Выбрать главу

Był aż niebieski z zimna i szczękał zębami tak, że nie mógł wykrztusić ani słowa.

Dopiero wtedy Ludzie Niedźwiedzie zaczęli wrzeszczeć.

Klepano nas po plecach i dano po rogu grzanego piwa. Benkej trząsł się tak, że trudno mu było utrzymać kubek przy ustach. Pozwolono nam obu iść do łaźni, co zdarzało się bardzo rzadko. Wtedy jednak Smildrun wyliczyła sobie, ile dostanie ze sprzedaży stada, i dało jej to wiele uciechy, a tubalny śmiech wznosił się nad gródkiem jak odgłos trąby.

Łaźnia była przytulnym pomieszczeniem wyłożonym jasnym, heblowanym drewnem, z ogromnym kamiennym paleniskiem, gdzie można było siedzieć na belkach wśród gorącej pary albo kąpać się w nagrzanej wodzie w wielkich cebrach. Pozwolono nam siedzieć tak długo, aż mróz wyparował z kości, i tego dnia nie musieliśmy już iść do pracy.

Nazajutrz kazano nam wysprzątać zagraconą szopę przy stajni, a potem przenieść tam swoje rzeczy, dostaliśmy nawet żelazny płaski garnek na nóżkach, w którym mogliśmy rozpalać ogień, wycięliśmy więc przy dachu dymnik, żeby nie zaczadzieć. A później posłano nas do koni i odtąd mieliśmy się nimi zajmować, karmić je, ułożyć i ujeździć, tak by nadawały się do sprzedaży na wiosnę.We dwóch mieliśmy z tym dużo pracy, ale lżejszej niż to, co kazano nam robić zwykle, i mogliśmy spędzać cały dzień poza gródkiem, obserwowani tylko przez strażnika na częstokole, który miał pod ręką łuk i trombitę, więc byli spokojni, że nie uciekniemy. Zresztą zrobiło się tak zimno, że nie przetrwalibyśmy w górach, nawet gdyby udało nam się uniknąć pościgu.

W tym czasie Benkej nauczył mnie obłaskawiać konie tak, jak robią to stepowi koczownicy, a także jak o nie dbać, w jaki sposób rozpoznawać, czy będą dobrymi wierzchowcami, jak leczyć, jak przycinać poroże, pielęgnować kopyta i wiele innych rzeczy.

– Podobno mieszkałeś w Sauragarze – powiedziałem. – Skąd więc wiesz tyle o koniach?

– Miałem krewnych wśród koczowników – odparł. – I spędziłem z nimi dużo czasu. Potem jednak poszedłem szukać szczęścia w mieście, gdzie życie miało być łatwiejsze, bardziej dostatnie i ciekawsze. Tylko to ostatnie się sprawdziło.

Kiedy znosiliśmy paszę albo usuwaliśmy gnój z zagrody, obserwował nas jedynie strażnik, jednak kiedy ujeżdżaliśmy konie, zawsze gdzieś w pobliżu znajdował się Smigrald, patrząc na nas swoimi wodnistymi oczami. Działo się dokładnie to, co chciałem, by się wydarzyło.

Kiedy syn naszej pani kręcił się w pobliżu albo siedział na ogrodzeniu, Benkej robił to, co mu kazałem.

Jadąc na wielkim ogierze na oklep, stawał na jego grzbiecie, zeskakiwał z jednej strony na drugą albo chował się pod końskim brzuchem. Kiedy zakładał siodło i kantar, pokazywał jeszcze więcej sztuczek, zabierał kij i udawał, że to łuk, pokazując, jak się strzela do tyłu, z końskiego boku albo spod łba.

Smigrald patrzył na to wybałuszonymi oczami przez cały dzień i nigdy nie miał dosyć. W tamtym czasie nawet zapominał lżyć nas, dźgać zaostrzonym kijkiem, kiedy coś robiliśmy, albo rozrzucać kopniakiem rzeczy czy strzelać do nas z kręconej rzemiennej procy. Po prostu patrzył na konie.

Z kolei kiedy pojawiała się Lśniąca Rosą, odgrywaliśmy inne przedstawienie. Ogier wtedy szalał, stawał dęba i wierzgał albo kopał w powietrze, wydając z siebie dzikie ryki. Każdy oglądał to, co chciałem, by widział.

Było jasne, że dzieciak będzie marzył najbardziej w świecie o tym, by dosiąść ogiera, a Smildrun, dla której był oczkiem w głowie, nigdy mu na to nie pozwoli.

Zagroda, w której ujeżdżaliśmy konie, stała obok, wznieśliśmy ją osobno i po kolei sprowadzaliśmy tam zwierzęta, które miały przywykać do kantara, potem do derki i siodła, a wreszcie jeźdźca. Jednak kiedy musieliśmy odejść, na przykład zwieźć paszę albo wywieźć gnój, dbaliśmy zawsze, by na tym wybiegu stał ogier, samotny i osiodłany, i tylko czekający na jeźdźca. Robiliśmy tak jedynie wtedy, kiedy wyraźnie nas odwołano i nikt nie mógłby potem mieć pretensji, że nie było nas w zagrodzie.

