Выбрать главу

– Nie dziś, bo są zbyt rozgniewane – odparł. – Ani nie jutro. I w zupełnie inny sposób.

– Powiedz mi, jak – rzekłem na to. – A ja powiem ci, co zrobimy.

A gdy weszliśmy do grodu, poszedłem prosto do Smildrun.

– Ja i mój brat Benkej złapać konie dla zacna Smildrun – powiedziałem, stojąc z pochyloną kornie głową. – My umieć. My Amitraje. Umieć koń.

– Zamilcz, księżycowy psie! – wrzasnął Udułaj i smagnął mnie swoim prętem pod kolana. – Jak śmiesz odzywać się do Córki Ziemi! Do szlachetnej Smildrun! Cokolwiek chcesz wyszczekać, masz najpierw powiedzieć mnie i dopiero ja…

Urwał, bo Smildrun wydała z siebie jakiś wściekły bulgot i zdzieliła go na odlew pięścią w twarz. Udułaj zakwiczał przeraźliwie, przewracając koryto, i uderzył plecami we wrota od chlewika. Nadal stałem z pochyloną kornie głową, ale zerkałem pod ramieniem, jak wije się w błocie i rozmazuje krew po twarzy. Widok ten wydał mi się bardzo piękny.

– Ja i mój brat Benkej umieć konie – powtórzyłem. – Złapać dla piękna Smildrun.

Wyciągnęła przed siebie wielką, czerwoną od mrozu stopę i oparła o mój podbródek, unosząc mi twarz do góry.

– Gadaj, mały – oznajmiła. Gadałem więc.

Nazajutrz poszliśmy wszyscy z saniami do młodego lasu ciąć żerdzie, a potem wznosić zagrodę. I było inaczej niż zwykle, bo Benkej mówił mi, jak budować, ja tłumaczyłem to na swoją niby chropawą mowę Ludzi Niedźwiedzi. Nie musieliśmy zbyt ciężko pracować, kierowaliśmy pracami, pokazywaliśmy, a czasem tylko braliśmy się do siekier i ośników. Dostaliśmy też kaszy z kawałkami wędzonki i po kubku kwaśnego mleka, a potem i piwa, a Udułaj trzymał się od nas z daleka, mrucząc pod nosem i przykładając garściami śnieg do swojej fioletowej opuchlizny.

Kolejnego ranka, kiedy wszystko było już gotowe, wychodziliśmy przed bramę grodu obaj, a za nami reszta z arkanami i łukami w rękach, na wypadek gdyby przyszło nam do głowy uciekać.

– Wszystko na razie zrobię sam – oznajmił Benkej, zdejmując starą kurtę po jakimś dzieciaku i poplamioną koszulę. Został tylko w podartych futrzanych spodniach i butach. Patrzyłem, jak idzie po śniegu półnagi, chudy i żylasty. Znalazł świeże ślady końskiego nawozu i wysmarował nim pierś i kark. Ruszyliśmy dalej po kamieniach przez strumień, a potem długo po zasypanych śniegiem łąkach. Ludzie Niedźwiedzie podążali za nami kręgiem, ale nie hałasowali i trzymali się z daleka, tak jak nakazaliśmy.

Stado grzebało w śniegu o strzał z łuku od nas. Benkej uniósł rękę i idący za nami stanęli. Oddał mi swoją kurtę, czapkę i koszulę, a potem kazał czekać i ruszył wprost na wierzchowce.

Ogier przodownik zastrzygł uszami na jego widok, wydał z siebie ostrzegawcze rżenie i tupnął, skłaniając łeb. Benkej jednak szedł dalej, tylko bardzo powoli. Słyszałem, jak nuci cicho jakąś monotonną piosenkę bez słów.Kiedy zbliżał się już do stada, rozłożył ręce i wciąż szedł Wolnym, spokojnym krokiem.

A potem wszedł pomiędzy konie, w sam środek tabunu, i usiadł na skale.

I tyle. Zwierzęta rozpierzchły się nieco na jego widok, ale po jakimś czasie wróciły do grzebania w śniegu w poszukiwaniu czegokolwiek nadającego się do jedzenia.

A Benkej siedział.

Po jakimś czasie, który wydał mi się całą epoką, kiedy stopy zmarzły mi w filcowych butach, powoli wyjął zza paska kilka długich kawałków suszonego mięsa, połamał i rozrzucił wokół siebie. Wierzchowce szybko znalazły je i pożarły, a po kolejnym strasznie długim czasie, kiedy zacząłem się już starzeć, obwąchiwały go ostrożnie.

Długo tkwił tam na skale, otoczony morzem grzbietów, łbów i strzygących ciekawie uszu, i nie poruszał się. Aż w końcu wzbudził zainteresowanie złotego ogiera. Wierzchowiec rozepchnął klacze, lekko ukąsił któregoś konia w kark, a wreszcie dopchał się do skały, na której tkwił Benkej. Wtedy zwiadowca wstał, odwrócił się do niego plecami i odszedł, po czym znalazł sobie inną skałę. Słyszałem z oddalenia, że wciąż nuci.

