– Nie wyjdziemy! – krzyknęła Sylfana. Miała wyraźnie spuchnięte oko i kilka płytkich ran, przyschniętych zakrzepłą na cienkiej koszuli krwią. – Zabij te ścierwa! Zabij ich!
– Wychodźcie, dapiczki materii – wrzasnął Drakkainen, widząc, że Warfnir też zaczyna się burzyć. – Ale już! Biegiem! Tam czeka na was Spalle. Idźcie stąd. I nie odwracajcie się. Nie patrzcie w tę stronę. Tak trzeba. Obiecywaliście mi posłuszeństwo. Ani słowa! Już!
Rzucił pałasze na bruk, odpiął pas z nożem i cisnął obok, a potem rozłożył ręce na boki, jakby szykował się do rewizji osobistej.Wyszli. Warfnir spojrzał Drakkainenowi w oczy i ledwo dostrzegalnie uniósł brwi, Vuko równie nieznacznie skinął głową i lekkim ruchem wskazał mu wyjście. Żeglarz westchnął tylko i wyszedł, wlokąc szarpiącą się mimo ran dziewczynę.
Zostali sami pod krakaniem kruków.
– Uwaga, Cyfral – powiedział Drakkainen, widząc, jak oboje wychodzą za pierścień znaków, jak dopada do nich Spalle.
Węże ruszyli w jego stronę, jeden z nich uniósł świstawkę do ust.
– Teraz! Dawaj je do mnie!
Cyfral zaczęła śpiewać. Wysokim głosikiem jakąś smętną celtycką melodię.
Drakkainen uniósł ramiona, jakby wzywał na świadków ołowiane zimowe niebo i krążące nad zrujnowanym dworem kruki.
– Do mnie! Perkele! Do mnie!
Mgła otaczająca oba stwory uniosła się kłębami w powietrze jak para z kociołka, a potem zaczęła zbierać słupem nad dziedzińcem. Wirująca kolumna migocącej milionem diamentów świecącej mgły, której nie widział nikt poza nim. Grendele wydały z siebie dziki skrzek i padły na bruk w gwałtownych konwulsjach.
– Do mnie! – zawył Drakkainen prosto w wirujące nad podwórcem tornado.
– Zabić go! – wrzasnął dowódca. Jeden z jego ludzi zdarł z pleców łuk, gładkim ruchem założył cięciwę i strzelił zwiadowcy prosto w pierś, drugi bez namysłu, pewnie cisnął ciężkim toporem.
Dwie strugi opłynęły Drakkainenowi ręce i ogarnęły całą sylwetkę, kiedy oba pociski były już w drodze.
I wtedy nastała cisza. Ucichł ryk tornada brzmiący jak jazgot tłukących się szyb ze ściany biurowca, przeraźliwy świński pisk rozpadających się w kłębach oparu potworów jak sublimujące kawałki suchego lodu, wrzask Węży, zawodzenie wiatru w ruinach.
Cisza.
Głęboka, dzwoniąca w uszach. Stał z wyciągniętymi w górę ramionami, przepełniony głębokim kosmicznym zrozumieniem faktu, że to koniec i że nie zdążył, i nic się nie działo. Solidna strzała nie tkwiła w jego piersi, koziołkujący w powietrzu ciężki, krótki topór nie rozłupywał mu czaszki.
Opuścił ręce i obszedł stojące pośrodku podwórca tornado, które jednak kręciło się powoli, wręcz majestatycznie, pulsującą migotliwą kolumną. Strzała tkwiła nieruchomo w powietrzu, wskazując grotem miejsce, w którym stał przed chwilą, a brzechwą zamarłego w bezruchu łucznika stojącego z wyszczerzonymi zębami i rozcapierzoną odwróconą dłonią obok ucha. Topór też unosił się nieruchomo akurat ostrzem w dół, dowódca Węży kwitował w powietrzu z podkurczonymi idiotycznie nogami, tak jak zeskakiwał z belki, z rozwianymi połami kaftana i z mieczem do połowy wyjętym z pochwy.
Drakkainen uśmiechnął się strasznym, dzikim, zębatym uśmiechem i zdjął wiszący w powietrzu topór. Odwrócił jeszcze strzałę w przeciwną stronę. Potem wrócił tam, gdzie stał przedtem, i spokojnie założył z powrotem pas i oba miecze. Stwory rozpadały się jak musujące tabletki wrzucone do wody, tryskając kłębami oparu, który wsnuwał się w słup pośrodku dziedzińca.
Rozłożył jeszcze ręce i przeszedł przez sam środek słupa. Kiedy wynurzył się z drugiej strony, mgła otaczała go grubą, pływającą wokół warstwą. A potem wygłosił do Cyfral cały ciąg komend, przetykając je plugawymi fińskimi słówkami.
– Dobra – powiedział w końcu mściwie. – Czas start.
