Выбрать главу

Konieczność.

Słuszność.

A teraz muszę nieść ich wszystkich ze sobą. Skaliste brzegi Wybrzeża Żagli rozjeżdżają się na boki i mamy przed sobą morze. Szerokie, ciemne, pokreślone krechami piany, rozjuszone. Zimowe morze, po którym mktjuż nie pływa.

Tylko my. Na północ. Prosto w jądro ciemności wiszące nad horyzontem. Prosto w zimowy sztorm, siedząc samotnie na pokładzie, w towarzystwie kruka i dzbana. Dryfując na krze.

Mamy już niewielką łódkę na tylnym pokładzie, umocowaną linami, nakrytą płachtą. Wszyscy żyjemy. Poharatani, zmęczeni, ale jakimś cudem żywi.

I płyniemy.

Do Lodowego Ogrodu.

Strzeż się, młodzieńcze, królowej, co rządzi w niebiosach, bo życie cieńsze na pięknym jej dworze od włosa.
Zatruty owoc jest serce okrutnej kobiety. Choć słodkie słowo, to w sercach i myślach sztylety.
I zwierz, i żmija, gdy kroczy, ze zgrozą umyka. A gdy ci sprzyja, pewnie kark twój skosztuje stryka.

(„Słowo o „Królowej „Bólu, pieśń skaldów „Wybrzeże Żagli)

Rozdział 4. Kajdany i Lśniąca Rosą

Kroczyłem leśną ścieżką jako człowiek niewolny. Na moim barku wciąż piekło zaognione piętno, a ja stawiałem krok tam, gdzie mi kazano, trzymałem, przenosiłem, stawałem lub siadałem także na rozkaz. Sam, z własnej woli, mogłem jedynie oddychać. Zostałem niewolnikiem.

Trzy dni wędrowaliśmy z wozami przez górskie lasy, zatopieni w zielonym półmroku. Góry w kraju Ludzi Niedźwiedzi były bardzo piękne i majestatyczne, w dolinach szumiały strumienie i wszędzie wokół miałem albo srebrne skały, albo liście. Nigdy w życiu nie widziałem tak dużo zielonego koloru i takiej obfitości płynącej czystej wody. Wszystko było mokre i zielone.

Pod wieczór zatrzymywaliśmy się w dolinach na brzegu strumieni. Rozkładaliśmy obóz, ale nie kazano nam rozbijać wielkiego namiotu. Wozy ustawiano w czworobok, pomiędzy nimi wiązaliśmy linę i przerzucaliśmy przez nią płachtę namiotową, którą mocowaliśmy na dole. Pod tą płachtą spali Ludzie Niedźwiedzie wraz ze Smildrun i jej synem, my zaś leżeliśmy przy ognisku, z żelaznymi okowami założonymi na nogi i przypiętymi łańcuchem do jednego z wozów, i mieliśmy pilnować, by ogień nie wygasł. Łańcuch pomiędzy okowami był na tyle długi, byśmy mogli chodzić po drewno, stawiając małe kroki, i zamknięty zamkiem, który może był nietrudny do otwarcia, ale bardzo masywny i nie dałoby się go pokonać nożem czy skradzionym gwoździem. Aby go otworzyć, potrzebny był wielki kuty klucz, który Smildrun nosiła przy pasie. Nocą mężczyźni pilnowali na zmianę, siedząc przy ognisku z łukami pod ręką, uzbrojeni po zęby i od czasu do czasu obchodzili obozowisko z pochodnią. Niewiele z nami rozmawiali, ale cały czas starałem się zapamiętać każde słowo, które zrozumiałem, i na drugi dzień potrafiłem rozpoznać, kiedy je wymawiali, choć reszta ich twardej, brzęczącej mowy brzmiała dla mnie jedynie jak szczęk łańcuchów. Domyśliłem się jednak, że wszyscy ci ludzie boją się Smildrun i że żaden nie jest jej mężem. Stale miano nas na oku i nie pozwalano nawet rozmawiać, zwykle zresztą towarzyszył nam Udułaj Hyrkadał, nie mogliśmy więc się naradzić ani niczego przedsięwziąć.

Hyrkadał nie traktował nas tak, jak powinni się odnosić do siebie rodacy, którzy popadli w niewolę w dalekim kraju. Rzadko się odzywał, a jeśli, to jedynie po to, by przekazać polecenie od Smildrun lub pozostałych, albo by zelżyć nas słowami, które mogliśmy zrozumieć.

