Szkarłat dobył znowu coś zza pazuchy, czym cisnął sobie pod nogi w bruk dziedzińca. Huknęło ogłuszająco, z rtęciowym rozbłyskiem i chmurą gęstego, gryzącego dymu. Zawinął się w miejscu, furkocąc płaszczem, wskoczył na zadaszenie studni, odbił się od niego nogą i rzucił prosto na dach. Drakkainen stał już na nogach, ale nie zdążył. Grunaldi przeskoczył leżącego Ulle i oburącz cisnął mieczem zza głowy, kiedy Szkarłat był na szczycie dachu. Szczęknęło, usłyszeli bolesny, stłumiony okrzyk, po czym miecz zjechał ze strzechy i brzęknął na bruku. Kiedy rozwiał się gryzący w oczy dym, po cudzoziemcu zwanym Szkarłatem zostało wspomnienie.
Grunaldi podniósł swój miecz i obejrzał uważnie ostrze.
– Ani śladu krwi – oznajmił. – A wiem na pewno, że trafiłem.
Ulle wstał z ziemi, z twarzą jeszcze bledszą niż przedtem, dygocąc i drąc koszulę na piersi. A potem wyciągnął do Drakkainena umazane krwią dłonie. Z jego oczu ciurkiem toczyły się łzy, a z boku klatki piersiowej, tuż pod żebrami, sterczały ostre jak igły szklane drzazgi. Wędzony Ulle stał sztywno, drżąc cały, jego oczy były zupełnie okrągłe i prychnął kleistą żółtą pianą. Widać było, jak puchną mu naczynia na szyi, grube i falujące, jakby pod jego skórą poruszały się robaki.
– Ża… żagiew… zabij… – wychrypiał. – Zabij…
Grunaldi, stojąc nieruchomo, napotkał wzrok Drakkainena i skinął głową. Vuko ciął kupca w kark.
Spalle był podduszony i miał tak wyschnięte gardło, że kiedy Drakkainen rozciął krępujący go sznur, nie mógł wykrztusić ani słowa.
Lodowata woda niewiele pomogła, bo ledwie zwilżyła jego opuchniętą śluzówkę, zwrócił ją na bruk, kaszląc rozpaczliwie.
– Utrzymaj wodę w gardle – poradził Drakkainen niecierpliwie. – Przyniesie ukojenie.
– Zabrali Sylfanę… – wychrypiał Spalle, chwytając się za gardło. – Dopadli nas w opłotku… inni ludzie… mówili po naszemu… czterech… zabiła jednego, ja drugiego. Wtedy nadbiegli ci z domu… ci południowcy… wyszli z tylnej bramy… uderzyli na nas i na nich… wszyscy się bili ze wszystkimi… w milczeniu… w ciszy… a potem mnie powalili… tamci uciekli z Sylfaną… sprzątnęli wszystkie trupy… krew przysypali śniegiem. Pusty opłotek… tylko mgła i śnieżyca… same tylne drzwi… nie wyszedł… nikt nic nie słyszał… nie obroniłem…
– Już dobrze. Pij wodę. Trzymaj w gardle – powiedział Drakkainen, usiłując opanować drżenie rąk.
Kobieta i dwóch mężczyzn klęczeli wokół martwego Wędzonego Ulle, płacząc w milczeniu, ktoś bezskutecznie owijał okaleczoną dłoń Knutwara oddartym od koszuli skrawkiem, który natychmiast przesiąkał krwią.
Drakkainen podniósł sznur, podszedł do topornika i zawiązał mu na ramieniu opaskę uciskową.
– Teraz się nie wykrwawi. Niech ktoś biegnie po najlepszego znachora w osadzie. Kciuk można jeszcze przyszyć. Końskim włosiem przez skórę, tak jak się szyje koszulę. Potem założyć dwie deseczki i zawinąć. Może się uda, tylko musi być bardzo czysto. Wszystko trzeba wyparzyć we wrzątku. W kuchni na stole jest kubek z driakwią, którą pili, żeby uśmierzyć ból. Przynieście mu, zanim dostanie zawału. Grunaldi, biegiem do portu, gdzie zostawiliśmy okręt, sprawdź, czy jest tam Warfnir. Potem tu wracaj. Ostrożnie. Ten potwór wciąż tu gdzieś się czai.
