Po tym wszystkim zagnano nas do najcięższej pracy i nie dano jeść ani pić przez trzy dni.
Stara kobieta z Kangabadu osłabła potem i tydzień później umarła.
Snakaldi Serdeczna Dłoń, który pochodził z plemienia zwanego Ludzie Konie, skonał dopiero nocą, jednak jego ciało pozostało nad bramą.
W tym czasie zupełnie straciłem nadzieję. Przestałem się odzywać nawet do Benkeja. Po prostu snułem się i robiłem, co mi kazano. Zrozumiałem, że nie zdołamy uciec, że nie znamy kraju i nie unikniemy konnego pościgu z psami. W górach trudniej uciekać niż gdzie indziej, bowiem często nie można iść inaczej niż szlakiem. Poza nim czyhają przepaście i ściany skalne, zaś ten, kto zna góry, szybko może zablokować wszystkie przejścia.
Harulf zdołał zwlec się z posłania dopiero po kilku dniach, nie mógł chodzić, więc kuśtykał, podskakując i wspierając się na rozwidlonym drągu, który trzymał pod pachą. Musieliśmy poić go i karmić łyżką jak dziecko. Kolejnego dnia nie pozwolono mu położyć się spać, zamiast tego zabrano go do dworu Smildrun i długo w noc słyszeliśmy dobiegający stamtąd krzyk. Nie dowiedzieliśmy się, co tam się działo, a on nic nie chciał powiedzieć. Powtórzyło się to jeszcze następnej nocy, a rankiem chłopak ponownie zniknął. Wydawało się niemożliwe, żeby zdołał wydostać się z gródka i ujść – chory, zmaltretowany i okulawiony, a jednak przepadł jak dirham w studni. Jego ucieczka stanowiła tajemnicę niezbyt długo, zanim ktoś nie wszedł do łaźni i nie odkrył, że Harulf Czytający Ze Śniegu z plemienia Ludzi Gryfów powiesił się na belce, na której suszyły się zioła, używając do tego własnych spodni.
Wydawało mi się wtedy, że wiem, jak czuje się starzec, którego życie dobiegło kresu i nic nie może go już spotkać. Budziłem się świtem i starałem wyjść jak najszybciej z chaty, bowiem ten, kto wychodził ostatni, otrzymywał uderzenie pletnią. A potem próbowałem przeżyć do zmierzchu. To wszystko. Nie odzywałem się ani nie patrzyłem na nikogo. Kiedy kazano mi wziąć do ręki motykę, kopałem. Kiedy wskazano kosz, niosłem. Kiedy dano mi kubek, piłem. Kiedy podsunięto miskę gotowanej kaszy, jadłem. Kiedy do mnie mówiono, patrzyłem jak kowca. Dni mijały i robiły się coraz krótsze i coraz zimniejsze. Nad ranem trawa robiła się biała i trzeszcząca, a kałuże zastygały. Odrastały mi włosy. Tylko po tym orientowałem się, że czas płynie.
Pewnego dnia Benkej nie wytrzymał i załatwił tak, żebyśmy obaj sprzątali oborę i wywozili gnój.
– Jestem cierpliwy, tohimonie – powiedział, nabierając słomę z nawozem na widły. – Jednak nie rozumiem, co zamierzasz. Milczysz. Patrzysz pod nogi. Bez słowa robisz wszystko, co każe ten amitrajski chudy knur. Czekam, dni uciekają, ale to się nie zmienia i nie rozumiem, do czego to prowadzi.
– Nie prowadzi do niczego – odrzekłem. – Nie wiem, co moglibyśmy zrobić. Nie wiem, jak pokonać częstokół. Nie wiem, jak uniknąć psów i pościgu. Nie wiem, jak znaleźć drogę w tym przeklętym kraju. Nie chcę, żebyśmy skończyli na bramie, nadziani na włócznie. Nie wiem nic. Jestem tylko podrostkiem, który został niewolnikiem. Nawet każdy z tych dzikusów jest dwa razy większy od nas. Nie mam pojęcia, czy moglibyśmy ich pokonać, choćbyśmy mieli miecze w ręku. Nie wiem, co moglibyśmy zrobić, Benkeju. Zabici mężowie dorównywali im siłą i pochodzili z tego kraju. A teraz nie żyją.
Pobladł, kiedy mówiłem, zacisnął dłonie na trzonku wideł i zdawało mi się, że mnie uderzy. Zamiast tego cisnął widły o ziemię, a potem kopnął w ścianę.
