Drakkainen podszedł i przez chwilę wpatrywał się w leżących, po czym przykląkł, wyjął nóż i rozciął im ubrania, a potem rozchylił na piersi, porozcinał im rękawy i patrzył na przedramiona.
– Węże – stwierdził Ullunf. – Ale jak to możliwe? Oni wbijają sobie farbę pod skórę igłami. To zostaje na całe życie. Kto mógł to zrobić?
– Pieśniarz – powiedział Drakkainen. – Pieśniarz, który ich tu wysłał. Wyciągnął im farbę spod skóry pieśnią bogów, ale ranki potem zostały. Nic jednak nie było widać. Ogolili łby z tych nasmolonych warkoczyków i wyglądali jak każdy. Teraz jednak umarli. Krew spłynęła na dół z całego ciała, a została w tych rankach i znów widać żmijowe tatuaże.
Wstał.
– Węże zabrali moją przyjaciółkę. Ilu było ludzi Szkarłata?
– Sześciu wraz z nim. Brakuje takiego najwyższego, o ogolonej głowie. Nosił kolczyki jak niewiasta i wąsy A rosły był prawie jak ktoś z naszych stron.
– Więc mamy jeszcze dwóch. I kilku Węży. U kogo mogą mieszkać?
Ullunf rozłożył ręce.
– Od jesieni tkwiliśmy zamknięci w komorze, bez światła i powietrza. Nie wiem, co się wydarzyło w mieście. Trzeba iść do Kronalfa Kamiennego Żagla, wojewody strażników prawa. Niech skrzyknie swoich i szukają. Powiedz im, że chodzi o Węży, a także Amitrajów, którzy grasują w mieście i zabili mego ojca, Wędzonego Ulle. Był znacznym człowiekiem.
– To będzie trwało – powiedział Drakkainen. – Nie zostawię jej w ich rękach ani chwili dłużej. Pozwól mi wziąć jakąś broń, pożycz też coś moim ludziom, kiedy wrócą. Sami również się uzbrójcie. Szkarłat i ten łysy mogą wrócić. I poślij kogoś, żeby zawiadomił strażników. Tylko powiedzcie im o nas, bo się pozabijamy nawzajem.
– Chciałbym, żeby wrócili – powiedział Ullunf. – Chcę napoić ich smoczą oliwą, a potem rozpruć brzuchy.
– Gotów, Spalle?
Spalle ostatni raz przeciągnął osełką po ostrzu swojego odzyskanego miecza, wsunął go do pochwy i przewiesił przez plecy, a potem pospiesznie wypił jeszcze kubek wody.
W zaułku nie było już właściwie żadnych śladów. Zamieciono go po walce, a resztę przysypał drobny śnieg.
– W którą stronę ją zabrali?
Spalle wskazał w górę zaułka idącego od rzeki pomiędzy ścianami i częstokołami. Jakiś chudy pies obwąchiwał zaspę, minęła ich baba niosąca wiadra na koromyśle, zmierzająca do rzeki.
– Prowadzili ją między sobą – wychrypiał Spalle. – Trzech ich było.
– Mieszkają w kilku, rozrabiają, sprowadzają porwanych – tłumaczył Drakkainen. – To nie może być zwykła gospoda. Nawet jeśli mają kwatery u gospodarzy, t0 pewnie rozsypane po mieście, ale muszą mieć jeszcze kryjówkę. Bezpieczne miejsce. Jakąś ruderę, starą piw. nicę, opuszczoną szopę na łodzie.
Wyszli z zaułka na szerszą ulicę, właściwie można by powiedzieć: skrzyżowanie. Kręciło się tu trochę ludzi.
– Witajcie, szlachetni żeglarze – odezwał się Drakkainen. Dwóch jegomościów stało na rogu ulicy, pewnie przy swoich siedzibach. Mieli futrzane szuby i filcowe czapeczki w kształcie misek i gawędzili z rogami czegoś parującego w ręku. – Nie widzieliście może jakiś czas temu trzech obcych idących z niewiastą? Młoda i bardzo ładna, mogła jednak wyglądać na chorą albo pijaną? Ci sami mężowie mogli też nieść jakiś wór.
Jeden z żeglarzy wzruszył ramionami, drugi pokręcił głową.
– Aż tak długo tu nie stoimy. Idzie mróz. Pijemy tylko z sąsiadem na dzień dobry.
Drakkainen uśmiechnął się, skłonił i odszedł, ale natychmiast zaczął zgrzytać zębami.
– „Na dzień dobry pijemy”. Co za banda chlorów. Naród ochlapusów. Otworzy taki tylko gały i w banię od razu. Wszyscy narąbani od świtu. A Węże robią, co chcą. Van Dyken wam tu taką Europę urządzi, że będziecie mieli po dzbanie co miesiąc na kartki. Głównym traktem nie poszli. Mało dziś ludzi, ale kilku facetów wlokących Sylfanę dużo ryzykuje. Nawet jeśli była nieprzytomna. Idziemy w najciaśniejsze zaułki.
