Drakkainen podniósł swój pałasz i otworzył pierwsze drzwi, ale znalazł tylko komorę pełną jakichś narzędzi, koszy i łachów wiszących na kołkach.
Zaklął, otworzył kolejne, wślizgnął się do środka, unosząc płasko miecz, i nagle znieruchomiał. Przed nim stał Spalle, kredowoblady, z wykręconymi do tyłu rękoma, związanymi grubym sznurem, który oplatał mu też szyję i przechodził przez rozchylone usta. Żeglarz chciał coś powiedzieć, ale dławił się tylko wepchniętym między zęby grubym supłem i charczał. Za nim stała ubrana na czarno sylwetka, ramię obleczone czymś, co przypominało połyskliwą jaszczurcza skórę, obejmowało Spalle z przodu, przykładając mu do gardła lśniący jak lód przedmiot. Sztylet ze szklaną głownią, ostrą jak cierń, w której przelewała się jakaś oleista ciecz o nieprzyjemnie żółtawym kolorze. Igła dziwacznego ostrza opierała się o szyję Spalle.
Mignęła mu z tyłu twarz tamtego, obramowana przylegającym do czaszki kapturem, blada i płaska, z haczykowatym nosem. To był ułamek sekundy, po czym policzki w jednej chwili powlekły rozgałęzione czerwone plamy, pokrywając je jaskrawym śladem naczyń jak maską.
Szkarłat.
– Nic nie rób – poradził Szkarłat. – Nie mów, nie podnoś rąk, ani nawet jednego palca. Jeśli wykrztusisz cokolwiek, choćby szepniesz jedno tylko imię bogów, wbiję mu to w szyję. To jad żagiewnicy. Nawet nie próbuj. Teraz cofnij się. Wyjdź tyłem na korytarz. Powoli. Ani słowa. Wystarczy, że drgnie mi ręka. Ani jednego słowa.
Drakkainen posłusznie wycofał się na korytarz, ale nie opuścił miecza, wyszedł w tej samej napiętej pozycji, wymyślając kolejne sekwencje ruchów i wiedząc, że każda kombinacja jest za wolna i nie daje Spalle żadnych szans. Szkarłatowi wystarczy jakieś pięć dziesiątych sekundy. Zakończenie szklanego sopla w jego ręku było ostre jak igła chirurgiczna, pod ugiętą skórą Spalle zebrała się już mała kropelka krwi i potoczyła po szyi, zostawiając szkarłatną nitkę. Żeglarz zezował na mierzące w jego tętnicę ostrze i usiłował nie dławić się sznurem.
Zwiadowca wyszedł za drzwi, lecz stanął tak, by tarasować tamtemu przejście do schodów i klapy. Szkarłat wyszedł za nim, pchając przed sobą Spalle, chował się za jego ciałem doskonale, ukazując tylko ramię i mały fragment twarzy – jedno oko i paskudny, grafitowy, gadzi uśmiech. Nawet z pistoletem w ręku byłoby ciężko.
– Daj mi drogę do schodów – poprosił Szkarłat uprzejmie.
– Nie wyjdziesz – powiedział Drakkainen. – Na górze są już moi ludzie.
– Nie masz już żadnych ludzi poza nim – zauważył południowiec tonem towarzyskiej rozmowy. – Część zabiliśmy my, część ludzie króla Węży. Wielu czekało na ciebie w tym porcie, w domostwie tego, kto miał ci przekazywać wieści, i wokół niego. Skoro wydostałeś się z piwnicy, zrozumiałem, że to musisz być ty. Utrzymywanie przy życiu reszty niewiernych to marnotrawstwo czasu. To ciebie pozdrawia prorokini.
To mówiąc, cały czas szedł, powoli, krok za krokiem, osłaniając się od Drakkainena ciałem Spalle, mierząc mu w gardło szklaną drzazgą i kierując się w stronę drabiny.
Ciało jego towarzysza wciąż trochę płonęło, małe płomyczki pełgały na rozbryzgach oliwy na ścianach i podłodze, ale Szkarłat nie zwracał na to uwagi, tylko szedł.
– To ty nie masz ludzi – wychrypiał Drakkainen zduszonym głosem, drobiąc przed nim tyłem, z uniesionym mieczem. – Zabiłem wszystkich. A teraz, jeśli drgnie ci ręka, zginiesz jeszcze szybciej niż on. Rozdepczę cię jak robaka w jednej chwili. Nie masz mnie czym straszyć. Jestem Ulf Nitjsefni, Wędrujący Nocą. Jestem Pieśniarzem. Odsuń sztylet albo za moment zapłoną ci oczy.
– Daj mi drogę albo go zabiję. Zobaczysz, jak jad wyżera mu ciało. Będzie konał godzinami, wyjąc z bólu.
– Wychodzę pierwszy – powiedział Drakkainen już przy schodach, cały czas obmyślając rozpaczliwie kolejne plany i odrzucając je wszystkie. Był tylko pewien, że jeśli pozwoli Szkarłatowi pierwszemu wejść na drabinę, to zostanie zamknięty w piwnicy, a Spalle zginie.
Wszedł tyłem po schodach, unosząc ciężką klapę plecami i nie odrywając wzroku od Szkarłata i prowadzonego przed nim przyjaciela.
– Dalej – rozkazał Szkarłat. – Na dziedziniec. Niestety, nie rozpraszał się ani nie popełniał błędów.
