygiel.
– Dobrodoszli. Ja hou – mruknął. – Cwany, wędzony stary śledź. A jednak nie pomogło. Wpadł bidak, i to przeze mnie.
Otworzył klapę i wyślizgnął się na pomost, a potem otrzepał ze śniegu. Nabrzeżna uliczka była pusta. Jego mgła zdążyła zrzednąć, ale wciąż wisiała nad osadą, mroźna i przykra. Widoczność sięgała może piętnastu metrów.
Schował nóż w rękawie i okręcił nadgarstek łańcuchem od lampy, zwieszając ją swobodnie z dłoni.
– Dobra – oznajmił. – Are you readyfor the rock7. Najpierw zajrzał do gospody. Wsunął się ostrożnie,
lecz sala ziała pustką. Ani śladu Warfnira. Brak Sylfany. Nieobecny Spalle. Przy ogniu, za stołem siedziało jedynie dwóch zacnych żeglarzy, ponuro obserwując kaganek na stole oraz rozbabrany kadłub pieczonego ptaka i pociągając z rogów. Obcy przybysz z lampą w dłoni, który wszedł, wpuszczając do wnętrza zawieję, został obdzielony obojętnymi, lekko zniecierpliwionymi spojrzeniami, po czym obaj dżentelmeni powrócili do obserwacji tańca płomieni na palenisku.
– Witajcie, zacni żeglarze, i niech bogowie nie zwracają na was uwagi – zagaił ostrożnie Vuko, siadając na ławie i stawiając swoją lampę na stole. – Myślałem, że spotkam tu mojego druha. Postawny mąż, młody i dobrze ubrany.
– Niebieski płaszcz wyszywany złotem, obszyty drogim futrem, srebrne zapinki, haftowane buty i drogi miecz z cyzelowaną głowicą? – spytał karczmarz, niski, krągły jegomość o rozłożystej brodzie zaplecionej w dwa warkocze. Drakkainen skinął głową.