Jednak głównie wędrowaliśmy – od pierwszego brzasku aż po zmierzch kroczyliśmy pod górę, brnąc po kamienistej ścieżce i pchając ciężkie wozy. A potem i góry, co okazało się niewiele mniej męczące. Od pewnego momentu, kiedy szlak prowadził stromo ku szczytom, wszyscy musieli zsiadać z wozów i koni, więc grubemu, małemu Smigraldowi rychło znudziła się wspinaczka i Benkej musiał dodatkowo nieść go siedzącego mu na karku. Dzieciak usiłował zmusić Benkeja do galopu, dźgając go piętami w żebra i smagając kijem, ale mój przyjaciel nie zwracał na to uwagi i szedł niepowstrzymanie jak muł, choć pot lał się z niego strumieniami i żyły wyszły na czoło.

Trzeciego dnia po południu dotarliśmy na przełęcz, za którą znajdowała się podłużna dolina otulona z dwóch stron górskimi grzbietami, a jej dnem płynął szeroki strumień. Miejsce to było bardzo piękne, ale wtedy tak na nie nie patrzyłem. Piękna czy nie, dolina i stojący w niej dwór z drewnianych bali stały się moim więzieniem i nie wiedziałem, ile czasu przyjdzie mi tam spędzić.

W kraju za górami ludzie rzadko budują z kamienia. Umieją ciosać skały i wydobyte ze strumieni głazy, ale wznoszą z nich jedynie podmurówki i czasami pojedyncze budynki. Wszystko zaś robią tak, jak nakazuje im pieśń, którą zwą Pieśnią Ludzi. Jest tam powiedziane, jak robi się łodzie, jak budować domy i w jaki sposób uprawiać pole czy kuć żelazo. Każdy z nich ją zna i trzyma się jej wskazówek, bowiem wierzą, że jeśli zaczną zbyt wiele rzeczy robić inaczej, ściągną na siebie klątwę albo nawet nastąpi koniec świata. W jakiś sposób pieśń ta jest podobna do Księgi Początku wśród Kirenenów albo Pierwszego Słowa Matki wśród Amitrajów, aczkolwiek nie słyszałem, by ktoś bał się robienia rzeczy, których w niej nie ma, i kiedy dowiedziałem się o tym, pomyślałem, że może każdy lud ma taką pieśń dla siebie. To wtedy uświadomiłem sobie, że pomimo iż ludzie bardzo różnią się między sobą, pod pewnymi względami są tacy sami, potrafią być i podobni, i odmienni naraz. Ta sama rzecz może okazać się zupełnie czym innym, podczas gdy inne, zupełnie obce i odmienne, okazują się tym samym.

Domy zatem Ludzie Niedźwiedzie wznoszą z drewna, którego w ich kraju jest pod dostatkiem. Jak okiem sięgnąć rosną drzewa, niektóre z nich są wysokie jak miejskie mury albo tak grube, że trzeba kilku ludzi, żeby objąć pień. Ścinają je, ilekroć potrzebują budulca, i obrabiają z wielką wprawą – umieją połączyć ze sobą poprzycinane pnie, że trzymają się potem bez jednego gwoździa, chętnie też rzeźbią w nich ozdoby, podobne do posplatanych ze sobą kunsztownie rzemieni, dziwnych stworów i znaków. Zwykle jeden ród mieszka w osobnej zagrodzie, z dala od innych. Budynki wznosi się tam w czworobok, tak jak robiło się to w Kirenenie, a otacza usypanym z ziemi, kamieni i belek wałem, na którym stoi ogrodzenie z grubych, zaostrzonych słupów.

Tak też mieszkała Smildrun, która zaliczała się do możnych. Jej dwór, choć wielki i dostatni, nakryty wysokimi, stromymi dachami z rzeźbionymi głowami smoków na belkach, wydawał mi się jednak dziki i prymitywny. Dom taki zwie się stagn, składa się z wielu budynków ustawionych w kilka czworoboków i zalicza się według Pieśni Ludzi do najokazalszych. Żeby go postawić, trzeba wiele drewna i pracy wielu ludzi.

Widziałem stare, poczerniałe belki, czułem obcy smród zwierząt, dymu, dziwny zapach drewna i nawozu, zjełczałego tłuszczu i skór. Nie był to jakiś odrażający fetor i dość szybko do niego przywykłem, jednak był po prostu obcy. Nad bramą zauważyłem przybitą czaszkę stworzenia podobnego do ogromnego byka z rozłożystymi rogami, a kiedy dmąc w drewniane trąby, otwarto nam wrota zbite z potężnych tramów, słyszałem powarkiwania ogromnych psów podobnych raczej do skalnych wilków, które szarpały się w naszą stronę, prychając pianą i szastając łańcuchami.