Выбрать главу

– To on.

– Wypił dzbanek grzanego piwa z korzeniami, a zapłacił jak styrsman. Strasznie gadatliwy i ciekawski człowiek. Gdyby nie był taki zacny i szczodry, to wydawałby się irytujący. Zgadał się jednak z wędrownym kupcem który mieszka u mnie na zimę, i razem gdzieś wyszli.

– Czy to był niski, chudy cudzoziemiec z Południa, z czerwonymi bliznami po jakiejś chorobie na twarzy, imieniem Szkarłat? Wyglądał jak dziwny Amitraj?

– Nie, to był ktoś z naszych stron. Może z Ziemi Słonej Trawy albo gdzieś z gór, może od Ludzi Niedźwiedzi. Sprzedawał tu skóry jesienią. Ma wóz z towarem i trzech ludzi. Mieszkają w zapasowej łaźni. A jacyś południowcy to zimują u Wędzonego Ulle, tego, co to jest chory, jednak wszyscy twarze mają normalne, bez blizn.

– Wrócę tu – zapowiedział Drakkainen. – I wtedy kupię twojego miodu, a zapłacę nie gorzej niż mój przyjaciel, pierwej muszę go jednak znaleźć. Powiedz mi tylko, jak dawno wyszedł?

– Nie tak dawno. Po porze śniadania. Najwyżej z raz dołożyłem drew.

– Jakieś pół dzbana temu – zauważył ten drugi.

Vuko wyszedł znów w biały tuman i drobny, siekący w twarz śnieg. Nabrzeżem przeszedł jakiś człowiek z kubłem w dłoni, otulony aż po nos futrem. Drakkainen odczekał, aż zniknie we mgle, a potem świsnął z pomostu stojącą tam beczkę, przyturlał ją do ściany gospody i rozejrzał się ostrożnie.

– Kiepski pomysł, będzie ślisko – mruknął.

Jak najciszej wlazł na beczkę. Zatrzeszczała pod jego ciężarem, ale wytrzymała. Szczyt dachu wieńczył rząd drewnianych krzyżaków, sterczących jak rogi. Chyba miały za zadanie stabilizować strzechę. Miał nadzieję, że to fragmenty więźby dachowej i że będą solidne. Przytrzymał się krawędzi dachu, a potem rozkręcił lampę nad głową na całą półtorametrową długość łańcucha i cisnął. Udało się za trzecim razem, kiedy wgramolił się na brzeg dachu, utrzymując cały ciężar ciała na wbitym w strzechę nożu. Łańcuch wyślizgnął mu się z dłoni i przez okropny moment Vuko myślał, że stracił lampę, ale łańcuch owinął się wokół sterczących w niebo rogów i został na dachu, tyle że koniec leżał dobry metr od jego dłoni. Ostrożnie wspiął się po przysypanej warstwą śniegu pokrywie ze śliskich młodych pędów, kilka razy dźgając nożem strzechę, wbijając palce pomiędzy gałązki faszyny i zrzucając podeszwami śnieg na ulicę, ale nikt go nie zauważył. A potem rozciągnął się na całą długość i chwycił koniec łańcucha.Jesienią po prostu przebiegał po kalenicach dachu ale teraz musiał walczyć o każdy krok na śliskiej warstwie śniegu i lodu, więc wędrował niemal na czworakach, przygięty jak paralityk, czepiając się, czego się dało, i wymacując podeszwami oparcie.

Na podwórcu Wędzonego Ulle stał jakiś facet w kosmatej futrzanej pelerynie i spiczastej czapce z klapkami osłaniającymi uszy i kark. Przypuszczalnie z jej powodu nie usłyszał chrzęstu śniegu na dachu ani nie zwrócił uwagi na spadające wokół małe lawiny. Drakkainen, niewiele myśląc, rzucił nóż na dziedziniec i równocześnie skoczył tamtemu na ramiona. Uderzenie dosłownie wbiło strażnika w ziemię, Vuko, amortyzując upadek przewrotem przez bark, usłyszał okropny drewniany huk, z jakim czaszka tamtego grzmotnęła o bruk. Sam, przetaczając się po ośnieżonych kamieniach, rąbnął plecami o ocembrowanie studni, boleśnie, ale chyba niegroźnie. Zerwał się na nogi, podnosząc z ziemi nóż i odkręcając łańcuch z lampą owinięty wokół pasa, lecz nie było potrzeby. Tamten leżał twarzą do kamieni, w powiększającej się brązowej plamie topniejącego śniegu, palce jednej dłoni podrygiwały mechanicznie, jakby każdy żył własnym życiem. Kiedy zwiadowca dokuśtykał do niego, strażnik skonał albo był w śpiączce. Z uszu płynęła mu krew, a twarz wyglądała jak zmiażdżona papierowa maska. Drakkainen rozejrzał się nerwowo i przypadł plecami do ściany, jednak w domostwie panowała cisza. Łomot na podwórzu nikogo nie zainteresował. Chwycił trupa pod pachy i wciągnął w podcienia, do drewutni, po czym zgarnął trochę śniegu z dachu i zadaszenia studni, żeby choć odrobinę zamaskować plamę krwi na bruku.

