Wszystko odbyło się może dziesięć minut temu.
Wyślizgnął się z kuchni z okropnym przeświadczeniem, że wpadł w jakąś obłędną pętlę, w której rozmija się z innymi i błądzi po omacku jak we mgle, napotykając same puste pomieszczenia, podczas gdy wszystko odbywa się gdzie indziej i bez jego udziału. Sytuacja robiła się coraz gorsza, coraz bardziej powikłana i absurdalna.
W domu panowała cisza, lecz w jakimś momencie dobiegł Drakkainena odległy, stłumiony dźwięk, zupełnie nierozpoznawalny. Ktoś jęknął? Krzyknął, ale z daleka? Ktoś kogoś zawołał na ulicy?
Sam miał ochotę kogoś zawołać. Kogokolwiek.
Następne drzwi, takie same jak wszystkie inne, zaopatrzone w żelazny skobel, przybity solidnymi kowalskimi gwoździami i zamknięty żelazną przetyczką wetkniętą w ucho. Skobel w środku domu?
Ostrożnie zdjął przetyczkę, a potem pchnął drzwi końcem ostrza.Omal nie udławił się od ciężkiego zaduchu kadzidła, amoniaku, brudnych ludzkich ciał i zastałego powietrza. W korytarzu było ciemno, jednak w porównaniu z zamkniętą izbą i tak padało stamtąd światło. W półmroku zobaczył skłębionych wewnątrz, leżących na siennikach ludzi. Kilku mężczyzn, dwie kobiety, stara i młoda, przytulone do siebie, kilkoro dzieci w różnym wieku. Zwinięci w kłębek, półprzytomni i nieruchomi. Na środku podłogi stało metalowe naczynie, z którego cienką strużką sączył się kadzidlany dym. Wysnuwał się przez otwory w pokrywce i wypełniał komorę pod sufit siną mgłą.
Drakkainen zasłonił twarz rękawem i wszedł do środka, pilnując, żeby mieć ścianę za plecami.
– Dzień dobry, Ulle – wymamrotał.
Kupiec był niemal nie do poznania. Blady, wynędzniały, ze skołtunioną brodą, kiwał się na barłogu, wargi miał pokryte strupami i błędne, nieprzytomne oczy. Miał na sobie jakieś portki i koszulę, jakiś odpowiednik ciepłej bielizny albo piżamy, kiedyś chyba z kosztownych tkanin i wyszywane, obecnie zmienione w poplamiony i podarty łachman, cały w żółtawych zaciekach.
Drakkainen wyjrzał z niepokojem na korytarz, ale dom wciąż wydawał się kompletnie pusty.
– Wychodzimy, Ulle – powiedział. – Już koniec. Wychodźcie wszyscy.
Uniósł kupca za ramię i postawił na nogi. Wędzony Ulle zatoczył się i oparł o ścianę. Pozostali patrzyli na Drakkainena nieruchomo albo leżeli na siennikach i nie reagowali na nic.
– Szybciej! – syknął. – Wstawajcie! Wychodzić, zanim wrócą.
W końcu musiał ich wywlekać. Ciągnąć za ramiona przewieszone przez własny kark, wynosić niemal na rękach. Kiedy stawiał jednego, następny osuwał się na siennik. Wyślizgnął się na korytarz i nasłuchiwał przez chwilę, po czym otworzył drzwi na dziedziniec i powypychał ich jedno za drugim prosto w śnieg i mróz, kaszlących, słaniających się na nogach.
Ostatnia była starsza pani, którą wywlókł na sienniku.
Młoda kobieta przygarnęła do siebie dziecko, jeden z mężczyzn zaczął pełznąć w kierunku drewnianych drzwi w przeciwległym końcu podwórza, gdzie chyba było tylne wyjście do zaułka.
Ulle usiłował coś powiedzieć, ale kaszlał tylko i bełkotał niezbornie.
– Harła… Sharlah… Skarl… za… zabili Unfgara… i mojego starszego… żółte oczy… codziennie… złoto na oczach… złote bielmo… przy… przywieźli duchy… dym… lepszy niż łańcuch… Szkar… ten czerwony… potwór… zabij… czekali na ciebie… złote bielmo… nie ma nikogo… nie ma przyjaciół… nikt nie przyszedł… boją się choroby…
– Dobrze już – przerwał Drakkainen. – Wędzony, skup się. Gdzie jest wejście do piwnicy? Do piwnicy i drzwi do skarbca. Musimy je na chwilę otworzyć. Rozumiesz, co mówię?
Kupiec rozkaszlał się znowu, po czym zwymiotował na śnieg.
