Выбрать главу

Śnieg padał i topniał, a czasem leżał przez kilka dni. Słyszałem o śniegu, ucząc się o dalekich krajach, ale nie umiałem go sobie przedtem wyobrazić, bo widziałem coś takiego tylko w dzieciństwie, kiedy przyjeżdżaliśmy do górskiego pałacu. Dlatego kiedy pierwszy raz zobaczyłem sypiące się z nieba białe płatki, byłem zdumiony. Sądziłem, że to sypią się kwiaty.

Domownicy często wyruszali na polowania i przywozili do dworu tusze ogromnych jeleni porośniętych rudawym futrem albo inne większe i mniejsze zwierzęta. Wozili je na dziwnych wozach, zamiast kół miały długie drewniane podpory, na których łatwo ślizgały się po śniegu i lodzie. Nazywali je saskja.

Oprawialiśmy zdobycz, wędziliśmy albo mieszaliśmy mięso z solą i innymi przyprawami, a potem dusiliśmy je w kotłach, wkładaliśmy do glinianych dzbanów i zalewaliśmy gorącym tłuszczem. Mieli tam wiele sposobów na to, by przechować mięso i warzywa przez długie miesiące, i bardzo się tym interesowałem, bo wydawało mi się to korzystną wiedzą dla kogoś, kto zamierza przemierzać góry. Jednak wiedzieliśmy, że nastąpi to nie wcześniej, niż kiedy stopnieją śniegi i zrobi się cieplej.

Wcześnie zapadał zmrok i dzięki temu pozwalano nam dłużej spać, czasem też mogliśmy siedzieć w naszej chacie przy ogniu i grzać zupę z resztek w kociołku, pogryzając skradzione kawałki chleba.

Przez naszą dolinę zaczęli też ciągnąć podróżnicy. W tamtym kraju ludzie niechętnie siedzą w miejscu – wyruszają na zamorskie wyprawy albo przemierzają kraj jako wędrowni handlarze. Wielu po powrocie z morza ma jeszcze długą drogę do domu przez lasy i góry. Często też starają się rozmnożyć bogactwa, które przywieźli z naszego wybrzeża i innych krajów, i parają się handlem. Kupcy jednak nie byli zapraszani do gródka Smildrun, ale i nie prosili o gościnę. Rozkładali się obozem nad potokiem, otaczając ognisko ciężkimi wozami i zbrojnymi. Jest w tym kraju tak, że jedyną władzę stanowi zwoływany kilka razy do roku wiec – wtedy stosuje się prawo, załatwia spory i radzi. Na co dzień jednak zamiast prawa wystarczy im trzymana w ręku broń. Ludzie ci handlują i kupują wtedy, gdy wiedzą, że nie opłaci im się bić ani próbować odbierać towaru siłą. Dlatego wozy kupców stawały w oddali od grodu na znak, że nie będą go napadać, lecz nie odkładali broni, pokazując, że również nie opłaci się ich zaczepiać.

Do obozu kupców poszedłem, by zanieść skórki, które Smildrun zamierzała sprzedać lub wymienić. Sprzedający mieli na wozach gwoździe, głowice toporów, noże i groty strzał, ale także wiele innego dobra. Szybko stało się tak, że w Smoczycy obudziła się kobieta i całkowicie pochłonęło ją oglądanie kolorowych nici i wstążek, chustek i biżuterii, i przestała się mną interesować. Mężczyźni którzy przyszli razem z nią, z kolei zajęci byli dobijaniem targu z futerkami i przepijaniem do kupców rogami październikowego piwa.

Podszedłem do rosłego męża, jednego z tych, którzy strzegli wozów, a który miał na podłużnej tarczy wymalowany znak, jaki widziałem już wcześniej na podartym kaftanie Snakaldiego zwanego Serdeczną Dłonią. Dwa końskie łby skrzyżowane szyjami, jakby tuliły się do siebie. Znak Ludzi Koni. Podałem mu kubek piwa, który nalałem przedtem jakby nigdy nic i nikt nie zwrócił na to uwagi.

Wskazałem znak na jego tarczy i powiedziałem tylko:

– Snakaldi Serdeczna Dłoń. Znam Snakaldi. Snakaldi dobry człowiek.

Przyjął kubek i podziękował, ale imię, które powiedziałem, nie zrobiło na nim większego wrażenia.

– Snakaldi? Nie znałem. Pewnie ktoś z Dębowej Przystani. To był nasz?

Znowu wskazałem znak na tarczy.

– On Ludzie Konie. On tu umrzeć. Może ty powiedzieć rodzina? Nie trzeba dobry człowiek leży jak pies.

Mężczyzna spojrzał na mnie uważnie, a potem odstawił kubek na burtę wozu i ściszył głos.

– Chcesz mi coś opowiedzieć, chłopcze? Zginął tu jeden z Ludzi Koni? Opowieść? – to ostatnie słowo wygłosił bardzo wyraźnie.

