Drakkainen odpiął futro, zrzucając je na ziemię, wyminął jeden z totemów i ruszył skalistym zboczem, prosto na sterczące w niebo zwęglone belki i resztki kamiennych ścian. Zatrzymał się na chwilę, po czym splótł palce z chrupnięciem stawów i strzepnął parę razy dłońmi, by pobudzić krążenie.
– Zostań tu – powiedział. – Nie wchodź za znaki, póki nie przyjdą inni albo póki cię nie zawołam.
– Ale…
– Wiem, co robię, Spalle.
Ruszył pod górę, pozostawiając kręcącego głową przyjaciela, i wydobył oba pałasze. Zawinął nimi od niechcenia, ostrza przeplotły się w powietrzu, otaczając go na moment migotliwą zasłoną stali.
– Dobra, mała – mruknął. – Melduj się. Wiem, że ram jesteś. Czuję cię w głowie.
– Jestem cały czas – powiedziała urażona.
– Daj mi wzrok. Pokaż te swoje małe wróżki. Chcę je widzieć, jeśli są w pobliżu. Pokaż mi magię.
Coś przeskoczyło mu w głowie, jakby tuż za gałkami ocznymi, ale nie zauważył nic szczególnego. Dopiero kiedy przyjrzał się uważniej, zobaczył zielony poblask, fosforyzujący gdzieś między belkami i kamiennymi ciosami ścian, mżący to tu, to tam na ziemi, jakby ktoś porozsypywał garść fosforu. Właśnie – garść. Nie więcej.
Resztki bramy, właściwie spróchniała, wypalona dziura pomiędzy okopconymi ścianami rosła mu w oczach. W tle majaczyło już podwórze, w zasadzie brukowany plac otoczony rumowiskiem. Panowała cisza, przerywana tylko świstem wiatru wśród belek, odległym szumem fal i krakaniem kruków.
Coś mignęło mu na granicy pola widzenia. Szybkie, rozjarzone mdłym blaskiem, jak gigantyczny robaczek świętojański, ciągnąc za sobą rzadki ogon fosforycznego ognia. Mignęło i znikło.
– Dobra. Kiedy powiem, po prostuje przywołaj.
– Co? Niby jak?
– Kiedy zobaczysz duże skupisko tego magicznego czegoś. Przyciągnij je do mnie. Tak jak na drakkarze z głowy smoka.
– A jeśli się nie uda?
– O, to łatwo się zorientujesz. Zobaczysz napisy końcowe i usłyszysz pompatyczną muzykę.
Wszedł na spróchniałe belki nad zarośniętym rowem, niegdyś stanowiące pomost nad czymś jakby fosą, kiedy coś śmignęło wśród ruin z drugiej strony. Znowu był tylko ruch i słaby fosforyczny poblask.
Drakkainen oblizał wargi i świsnął cicho przez zęby.
A wtedy usłyszał syk.
Paskudny ostrzegawczy dźwięk, jak olbrzymiego węża. A potem jakby terkot drewnianej kołatki.
Lub rechot gigantycznego płaza.
Odwrócił się, przysiadając lekko na ugiętych nogach i unosząc jedno ostrze, a drugie kierując do przodu.
– Dzień dobry, Grendel – powiedział. – Już się kiedyś widzieliśmy.
Stwór wydał mu się większy niż wtedy przy stacji naukowców, z szarą, lśniącą skórą pokrytą zielonkawymi plamami, jak gnijące mięso, ale tak samo jak tamten szczerzył rzędy podobnych do kościanych igieł zębów i stroszył grzebień rzadkich kolców, podobnych do kolców jeżozwierza. Znów zaśmierdziało rycyną.
A potem usłyszał drugi syk za plecami, ponownie zakończony ohydnym płazim terkotem jak grzechotka z kości.
– Przyprowadziłeś braciszka, co?
Potwór łypał na niego ponuro wąskimi ślepiami przypominającymi fosforyzujące wrzody na obłym, pozbawionym szyi kadłubie, poruszając wydymającym się niczym balon podgardlem. I świecił zgniłym poblaskiem magii, która otaczała go rozjarzoną, diamentową mgłą. Jego wargi rozciągnęły się w parodii uśmiechu, prezentując palisadę zębów, z paszczy wysunął się ociekający żółtawym śluzem język podobny do wielkiego ślimaka, który pękł na końcu, ukazując grube na kciuk żądło, niby brudny żółtawy kryształ.
Najpierw skoczył ten z tyłu, a ułamek sekundy później drugi. Rozległ się skrzek i wściekły wrzask Drakkainena, ostrza zawyły jak podwójne wirniki startującegohelikoptera. Przysiadł i ciął, przetoczył się po ziemi i ciął, wywinął się unikiem i ciął. Ostrza smagały powietrze jedno po drugim w dzikim malajskim tańcu.