– Gdzie wejście do piwnicy? – wyskandował Drakkainen z okropnym poczuciem, że wszystko idzie nie tak, jak trzeba, i rozpada się w chaos. Miał wrażenie, że powinien być w kilku miejscach równocześnie. Wyciągać Grunaldiego ze skarbca, szukać Sylfany i Spalle, sprawdzić w porcie przy okręcie, tropić Warfnira i jego tajemniczego informatora. Znaleźć Szkarłata i jego ludzi, zanim oni znajdą jego. Wszystko naraz. Kompletna porażka.
Potrząsnął kupca za ramiona, po czym natarł mu twarz śniegiem.
– Gdzie wejście do piwnicy?! Gdzie trzymasz broń?!
– Duchy wychodzą z lampy – powiedział całkiem wyraźnie Wędzony Ulle. – Słuchają. Pilnują. Wiele dni i wiele nocy. Ciemność. Duchy.
– Perkele – odparł tylko Vuko.
Znów wszedł do wnętrza i postanowił odtworzyć przebieg korytarzy w loszku, przyjmując za punkt odniesienia pomost i ukryte wyjście.
W efekcie znalazł wejście do piwnicy – klapę w drewnianej podłodze tuż obok kuchni, dokładnie w tym samym momencie, kiedy zaczęła się otwierać.
Kwadratowa, zbita starannie z grubych dech, idealnie wpasowująca się w podłogę i w innym wypadku właściwie nie do znalezienia. Uniosła się lekko, ukazując czyjąś głowę, i nie było czasu na nic bardziej subtelnego. Po prostu dopadł pokrywy dwoma susami i skoczył na nią, wbijając z powrotem w podłogę. Gdzieś na dole coś zwaliło się z okropnym łomotem i trzaskiem. Żelazne ucho, za które można było klapę dźwignąć, zwykły wygięty pręt przewleczony przez dwa otwory, wszedł na swoje miejsce i był ledwo widocznym śladem w ciemnych belkach. Podważył go końcem noża, wysunął, szarpnął właz do góry i bez namysłu wskoczył w ciemność.
Trafił na szerokie deski stanowiące stopnie schodów stromych niemal jak drabina, odbił się od nich i runął do przodu, w absolutny, aksamitny mrok. Przetoczył się, coś ze świstem śmignęło nad nim, stanął na przygiętych nogach i spuścił kawałek łańcucha okręconego nadal wokół nadgarstka, a potem zawinął lampą w powietrzu. Trafił kogoś w ciemnościach, rozległ się szczęk blachy, chlupot smoczej oliwy w zbiorniku i zduszony krzyk. Zawinął łańcuchem, wypisując w powietrzu skomplikowaną figurę, trafił jeszcze raz z boku, raz z dołu i raz nisko, gdzieś na wysokości kolana. Szarpnął łańcuchem, chwycił lampę w dłoń i wyjął korek, a potem chlusnął przed siebie w ciemność, wywinął się unikiem, rozkręcił znowu lampę i puścił łańcuch, posyłając ją w mrok. Usłyszał, jak z brzękiem odbija się od kamieni, po czym jego przeciwnik zapłonął nagle, rozświetlając piwniczny korytarz migotliwym blaskiem. Paliło mu się ramię, poła futrzanego płaszcza i kilka punktów na piersi i twarzy, gdzie trafiły krople. W migotliwym blasku widać było, że to również nie jest Szkarłat.
Mężczyzna wydał z siebie opętańczy wrzask, szarpnął zapinkę, zrzucając futro na ziemię, i zaczął oklepywać się po twarzy. Efekt był tylko taki, że zapaliła mu się dłoń. Wyszczerzył się w dzikim grymasie, po czym natarł gwałtownie, płonąc i wywijając jednym z pałaszy jeszcze tego ranka będących własnością Drakkainena.
Zwiadowca zrobił krótki ruch opuszczoną ręką, zakrzywione, najeżone odrostami ostrze przekoziołkowało w powietrzu i wbiło się tamtemu w pierś. Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie, jakby wpadł na ścianę, wydał z siebie chrapliwy wrzask, który zabrzmiał jak „Ifri-ja!”, i runął do przodu, chwytając Drakkainena za ramiona, chcąc najwyraźniej przyciągnąć go do swojej piersi i nadziać na sterczące do przodu ostrza. Vuko obrócił się wokół wykrocznej nogi, przechwytując nadgarstki napastnika, i rzucił go w ciemność z łoskotem, hukiem płomieni i rozbłyskiem iskier. Przytrzymał leżącemu dłoń i zakładając mu dźwignię na nadgarstek, obrócił go ze sterczącym z piersi ostrzem w dół, a potem przydepnął plecy. Wszystko razem trwało najwyżej kilka sekund. Futro leżące na ziemi i kaftan napastnika nadal się paliły kopcąc koszmarnym smrodem płonącej skóry i wełny.