Выбрать главу

W taki właśnie sposób do naszej doliny przybyło stado dzikich koni.

O świcie wypatrzył je wartownik z wieży nad bramą. Natychmiast zaczęto dąć w rogi i zwoływać się, a mnie zamarło serce, bo byłem pewien, że znowu uciekł człowiek, mimo iż leży śnieg, i znów będę musiał patrzeć na kaźń. Przez jeden okropny moment sądziłem, że to Benkej, aż wynurzył się z wychodka, by zapytać, co się dzieje.

Stado dostało się w dolinę wysoką przełęczą, tą samą, którą myśmy do niej trafili, i praktycznie zostało w niej uwięzione. Dolina wyglądała jak wielkie koryto, wzdłuż ograniczona pasmami górskimi. Na zboczach ciągnął się las, górskie łąki i pola. Można było z niej wyjść też drugą przełęczą, zwaną „dolną”, z progami, po których spadał strumień, ale droga, choć łagodniejsza niż przez „górną”, jednak była wąska, skalista i nieodpowiednia dla spanikowanego stada dzikich koni.

Kiedy stado wypatrzono, pasło się na łące daleko po drugiej stronie strumienia, ledwo je było widać u podnóża gór, jednak wartownik miał bystre oczy. Natychmiast rozesłano jeźdźców w przeciwne strony doliny i w krótkim czasie na obu przełęczach stanęli kmiecie z linami, a także z trąbami i bębnami, a nawet dzierżąc w rękach kotły i warząchwie, by odpędzać stado, gdyby chciało przebiec przez przełęcz. Nam także kazano wyjść z grodu, wszyscy biegali w kółko, siodłając konie, trocząc długie arkany, a ciskająca się wokół Smildrun rozdająca domownikom kopniaki i kuksańce jeszcze potęgowała bałagan. Patrzyłem na zamieszanie wokół i uznałem, że są to ludzie pyszni, zbyt zadufani we własną siłę i łatwo mogą zostać zaskoczeni. Taka rzecz mogła mi się kiedyś do czegoś przydać.

Tego dnia uznano, że obejdziemy się bez posiłku, i wkrótce brnęliśmy w śniegu wraz z jeźdźcami, usiłując zapędzić stado gdzieś, gdzie zdołamy je połapać na arkany. Dolina była jednak duża i poza gonitwami do upadłego niewiele z tego wszystkiego wynikało.

Stado liczyło dwadzieścia trzy wierzchowce. Były to bardzo piękne zwierzęta, dużo większe niż nasze, wszystkie o pręgowanej brunatnopłowej maści, jednak ogier, który je prowadził, był zupełnie złoty. Wyglądał jak stwór z baśni, o skierowanych do tyłu kręconych rogach, z sierpowatymi odrostami, szerokiej piersi, garbonosym łbie i wygiętej szyi niczym orzeł. Kiedy rozpędzał się, prowadząc za sobą stado, czułem, jak drży ziemia. My wszyscy, którzy goniliśmy konie na piechotę, właściwie tylko bezradnie biegaliśmy z miejsca na miejsce. Bracia i kuzyni Smildrun, a także ona sama bezskutecznie usiłowali osaczyć stado, które pędziło, utrzymując przez cały czas ten sam wydłużony szyk, i zmieniało kierunek lepiej niż wyszkolone konie ciężkiej jazdy.

Benkej przez cały czas chichotał, obserwując wysiłki ludzi, i całe szczęście, że nikt nie zwracał na nas uwagi-

– Tylko spójrz na nich! – zarechotał. – Cały czas je straszą! Patrz… Patrz na tego durnego kozła Smilurfa!

Ściga ogiera! Nie wierzę… Zaraz zajedzie mu drogę i będzie próbował złapać go na arkan!

Ogromny przewodnik stada uchylił się przed arkanem, który śmignął mu nad głową i zaczepił się tylko o jeden róg. Ogier targnął łbem i Smilurf poleciał przez głowę swojego wierzchowca, wrzeszcząc przeraźliwie. Dziki koń odwrócił się w pędzie i wierzgnął tylnymi nogami, zwalając wierzchowca Smilurfa na bok, a jego samego trafiając w powietrzu. Ogromny, brodaty kuzyn Smildrun potoczył się po ziemi zupełnie bezwładnie i wydało mi się, że już nie wstanie.

Kolejny jeździec, długowłosy młodzian imieniem Smille, galopował równolegle do stada, wydając dzikie, bojowe wrzaski i kręcąc nad głową arkanem. Pędzili wzdłuż strumienia, w miejscu, gdzie brzeg był naprawdę wysoki, przynajmniej na chłopa, ale Smille nie odrywał oczu od ogiera, szykując się do rzutu, i nie patrzył, gdzie jedzie. Tabun tymczasem spychał go krok za krokiem bliżej skalistego brzegu potoku, cwałując coraz szybciej. Kiedy wrzasnął i cisnął arkanem, konie skręciły, a on runął prosto w skały i łachy lodu.