Trwało to może dwie sekundy.
A potem stał w niskiej pozycji, tyłem do bramy, ze skrzyżowanymi pałaszami przed sobą, krwawił z rzędu wąskich ran na ramieniu i na piersi, ale nie czuł działania trucizny. Skórzana bluza wisiała na nim w strzępach, jakby tarzał się w kłębach drutu żyletkowego. Oba stwory miał teraz z przodu.
Jeden z nich otrzepał się jak buldog, gubiąc płaty żółtokrwawej piany, drugi przesunął się w bok, sycząc i kołysząc się jak kaczka.
– Vuko…! – krzyknęła Cyfral błagalnie. – Nie masz szans bez przyspieszenia.
– Nie teraz… – wycedził. – Jeszcze nie… bo wszystko zmarnujesz.
Grendele zasyczały równocześnie i rozłożyły łapy.
Zaraz skoczą, pomyślał. Na tym to polega. Przytrzymać tymi szponiastymi łapami. A potem nasączone rycyną kły i to paskudne żądło. Przydałby się tryb bojowy.
Zrobił ostrożny krok do tyłu, na podwórze, czując, jakby jego ręce wypełniał ogień. Spływał powoli przez ramiona, dłonie, palce aż do końca ostrzy. Krew z płytkiego rozcięcia na głowie ściekała mu po twarzy gorącym zastygającym strumyczkiem. Grubymi, gęstymi kroplami jak wosk ze świecy.
Jeszcze jeden krok.
Grendele zaterkotały jeden przez drugiego, jakby naradzały się między sobą, ale opuściły łapy.
Stali na podwórzu. Jeden kucał na murku, kiedyś stanowiącym fragment ściany, drugi na sterczących pod kątem opalonych belkach, pozostali dwaj stali po obu stronach Sylfany. Półnagiej, tylko w podartej koszuli z włosami zlepionymi krwią. Związano jej nadgarstki i przytroczono do rzemienia, który owijał ją w pasie. Na szyi miała dwie pętle, a stojący po jej bokach Węże naciągali lekko rzemienie. Na bruku leżał jeszcze jeden kształt, dokładnie owinięty własnym błękitnym płaszczem i oplatany liną, z workiem na głowie.
Warfnir.
– Rzuć miecze i podejdź do nas – powiedział ten, który kucał na murku z twarzą skrytą w kapturze.
– Przyjdź i weź je sobie – wycedził Vuko pozornie spokojnym, niebezpiecznym tonem.
– Rzuć broń, bo ją zadusimy!
– Poddam się – powiedział – ale najpierw pokażcie mi, że żyją.
Siedzący na murku skinął dłonią, strażnicy poluzowali rzemienie. Sylfana rozkaszlała się, a potem skoczyła na jednego z nich i wymierzyła mu kopniaka bosą stopą. Nie zdążyła.
Drugi szarpnął za arkan i dziewczyna siadła z rozmachem na pośladki, a potem zwaliła się na kamienie. Kolejny z Węży szarpnięciem zdjął worek z głowy Warfnira i rozwiązał mu knebel.
– Zabij ich, Ulfie! – wrzasnął Warfnir i oberwał kopniaka w głowę.
– Dobra – ciągnął Drakkainen. – Teraz ich uwolnijcie. Ja zostaję. Kiedy zobaczę, że wychodzą za totemy i nic im nie grozi, rzucę broń. Będziecie mogli zabrać mnie do króla Węży albo zabić i przywieźć mu moją głowę.
– A kim ty jesteś, by żądać? Przyszedłeś tu i o to nam chodziło. Dlaczego nie mielibyśmy teraz was zabić?
– Pomyśl – powiedział Drakkainen. – To przeze mnie wasz wielki wódz Aaken moczy się w nocy. To na myśl o mnie budzi się z piskiem i szlochem. Myślisz, że mnie zabijesz? Jestem Nocny Wędrowiec. Przywracam równowagę świata. Przed chwilą rozdarłem na strzępy Szkarłata i jego ludzi. Wciąż mam na sobie ich krew i tłuszcz. Nie igraj ze mną, chłopcze. Masz jedną szansę: wypuścić tych ludzi. Wtedy rzucę broń.
– Puścić ich – rzucił krótko przywódca. – Najpierw przywołać ogary. Niech staną przy nim.
Oba stwory na dźwięk kościanej świstawki wślizgnęły się na podwórze i przysiadły po obu stronach Drakkainena, sycząc, klekocąc, jeżąc kolce i rozsiewając nieziemski poblask magii.