– Nie umie opowieść – odparłem. – Za mało słowa. Powie jak umie. Snakaldi wracać dom. Ukraść koń zacna Smildrun. Ona złapać Snakaldi do niewolnik. U Smildrun Lśniąca Rosą dużo bicia, dużo pracy, mało strawa. Snakaldi mieć mieszkać dziesięć roki. Trzy lata pracować, często bity. On powiedzieć dosyć, hajsfynga. Wracać dom. Smildrun złapać. Bić pletnia. Wcierać sól w ranyprzypalać żelazo i ogień. Nadziać na rohatyny do niedźwiedź i powiesić częstokół. Długo i okropnie umierać Snakaldi Serdeczna Dłoń. Mnóstwo męczarnie. Jego ciało porąbać i rzucić psy. Smildrun zła kobieta. Tak nie wolno. Ty powiedzieć w twoje plemię. Może on mieć rodzina, może ktoś go szukać, a on teraz nie żyć i jego duch smutny, daleko od dom. Snakaldi dobry człowiek.

Tamten człowiek wysłuchał tego wszystkiego, ale nie udało mi się wyczytać z jego twarzy, co sobie myśli. Jednak tamtego dnia zasiałem po prostu pierwsze ziarno. I nie miałem pojęcia, czy coś z niego wyrośnie.

Im ciemniejsze, zimniejsze i krótsze robiły się dni, tym rzadziej zapuszczano się za palisadę dworu. Wydawało się, że Ludzie Niedźwiedzie boją się mroku. Czasem pojawiała się dziwna gęsta mgła snująca się pasmami w dolinie i wtedy pospiesznie powracano za wały, porzucając wszelkie zajęcia, i dęto w trąby. Potem zaś zapalano wszystkie lampy i ryglowano drzwi. Coś nadchodziło wraz z zimową ciemnością, coś, czego nie chcieli nawet oglądać, i nie wiedziałem, co to było. Czasami nocami dochodziły spoza grodu dziwne odgłosy, od których ciarki chodziły po plecach. Ci niewolnicy, którzy siedzieli tu dłużej, mówili, że niedawno, może rok albo dwa temu, obudziło się pradawne zło mieszkające na uroczyskach i zaczynają stamtąd wychodzić potwory. Inni wyśmiewali opowiadających, aleja przypomniałem sobie upiora roiho, który prześladował mnie do niedawna, i przeszył mnie dreszcz.

To wtedy zginął jeden z braci Smildrun.

Mgła nadeszła w środku ciemnego, pochmurnego dnia i Smildrulf – tak się nazywał, nie zdążył wrócić z polowania. W nocy dobijał się do bramy, słychać był0 jego krzyk, lecz nikt nie dotknął zawory, ani nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Kiedy rano otwarto wrota, znaleziono go martwego. Nie miał żadnych ran na ciele, ani jedna kość nie została złamana, a jednak był martwy. Głowę miał odwróconą zupełnie do tyłu, zamiast rąk z barku wyrastały mu nogi, a z bioder ręce. Nikt ich nie odrąbał ani nie przyszył w inne miejsca, nie skręcono mu też karku. Wyglądał, jakby taki się urodził. Oczy miał otwarte i zupełnie białe. Ludzie Niedźwiedzie nie usypali Smildrulfowi stosu z drewna, jak mają we zwyczaju, nie odesłali go do swojego boga, ale zamiast tego przebili trzema oszczepami i zanieśli na bagno w odległej części doliny, gdzie kazano nam wyrąbać lód oskardami, aż do czarnego, tłustego błota i wody, która nie zdążyła zamarznąć. Tam odrąbano mu głowę i wszystkie kończyny, ułożono je w normalnym porządku i przybito oszczepami, wpychając członki głęboko w muł. Potem wróciliśmy w wielkim pośpiechu za częstokół, trzy razy przemierzając zamarznięty po brzegach potok. Ludzie Niedźwiedzie pili później kilka dni, ale nie na cześć zmarłego, lecz ze strachu. Nigdy potem też nie wypowiadano jego imienia.

Nie widziałem wtedy żadnego roiho, choć czasem dostrzegałem jakiś ruch kątem oka, znajdowałem dziwaczne ślady na śniegu. Na własne oczy widziałem też, co stało się ze Smildrulfem, i nie umiem tego wyjaśnić inaczej, niż tylko tym, że spowodowało to jedno z imion bogów.

Wciąż jednak nie udało mi się ruszyć z miejsca. Byliśmy niewolnikami bez żadnego znaczenia. Kiedy nie sprawialiśmy kłopotu, po prostu nas nie widziano. Kiedy coś się nie spodobało – karano. Musiałem to zmienić.

Pojawiająca się „zimna mgła”, jak to nazywali, miała jedną dobrą cechę – wypłaszała zwierzęta z leśnych i górskich mateczników, tak jak to dzieje się w czasie pożaru. Czasem udawało się wówczas na nie zapolować i wkrótce spiżarnie we dworze pękały w szwach.