Czubek szklanej drzazgi opierał o szyję Spalle, a sam chował się za zakładnikiem, pokazując jedynie niewielki kawałek ramienia. Nie było co marzyć o tym, żeby przerąbać mu ścięgno, trafić ostrzem w podobojczykowy splot nerwowy albo rdzeń kręgowy. Więc Vuko prowadził go tylko, przyczajony, z wystawioną do przodu dłonią i pseudomalajskim pałaszem trzymanym poziomo, z ostrzem na jej grzbiecie. Czekał na moment – ułamek sekundy, który nie nadchodził. Szedł napięty jak struna, wepchnąwszy te wszystkie „nie masz już ludzi”, „część zabiliśmy my, część Ludzie Węże” do jakiegoś zakamarka mózgu i zastawiwszy drzwi krzesłem. Na razie. Nieważne, to tylko blef. Później. Po kolei. Najpierw Spalle.
Kiedy wyszli na podwórzec, przede wszystkim zobaczył Grunaldiego. Żeglarz był blady, ale trzymał się na nogach, miał na sobie pas z mieczem i tulił w objęciach całe naręcze rozmaitego dobytku – własne futra, pas Drakkainena, drugi miecz, nóż i inne szpargały. Pozostali też prezentowali się odrobinę lepiej, w tym sensie, że nie tarzali się już w śniegu i nie pełzali dookoła jak robaki, ale stali mniej więcej na nogach. Jeden z mężczyzn, nie wiadomo – kolejny syn Ulle czy ocalały z jego ochroniarzy, otworzył jakąś komórkę i wyciągał z niej miecze, topory i oszczepy, które opierał rzędem pod ścianą. Ulle nadal przypominał widmo ojca Hamleta, ale narzucił na ramiona kawałek futra i też trzymał miecz, choć sprawiał wrażenie, że nie wie, co się z tym robi.
Rodzina Wędzonego Ulle wydała na widok Szkarłata jakiś pomruk, nie wiadomo, zgrozy, przerażenia czy wściekłości, i ruszyli na niego ślepym, zezowatym krokiem jak grupa zombie. Grunaldi upuścił z łomotem trzymane w ramionach przedmioty i sięgnął po miecz.
– Cofnąć się – ogłosił spokojnie Szkarłat. Wszyscy się zatrzymali, mała dziewczynka tulona przez matkę rozszlochała się rozpaczliwie. Tylko mężczyzna przy otwartej zbrojowni zważył w dłoni topór i szedł dalej, Ulle również spojrzał na swój miecz i po chwili wahania ruszył do przodu, stawiając stopy z takim wysiłkiem, jakby niósł na barana mistrza sumo.
Grunaldi znieruchomiał przyczajony, z wystawionym naprzód ostrzem, ale inaczej niż reszta. Oblizał wargi, jego wzrok skakał po dziedzińcu, widać było, że knuje coś w myśli, oblicza i waży szanse.
– Knutwarze – powiedział przyjaźnie Szkarłat – Knutwarze Płonący Psie. Poniesiesz karę.
Mężczyzna z toporem zacisnął szczęki, ale zrobił kolejny krok, dygocąc coraz bardziej, jakby dostał ataku febry.
– Knutwarze – powtórzył Szkarłat, patrząc mu prosto w oczy – kara.
Topornik wyglądał tak, jakby pchał niewidzialną ciężarówkę, jakby każdy krok kosztował go potworny wysiłek, od którego wystąpiły mu żyły na skroniach i czole.
– Kara, Knutwarze – powiedział jeszcze raz Szkarłat.
Mężczyzna opadł na kolana, jakby nagle przygiął go straszliwy ciężar, wyglądało to jak pojedynek zapaśniczy z niewidzialnym przeciwnikiem. Pochylił się, dysząc ciężko, a potem, wykrzywiony jakby z bólu, ze wszystkich sił starał się nie położyć dłoni na bruku, ale nie dał rady. Biała dłoń z rozstawionymi palcami oparła się o kamienie, a druga uniosła topór.
Teraz, pomyślał Drakkainen. To go dekoncentruje.
Ale ubiegł go Ulle. Wędzony Ulle, który jako jedyny nie wpatrywał się w klęczącego na podwórcu Knutwara unoszącego topór, nie słuchał ciężkiego oddechu wyrywającego się spomiędzy zaciśniętych szczęk ani zdławionego szlochu. Który nie patrzył, jak ostrze opada na kciuk wojownika, na rozbryzg krwi na śniegu, nie słuchał przeraźliwego wrzasku, tylko skoczył Szkarłatowi do gardła. Skoczył, rzucając na ziemię miecz, chwycił oburącz przegub dłoni dzierżącej zatruty szklany sopel i wykręcił go na zewnątrz. Szkarłat zasyczał po gadziemu i uderzył kupca palcami w oczy, ale w tym samym momencie Spalle targnął głową do tyłu, trafiając południowca w twarz, odbił się od niego kopniakiem i przetoczył po dziedzińcu. Drakkainen zaatakował błyskawicznie, ale ktoś wszedł mu w drogę. Szkarłat i Ulle zwarli się ze sobą, ktoś chwycił jeszcze południowca za ramię, ktoś za nogę – wściekle i rozpaczliwie, Knutwar kołysał się na dziedzińcu, tryskając niemal czarną krwią i piastując okaleczoną dłoń. Szkarłat wywinął się z uchwytów gładkim, wijącym się ruchem, jak namydlony wąż. Drakkainen odepchnął stojącego mu na drodze i ciął błyskawicznie dwa razy: w kark i tętnicę szyjną, ale oba razy trafił w pustkę. Szkarłat przeturlał się po ziemi, poderwał jednym ruchem jak sprężyna i cisnął Vuko w twarz garść jakiegoś czerwonego pyłu. Zwiadowca osłonił twarz i wyratował się błyskawicznym unikiem, czując, jakby rękę oblano mu ukropem.