Powtarzało się to kilka razy – stado zaczynało się gromadzić wokół, gdy Benkej rozrzucał w śniegu wędzonkę, a kiedy pojawiał się przewodnik stada, tropiciel odwracał się plecami i odchodził. Widać było, że ogier jest coraz bardziej zaintrygowany i zdziwiony, ale nie boi się ani nie zaczyna złościć.

W końcu chodził za Benkejem krok w krok, wyci?” gając w jego stronę łeb i usiłując go powąchać. Około p0’ łudnia tropiciel odwrócił się nagle i pozwolił do siebie podejść, a potem wyjął zza paska ostatni kawałek mięsa i podał na dłoni ogierowi. A później rozłożył ręce i znów zaczął nucić, kołysząc się na boki.

Nie wiem, czy coś było w pieśni, którą nucił, czy w zachowaniu Benkeja, ale rumak, który początkowo przypatrywał mu się nieufnie z odległości kilku kroków, też zaczął kiwać łbem, podążając za tym kołysaniem. Po chwili wyglądało tak, jakby tańczyli.

Trwało to wszystko długo i ludzie Smildrun siedzieli już na pniach i skałach otuleni futrami, popijając piwo z korzeniami oraz miodem, które grzali sobie w kociołku. Ja przemarzłem na kość i nie rozumiałem, jak Benkej to wytrzymuje, skoro sam był do pasa nagi.

Jednak stał tam i tańczył z ogierem, po jakimś czasie trzymając głowę tuż przy jego łbie, w zasięgu potężnych szczęk. Patrzyli sobie w oczy, Benkej nucił i trzymał dłonie po obu stronach wielkiego łba, ale nie dotykał go, choć koń ruszał głową tak, jakby Benkej popychał go dłońmi.

Potem Hebzagał postąpił krok do tyłu i płynnie powiódł dłońmi, a ogier przewrócił się na bok, mimo że tropiciel nawet go nie dotknął. Ludzie Niedźwiedzie porwali się na nogi, lecz wiwaty natychmiast ucichły, gdy przypomnieli sobie, że nic się nie uda, jeśli nie będą cicho. Spojrzałem na nich i zobaczyłem, że nieznośny gruby Smigrald stojący obok matki ma otwarte ze zdumienia usta i okrągłe oczy, a o to mi właśnie chodziło.

Tymczasem Amitraj podszedł do ogiera i stanął na nim jak na kamieniu. Zrobił kilka kroków na wielkim, Wypukłym tułowiu, ostrożnie usiadł na nim okrakiem, a potem położył się, opierając tułów na końskiej szyi, i znieruchomiał.

Po jakimś czasie ogier potrząsnął łbem, jakby się budził, i wstał. Benkej objął ramionami jego szyję i pozwolił się unieść, a potem przełożył nogę przez grzbiet i wyprostował się. Ogier wzdrygnął się i podskoczył kilka razy, pobiegł przed siebie, jednak nie wyglądało na to, że chce zrzucić tropiciela. Po prostu jechali razem.

Trwało to długą chwilę, po czym Benkej zsiadł z konia i odszedł jakby nigdy nic. Ogier patrzył za nim, strzygąc uszami, i zarżał, jakby zadawał jakieś pytanie, ale tropiciel szedł powoli, nie oglądając się za siebie. Koń wyciągnął łeb do przodu, wyszczerzył zęby i ruszył za nim. A Benkej szedł. Przemierzył łąkę, brnąc w śniegu, a ja zostałem i patrzyłem, jak stado najpierw spogląda w ślad za kroczącym za Hebzagałem ogierem, a potem stopniowo rusza za nim długim, wyciągniętym szykiem.

Benkej przekroczył strumień, przeskakując pomiędzy kamieniami, a potem odszedł jeszcze kawałek i zatrzymał się, czekając, aż konie za nim podążą, jednak nie odwracał się.

Kiedy stado przechodziło rzekę za przewodnikiem, podniosłem się, zabrałem rzeczy tropiciela i ruszyłem na końcu. Benkej znowu zaczął iść, prosto w stronę dużej zagrody z żerdzi, którą wznieśliśmy poprzedniego dnia, i wprowadził konie pomiędzy ogrodzenia, gdzie stały koryta łamanego zboża zmieszanego z kośćmi i kawałkami mięsa.

Poszedł aż na przeciwległy koniec ogrodzonego pastwiska, a kiedy ostatni koń minął wejście, mnie pozostało przesunąć belki i uwiązać je na miejscu.

Benkej wspiął się na ogrodzenie, usiadł na żerdzi tuż przy paśnikach i poczekał, aż ogier podejdzie i wyciągnie pysk w stronę jego twarzy. Wtedy pogładził konia po łbie i szyi i zszedł na drugą stronę ogrodzenia, i ruszył do mnie, by wziąć koszulę i futro.