Tornado rozwirowało się i Vuko wpadł w krzyk, krakanie i chaos. Dowódca uderzył podeszwami w podwórzec i dobył miecza, łucznik wrzasnął przeraźliwie, wpatrując się z osłupieniem w wyrastającą mu z ramienia strzałę, topornik gapił się z wyciągniętą przed siebie dłonią, nie mając pojęcia, co się stało z jego narzędziem.
– Teraz, chłopcy – powiedział Vuko stojący w zupełnie innym miejscu, niż powinien – zabawimy się po mojemu.
Machnął najpierw ręką – dowódca pomknął przez dziedziniec jak latawiec i gruchnął plecami w nadpalone, ocalałe drzwi od stodoły, aż posypał się popiół i pył, pękło kilka desek. Pięć wielkich pordzewiałych hufnali, skrzypiąc, wysunęło się ze zwęglonej krokwi i śmignęło jak salwa z kuszy, przybijając kolana i łokcie mężczyzny do grubych desek. Piąty gwóźdź zawisł przed lewym okiem Węża, wirując w powietrzu jak wiertło.
Kolejny ruch ręki Drakkainena i podwórze pod nogami kolejnego wrzeszczącego Węża zamieniło się w półpłynną masę, która wciągnęła go jak bagno po szyję, po czym zamieniła się z powrotem w brukowane klepisko. Następny Wąż runął na kolana, a potem na twarz, kiedy złamany ukośnie kawał belki przebił mu głowę na wylot-
Niebo ponad dworem pociemniało, wokół ciskającego się po podwórcu tornada, w głębi gęstwiny ołowianych chmur, zamigotały błyskawice.
Nad dziedzińcem zagrzmiało chrapliwe przekleństwo i inny mężczyzna z klanu Węży zapłonął, sypiąc iskrami jak raca, po czym zaczął tarzać się w śniegu, w kłębach dymu z płonących włosów i skóry, kiedy wszystkie komórki jego ciała oddały nagromadzoną w cząsteczkach adenozynotrójfosforanu energię, zmieniając go w pochodnię.
Na głowę kolejnego spadł z nieba wielki czarny kruk, rozdzierając mu szponami twarz i tętnice szyjne, trzepiąc czarnymi skrzydłami, niczym dziwaczny ożywiony hełm. Wąż upadł na ziemię, a wtedy ptak wydarł mu jedno oko i połknął łapczywie. Drakkainen umilkł i patrzył na scenę ze zdziwieniem.
– Dobrraa! – wydarł się kruk. – Dobrraa, urrok! Terraz braat!
– Cześć, Nevermore – rzekł Drakkainen, po czym podszedł do rozpiętego na drzwiach półprzytomnego dowódcy, przed którego okiem wciąż wirował zardzewiały hufnal. Uśmiechnął się i pstryknął w kręcący się kawał metalu, który odpowiedział wysokim brzęknięciem jak kamerton.
Vuko zbliżył usta do ucha Węża.
– Powiedz: zgwałciliście ją?
A potem przez dłuższy czas na podwórzu rozlegały się straszny wrzask i krakanie kruków.
Wypływamy. Siedzę na pokładzie owinięty futrem i wypijam duszkiem kubek gryfiego mleka. Patrzę na rozwścieczone morze o barwie ołowiu, białe grzywy fal pod ciemnym, stalowym niebem i odpędzam demony pijaństwem. Kolejne twarze zabitych przeze mnie ludzi. Z każdym dniem mojej misji robi się ich więcej. Całkiem liczne towarzystwo, które mogę już policzyć tylko z pewnym przybliżeniem. Spore grono dusz, które wysłałem na Morze Płomieni, by ogniste fale rozdzieliły je na dobrą i złą stronę natury. Na dwie postaci – ciemną i mroczną, by na kwitnącej wyspie stoczyły ze sobą śmiertelny pojedynek, po którym po zwycięzcę upomną się odpowiedni bogowie. Wszelkie racje, wszelka wojenna konieczność, które mam w głowie i które powtarzam sobie jak mantrę, nie mają żadnego znaczenia. Wiem, że było trzeba, i nic mi nie jest lżej. Można tylko sięgnąć po stojący między nogami dzban, wlać kolejną miarkę czarnego korzennego płynu do metalowego kubka i próbować się zgłuszyć. Próbować uciszyć te wszystkie zbryzgane krwią twarze, które krzyczą, płaczą i rzężą w agonii. Położyć spać widma, wiedząc doskonale, że znów się obudzą. Zagłuszyć. Zalać trunkiem. Zamknąć. Podeprzeć drzwi i zaplombować taśmą z napisem „trzeba było”. Właśnie że było trzeba.
Fale wdzierają się w ujście rzeki, pierwsza z nich unosi dziób drakkara i strzela na boki odkosami, pierwsze bryzgi piany spadają na pokład i moją twarz. Słona woda na twarzy.