Benkej śmiał się tak, że aż musiał położyć się na ziemi.

– Och, dajcie mi piwa i bakhunu – wyrzęził. – Niech usiądę i popatrzę na to wszystko! Nie ubawiłem się tak, odkąd mojej ciotce w kiecce zalęgły się mrównice!

– Coś robią źle? – zapytałem, choć że nie idzie im najlepiej, było widoczne aż nadto wyraźnie. – Zrobiłbyś to inaczej?

– Och, jaka szkoda, że leży śnieg… – rechotał. – Bo Mogliby podpalić jeszcze trawę…! Nie mogę…! A teraz… – Pokazał palcem. – Patrz… Szczują je psami… Nie mogę… Bogowie…

Istotnie. Ludzie Niedźwiedzie ponownie spróbowali zagonić konie w miejsce, gdzie z jednej strony zamykałyby je skały, a z drugiej ściana gęstego lasu i zbocze. Krąg pieszych niewolników wrzeszczących i walących drągami w żelazne kotły, jeźdźców i ludzi trzymających na łańcuchach szarpiące się ogary, podobne do kosmatych skalnych wilków, odcinał im drogę. Szliśmy razem z tym tłumem, wrzeszcząc, bębniąc i gwiżdżąc. Najbardziej zaś hałasował Benkej.

– Tak! Wścieknijcie się, bracia! – wrzeszczał po amitrajsku, w swoim stepowym narzeczu z okolic Sauragaru. – Idą wilki! Trzeba bronić źrebiąt! Stratujcie ich wszystkich! Rozszarpcie kłami! Nachłepczcie się krwi!

Stado próbowało wyrwać się z matni, cwałując wzdłuż lasu, a wtedy Ludzie Niedźwiedzie spuścili ogary, żeby odcięły im drogę. A kiedy wierzchowce zaczęły nagle biegać w kółko, rozległy się wiwaty. Zdziwiło mnie tylko, że Benkej wiwatował razem z nimi.

A potem zrozumiałem. Konie nie biegły w kółko dlatego, że wpadły w panikę i nie wiedziały, gdzie teraz zmierzać. Tabun zobaczył cwałujące na nie ryczące i wyjące psy.

I zmienił się w twierdzę.

Wewnątrz stał zbity pierścień źrebiąt i starszych klaczy, zwróconych łbami do środka, dookoła nich biegły młode i silne klacze, a potem, najbardziej na zewnątrz, ogiery. Cały czas otaczały zgromadzone wewnątrz młode obracającym się pierścieniem i wcale nie cwałowały wystraszone. Biegły krótkim, niespiesznym galopem, takim, jakim dowódca objeżdża czoło swoich oddziałów przed bitwą. Zrozumiałem wtedy, z czego Benkej się cieszy, i przestałem biec.

Pierwszy ogar skoczył na biegnącego rumaka morderczym, wysokim susem, jednak tamten stanął dęba i od niechcenia strzepnął kopytami. Rozległ się przeraźliwy skowyt, na kamienie bryznęła krew. Następny koń wyciągnął tylko szyję i kłapnął potężnymi szczękami, a potem cisnął skowyczącym psem w powietrze. Kolejny ogar próbował zaatakować nogi i nadział się na potężne wierzgnięcie tylnych kopyt.

– Hajaa! – wrzasnął Benkej. – Dwa zawszone brodate wieprze i trzy psy! Jednego dnia! Dalej! Dalej łapmy konie! Wkrótce będzie po wszystkim. Wrócimy tylko do grodu po swoje rzeczy, podpalimy go i możemy iść na północ!

Jednak zaczął zapadać zmierzch i Ludzie Niedźwiedzie stracili ducha. Słyszałem, jak Smildrun wrzeszczy, że na obu przełęczach mają płonąć ogniska i że ludzie mają tam czuwać do rana. Nikomu się to nie podobało, bowiem bali się zimnej mgły wychodzącej z uroczysk, więc przez chwilę miałem nadzieję, że pośle tam nas, a to byłaby już dobra szansa ucieczki. Tak się jednak nie stało i na przełęcze poszli klnący wieśniacy, którym obiecała za to po marce srebrem.

– Potrafiłbyś złapać te konie? – zapytałem Benkeja, który pomarkotniał, widząc, że Smille i Smilurf żyją i są wiezieni na saniach, choć jeden z nich leżał bezwładnie z białą jak śnieg twarzą, a drugi charczał i kaszlał różową pianą.