Po chwili brnięcia w nietkniętym śniegu, oszczekiwani przez psy za częstokołami, wrócili w to samo miejsce.
– To beznadziejne – powiedział Drakkainen. – Mogli ją zabrać wszędzie.
Kilka metrów dalej mgła jego autorstwa kończyła się jak ucięta nożem, widać było, jak kłębi się w uliczkach prowadzących na nabrzeże, tu jednak zrobiło się jaśniej, przez wysokie chmury przeświecało nawet nieśmiało słońce. Spalle wskazał kolejny niepozorny zaułek, kiedy dłoń Vuko spadła mu na ramię.
– Patrz!
W dziurce w śniegu coś lśniło krwawą czerwienią. Mała czerwona iskierka. Rozgarnął zaspę i wyjął paciorek. Następny leżał parę metrów dalej, na lodzie, lekko tylko przysypany po wierzchu lodową kaszą.
– Naszyjnik Sylfany – powiedział Spalle.
Szli teraz znacznie szybciej, wypatrując czerwonych kryształków. Wyszli jednak na otwartą przestrzeń, gdzie domostwa stały znacznie rzadziej, nie udając już nawet miasta, wśród bezlistnych drzew. Znaleźli kolejny z kamieni, które Spalle odkładał pieczołowicie do sakiewki, a potem już nic. Stali wśród krętych traktów wyłożonych belkami, na nieszczęście wymiecionych do goła przez słony morski wiatr, wijących się między sadybami. W oddali nad krawędzią klifu ciskało się stalowoszare zimowe morze. Nie było kolejnych znaków i nie było śladów.
– Jakaś jaskinia – wypalił Spalle. – W skale nad samym morzem. Tam muszą się kryć.
– Możliwe – powiedział bezradnie Drakkainen, rozglądając się. A potem wyprostował się nagle. – Wiem, gdzie mogą być. Jakie miejsce jest tu najbardziej omijane i przeklęte? O jakim wiedzą na pewno Węże, bo to pa, miątka po ich Czyniącym? Gdzie nikt nie chodzi i nawet tramy drogi wygniły?
– Ale tam się spaliło…
– Na pewno nie wszystko. Im wystarczy szopa albo piwnica.
Spalone resztki dworu, który kiedyś należał do Skifanara Drewnianego Płaszcza, możnego gospodarza, tak pysznego, że ośmielił się odmówić noclegu wędrownemu Pieśniarzowi, widać było z daleka, osmalone i czarne, wznoszące się na wzgórzu.
– Zobaczą nas – powiedział Spalle. – Nie ma się jak podkraść.
– Wiem – odparł tylko Drakkainen. – Nie szkodzi, domyślam się, o co im chodzi.
– Może poczekajmy na resztę? Grunaldi i Warfnir przyprowadzą strażników prawa.
– Nie ma czasu – powiedział Vuko jakimś zmęczonym głosem. – Nigdy nie ma na nic czasu. Trzeba improwizować.
– Imprjoff… – zaczął Spalle, ale machnął ręką. Szczyt wzgórza otaczały totemy. Dwie skrzyżowane
włócznie wbite w ziemię ostrzami w górę i co jakiś czas słupek z nadzianą na szczyt czaszką jakiegoś zwierzęcia. Na słupkach starannie wyryto kanciaste runy Wybrzeża i napuszczono je czymś czerwonym.
– Uroczysko – powiedział Spalle niepewnie. – Runiczny krąg słońca. Kapłani próbowali zamknąć upiory w środku.
– Tak podejrzewałem – odparł Drakkainen. Wewnątrz kręgu na śniegu leżały ptaki. Morskie niby-meyfy i kruki jak czarne krzyże, i jeszcze coś dużego, straszącego sterczącymi ze śniegu łukami żeber, może owca. Wiał lodowaty, słony wiatr, który szarpał piórami martwych ptaków i pokreślonymi runami, proporcami łopocącymi na włóczniach.
– Co podejrzewałeś? Nikt nie może tam wejść. Ani my, ani Węże.
– Chcą, żebyś tak myślał. Żeby wszyscy tak myśleli. Są tam, Spalle. I Sylfana też tam jest. To oni zabijają ptaki i rozrzucają je po wzgórzu. To nie uroczysko.
– A znaki? Myślisz, że oszukali kapłanów?
– Myślę, że tak. A może nawet sami je postawili. A teraz mogą tam siedzieć, rozrzucać wokół trupy i nikt nawet nie spojrzy w tę stronę.