Kiedy wytarł tamtemu twarz garścią śniegu, okazało się, że to z pewnością nie Szkarłat. Mężczyzna też miał płaską twarz z małym, haczykowatym nosem, ale skóra była bardzo jasna, bez blizn. Był też bardzo krótko ostrzyżony, właściwie ogolony na czaszce. Nie nosił amuletów, dokumentów ani niczego charakterystycznego. Vuko skonfiskował ciężki, przypominający kukri tasak, z klingą najeżoną na brzegach zupełnie bezsensownymi dodatkowymi ostrzami, prostymi albo zakrzywionymi jak haki. Obejrzał broń krytycznie, lecz odłożył na bok. Mężczyzna miał jeszcze przy pasie skórzaną pochewkę zawierającą narzędzie składające się z obszytej skórą krótkiej rękojeści zaopatrzonej w półksiężycowate ostrze umieszczone z boku, jak głowica miniaturowego toporka. Być może była to skrobaczka do skór, nóż do przycinania liści na cygara, brzytwa, a być może jakiś morderczy kastet. Drakkainen postanowił tymczasem wykorzystać narzędzie w taki sposób, zanim nie trafi się sposobność skręcania cygar. Zabrał nieszczęśnikowi jeszcze pas, bo własny mu zabrali, futrzaną pelerynę z wysokim kołnierzem i podniósł z dziedzińca spiczastą uszankę. Wepchnął trupa w róg drewutni i przewrócił na niego stertę porąbanych polan ustawionych pod ścianą. Narobił hałasu, ale to również nikogo nie obeszło.

Otworzył drzwi w podcieniu i wślizgnął się w mrok domostwa i ciężki smród dziwnych kadzideł wiszący w stęchłym powietrzu.

Szedł na chybił trafił, nigdy nie był tu w środku. Domostwa, zbudowane według przepisów tajemniczej Pieśni Ludzi, wewnątrz jednak różniły się między sobą, pomieszczenia miały rozmaity rozkład, zależny od trybu życia właściciela. Drakkainen sunął plecami po ścianie, z zębatym kukri w opuszczonej dłoni i ze zwisającą lampą na łańcuchu w drugiej. Dom jednak wydawał się pusty. Co kilka kroków zatrzymywał się, lecz słyszał tylko własny oddech. W dworzyszczu panowała cisza.

Zajrzał za jakieś drzwi, uchylając je ostrożnie, zobaczył jednak tylko okute skrzynie i drewniane łoże zarzucone futrami, najwyraźniej nieużywane.

Dom był stary, mroczny, podzielony belkowanymi ścianami jak labirynt, co gorsza, deski skrzypiały pod nogami. Vuko stawiał stopy jak najostrożniej i z brzegów desek, prześlizgując się wśród cieni i mrocznych zakamarków niemal bezgłośnie, ale strasznie wolno, nasłuchując co kilka kroków.

Kolejne pomieszczenie było chyba kuchnią, tymczasowo zmienioną, zdaje się, w rzeźnię. Kamienna podłoga i solidny, zbity z grubych dech stół zbryzgane były krwią, na blacie leżały przesiąknięte posoką gałgany, sagan z gorącą jeszcze wodą, sterta świeżo podartych szmat, mały, wąski nóż z kościaną rękojeścią, zagięta igła, cynowy kubek oraz maleńka metalowa buteleczka pokryta cyzelowanym ornamentem.

Za stołem o ścianę oparto złamany wpół tobół, okręcony lnianym płótnem z plamami krwi i opleciony rzemieniem.

Drakkainen podszedł i czując, że serce zatrzymuje mu się w piersi, rozciął rzemień i powoli rozchylił płótno.

Ujrzał obcą, płaską twarz, wywrócone orzechowe oczy podkreślone od dołu półksiężycem białkówki i rozchylone usta pełne drobnych zębów, różowych od krwi.

Na czole mężczyzny ktoś nakreślił palcem umoczonym we krwi kółko i przeciął je pionową linią.

Obejrzał ostrożnie stół, rozrzucone wokół medyczne szpargały, starając się nie wdeptywać w krew, i stwierdził, że to, co widzi, to nie ślady tortur lub mordu, ale pospiesznego opatrywania ran. Co najmniej trzech ludzi łatało się tu na chybcika, zostawiając wokół mnóstwo nerwowych śladów, jednego, najciężej rannego, nie udało się uratować, pozostali założyli sobie nawzajem opatrunki, zażyli przeraźliwie i podejrzanie cuchnącego jakimiś skomplikowanymi alkaloidami roztworu z kubka i wyszli w pośpiechu. Został tylko owinięty szmatami trup.