– A więc przepadło! – warknął zduszonym głosem, starając się nie krzyknąć. A ja zamarłem, bo Benkej zaczął mówić po kireneńsku: – To koniec! Zgnijemy tutaj, a Snop i N’Dele obaj przepadną! Kireneni idący z Lemieszem zostaną wybici! Pramatka zwycięży i pożre nasz kraj! Koniec! Nie ma żadnej nadziei! Skoro Władca Tygrysiego Tronu, Płomienisty Sztandar, Pan Świata
i Pierwszy Jeździec, nie umie wywieść w pole kilkorga kosmatych dzikusów! Koniec z klanem Żurawia, skoro Jego kaitohimon jest słaby! Myślałem, że wywalczymy sobie prawo do życia! Że idę u boku Nosiciela Losu i będę mogł umrzeć, walcząc za wolnych ludzi! A jeśli przeżyję, będę mógł dołączyć do klanu Żurawia gdzieś w nowymKirenenie, w kraju wolnych ludzi! Ale nic z tego. Pokonała nas tłusta maciora z batem! Po co komu armie! Cesarza może złamać garstka brudasów z drewnianej budy gdzieś w górach! Wystarczy kilka razów pletnią i cesarz zmienia się w niewolnika.
Zamilkł na chwilę, a ja czułem się tak, jakbym się budził.
– Jesteś synem najlepszego władcy, jakiego nosiła ta ziemia, Filarze. Wyznaczył cię na następcę. Nauczono cię, jak rządzić. Nauczono cię walczyć. Nauczono cię tysięcy rzeczy, o których ja nie mam nawet pojęcia. Nie wierzę, że nie umiesz znaleźć sposobu na poradzenie sobie z jedną tłustą zdzirą i jej bandą dzikusów. Ich jest tylko dwudziestu trzech! Po prostu nie wierzę! Powiedz mi, po co umarł Hacel, syn Bednarza? Za co zginął Brus, syn Piołunnika? A na koniec powiedz mi, tohimonie, jaki los czeka Wodę, córkę Tkaczki? Być tohimonem, pierwszym wśród równych, może zostać tylko ktoś, kto różni się od pozostałych! Kto zawsze będzie władcą i dowódcą, gdziekolwiek się znajdzie. Nawet spętany i pokonany zawsze będzie tym, który robi to, co do niego należy, i który nigdy nie opuszcza rąk. Dlatego idziemy właśnie za kimś takim! My, wolni Kireneni. Wybieramy tohimona jako pierwszego z nas. Tego, który wie. Tego, który prowadzi. Wtedy, kiedy własny rozum każdego z nas z osobna nie wystarczy.
Podniosłem pięść do czoła i otuliłem ją drugą dłonią.
– Kodai massa, askaro – powiedziałem, czując, że łzy toczą mi się po twarzy. – Wybacz mi słabość. To się juz nie powtórzy. Teraz musisz znów być cierpliwy, ale tym razem już będę szukał sposobu. Wkrótce powiem ci, co zrobimy, i przysięgam, że wyrwiemy się stąd. Ale znajdę lepszy i pewniejszy sposób niż ucieczka na ślepo, podniósł głowę.
– Lepszy sposób niż ucieczka?
– Zagram z nimi w tarbiss. I ogram ich. Oni są jak niedźwiedzie albo skalne wilki. Wielcy, silni i groźni. A ja będę jak wąż, Benkeju. Jak skorpenica. Na kogo postawisz? Śpiącego niedźwiedzia czy przyczajonego węża?
Z pozoru nic się potem nie zmieniło. Pracowaliśmy, drzewa stały nagie i czarne, jak martwe. Ptaki gdzieś znikły. W ich miejsce pojawiły się inne. Padał deszcz, zmieniając ziemię w błoto, które czasem twardniało z zimna jak kamień. Deszcz zmieniał się w tańczące w powietrzu zimne kłębki i piórka, które osiadały na ziemi. Ale nie patrzyłem już na to oczami niewolnika. Patrzyłem jak strateg. Jak szpieg. Jak skrytobójca. Każda rzecz mogła mieć znaczenie. Otworzyłem uszy i oczy. Słuchałem plotek, dowiadywałem się. Znów zacząłem uczyć się języka. Czekałem. Zwinięty w kłębek wśród suchych liści. Niewidoczny. Niepozorny. Jadowity. Byłem wężem.
Słuchałem ich mowy i zapamiętywałem słowa. Stopniowo zaczynałem też rozumieć, co mówią, nawet gdy rozmawiali między sobą. Udawałem jednak, że rozumiem niewiele, i reagowałem tylko wtedy, gdy mówiono do mnie głośno i wyraźnie, używając prostych słów.
Przyglądałem się Ludziom Niedźwiedziom i szukałem słabych punktów. Starałem się dociec, kto jest od kogo ważniejszy, kto kogo nienawidzi i kto się kogo boi.
Równocześnie byłem potulnym, zastraszonym niewolnikiem. Posłusznym i niesprawiającym kłopotu.Czekałem zwinięty w kłębek.
Dni zrobiły się jeszcze krótsze, jesienne plony zwieziono z pól i coraz częściej pracowaliśmy w obejściu albo wręcz pod dachem. Zazwyczaj rąbaliśmy drewno na opał, które potem podpalano ułożone w wielkie stosy i zasypane ziemią, tak by tylko się tliło, zmieniając w węgiel. Kopaliśmy i zwoziliśmy pociętą na kostki dziwną czarną ziemię, która także mogła służyć na opał. Garbowaliśmy skóry. Naprawialiśmy narzędzia.