Robiłem tak kilkakrotnie, zupełnie jakbym zastawiał więcierz na rzece.

A na dziesiąty dzień mogłem wreszcie, wyszedłszy przez bramę, rzucić na ziemię kosz pełen bulw i uderzyć w wielki lament.

– Okropne! Zacna Smildrun! Okropne – wrzeszczałem. – On tam, na ogierze, sam! Nieujeżdżone! Nie trzeba na ogierze! Biedny Smigrald.

Smildrun wrzasnęła przeraźliwie, a potem puściła się biegiem za bramę, by zobaczyć swojego syna bezradnego i skulonego w siodle na cwałującym jak szalony ogierze. Przemierzyli już strumień i stawali się coraz mniejsi, ginąc w obłokach śniegu. Wierzchowiec rwał przed siebie i wydawało się jasne, że Ludzie Niedźwiedzie nie mają szans dogonić go na swoich ciężkawych koniach.

Mimo to rzucili się do siodłania wierzchowców, jeden przez drugiego.

Smoczyca siedziała już w siodle, kiedy przypadłem do jej strzemienia.

– Zacna Smildrun! – wykrzyknąłem z rozpaczą. – Amitraje uratować mały Smigrald! My umieć dogonić! Błagam, piękna Smildrun. Jeśli ogier wjechać do las, biedny Smigrald spaść na skała! Uderzyć w konar! Błagam! My sami. Dużo ludzie to ogier przestraszyć i biec jeszcze szybciej!

– To na co jeszcze czekasz, szczurku! – wrzasnęła przeraźliwym głosem.

Obaj z Benkejem pomknęliśmy do zagrody i nikt nie zastanawiał się, jak to się dzieje, że mamy osiodłane już konie.

– Grałeś kiedyś w harbagan? – zawołał Benkej, kiedy pędziliśmy bok w bok, chcąc przeciąć drogę ogierowi. Dzieciak na szczęście nie spadał, trzymał się kurczowo siodła i uzdy i darł wniebogłosy.

– Nie! – odkrzyknąłem. – Widziałem tylko, jak koczownicy grali w pałacu.

– Będzie tak samo! Rzucę ci go jak wypchany bukłak. Musisz złapać, bo po nas! Dalej sądzę, że będzie lepiej, jeśli pomkniemy prosto do przełęczy.

– Wiem, co robię – odwrzeszczałem. – Nie przejedziemy drugiej doliny, bo tam są wioski Smildrun, a jeśli nawet przejedziemy, to potem zamarzniemy w śniegach. Jednak spróbujemy, jeśli ten bękart spadnie, zanim go dogonimy!

Ogier zmęczył się już trochę i zaczął zwalniać, myśmy rwali jak wiatr. Lodowate powietrze wdzierało mi się do gardła, zatykało oddech i przez chwilę czułem się wolny. Myśl Benkeja, by po prostu pomknąć przed siebie, wydała mi się bardzo kusząca. Przeszło mi jeszcze przez głowę jak błyskawica, by porwać małego, ale to nie był mądry pomysł. Oszalała ze zgrozy Smildrun nigdy nie przestałaby nas ścigać.

Potem był tylko tętent kopyt na zmrożonej ziemi i szalony cwał. Przeskakiwaliśmy skały, wymijaliśmy drzewa i byliśmy coraz bliżej.

Benkej przyspieszył i zrównał się z ogierem od prawego boku, ja pędziłem obok tropiciela.

– Teraz! – krzyknął i wychylił się w bok, po czym chwycił wrzeszczącego i wierzgającego Smigralda za kołnierz i pas z tyłu, szarpnięciem ściągnął z siodła i przewiesił przez kark własnego wierzchowca. Dzieciak nadal wił się i wierzgał, więc byłem całkiem pewien, że spadnie, jednak Benkej niechcący zawadził go łokciem nad uchem i syn Lśniącej Rosą jakoś tak obwisł.

Rzeczywiście cisnął mi go jak bukłak, ale jechaliśmy tuż obok, więc chwyciłem nieprzytomnego grubego chłopaka bez trudu. Przełożyłem go przez koński grzbiet jak upolowane zwierzę i zacząłem zwalniać stopniowo swojego konia, podczas gdy Benkej przeskoczył na grzbiet ogiera.

Jechałem jako pierwszy, patrząc Smildrun prosto w oczy. Zsunęła się z siodła bezwładnie, niczym ktoś śmiertelnie zmęczony, a potem opadła na kolana. Chwyciła garść śniegu i roztarła po twarzy, widząc, jak nadjeżdżam ze Smigraldem zwisającym z końskiego grzbietu.