– Kim wy jesteście? – spytał długowłosy młodzieniec klęczący przy martwym Ulle. – Jestem Ullunf, jego młodszy syn. Mego brata Ullardiego zabili od razu, kiedy wzięli nas do niewoli we własnym domu.
– Wybacz mi – powiedział Drakkainen, czując, że ma jakiś dziwny głos. – Nie chciałem zabić twojego ojca. I myślę, że to ja sprowadziłem na was nieszczęście. Jesteśmy Ludźmi Ognia i walczymy z potężnymi Pieśniarzami, którzy chcą wszystkim zawładnąć. Z królem Węży Aakenem oraz z tymi, którzy przysłali tu Szkarłata. Niemniej to, co was spotkało, to moja wina, bo twój ojciec mi pomagał.
– Czy ci Amitraje to byli twoi ludzie? – spytał młody, ocierając łzy. – Ten Szkarłat robił, co mu kazałeś?
– Nie, ale polował na mnie.
– Polował, na co chciał. Otruł nas dymem. Zamknął w komorze i trzymał jak zwierzęta, w gnoju i smrodzie, bo taki miał kaprys. Z powodu swoich robaczywych Pieśniarzy i zawszonych cudzoziemskich bogów. Nie byłoby ciebie, to byłby inny powód. To wojna bogów zabiła mego ojca, nie ty. Wojna bogów, która przyszła w nasze progi i teraz robi się u nas tak, jak na Południu. Ich bogowie chcą pokonać naszych i zagarnąć nasze ziemie. Dlatego obudzono pieśni bogów. Tak mawiają ludzie, którzy oglądali to, co dzieje się za morzami.
– Mądry z ciebie człowiek, mimo żeś młody.
– Ullardi był silny po matce, ja wziąłem po ojcu rozsądek. I młody niemłody, muszę teraz dbać o rodzinę.
Wstał.
– Zabierzmy go. Mój ojciec nie będzie leżał na śniegu. Chcę go obmyć i złożyć w łodzi, która powiezie go przez Morze Płomieni na kwitnącą wyspę, którą ma dla nas wszystkich Bóg Mórz. Wstawajcie! Matko, zabierz dzieci do komory i napalcie tam. Otwórzcie wszystkie okna, drzwi i wszystkie dymniki. Wynieście trupy tych gadów z piwnic i domu. Przynieście wszystkim piwa, takiego z korzeniami, na gorączkę i bóle, jakie daje się od zaziębienia. Hagnir! Biegnij po znachora!
Spalle cierpliwie płukał z bulgotem gardło i pluł w śnieg, czerpiąc wodę z wiadra.
– Ulf… – wychrypiał wreszcie. – Sylfana.
– Wiem – powiedział krótko Vuko, mocując oba pałasze. – Idę. Będę tropił po śladach. Poczekasz na Grunaldiego i daj Boże na Warfnira, potem idziecie za mną. Uzbrójcie się, w co się da.
Spalle pokręcił tylko z uporem głową i podniósł swój miecz, a potem wydobył z kieszeni osełkę.
Domownicy układali rzędem trupy znalezione w piwnicy, dołożyli tego z kuchni i jeszcze jednego znalezionego w domu. Co chwila ktoś z nich wymiotował albo kaszlał i siadał na moment, żeby odpocząć, wstrząsany dreszczami. Kładli zwłoki rzędem na śniegu, jak toboły. Czarne i nieruchome. Sześć. Czterech południowców i dwóch innych mężczyzn, o pociągłych twarzach mieszkańców Wybrzeża Żagli. Obaj mieli brody i krótkie włosy odrastające z pokaleczonych czaszek, najwyraźniej po ogoleniu.
– Spójrzcie na nich! – zawołał Drakkainen. – Poznajecie kogoś? Czy ktoś z tych ludzi to człowiek, którego znacie? Mieszkaniec Żmijowego Gardła?
– Nikt – powiedział Ullunf. – Ale zimą jest tu takich bardzo wielu. Zostają u gospodarzy, jeśli mają czym płacić za dach, strawę i miejsce przy ogniu. Wszyscy ci tutaj mają jednak twarze dziwne, jakby pokąsane kiedyś przez owady.