Wyglądała strasznie – jak demon. Z twarzą purpurową w jednych miejscach, a białą jak śnieg w innych, jej włosy okalały głowę jak chmura płomieni. Łzy płynęły z oczu Smoczycy strumieniami, kapało jej z nosa i wykrzywionych zgrozą ust. Grudki śniegu topniały na twarzy i ściekały jak ślina.
Zatrzymałem konia, ściągnąłem chłopaka i wziąłem go na ręce.
– Żyje – powiedziałem. – Tylko lekko uderzył. Nie będzie mu nic, piękna Smildrun.
– Co nam to dało? – spytał Benkej, gdy siedzieliśmy w naszej szopie, patrząc w żelazne palenisko, na którym żarzyły się węgle i płonęło leniwie polano. Na zewnątrz wył lodowaty wiatr, zawodząc w dymniku i siekąc śniegiem. Nasze futrzane kurty i czapki schły przewieszone przez kije pod dachem i w szopie, którą uszczelniliśmy gliną i mchem, było dość ciepło.
– Na razie prawie całego pieczonego wyskoczka – zacząłem wyliczać. – Dzban piwa i dwa placki chleba. Kawałek suszonego sera, cebulę i dzbanek zupy. Kosz torfu
i naręcze drew. To na początek. Ale prócz tego dało nam wiele rzeczy niewidzialnych. Dało nam nowe możliwości.
– Ale ani kroku bliżej otwartej przestrzeni – oznajmił, ogryzając dokładnie kość.
– Na otwartej przestrzeni umieralibyśmy teraz z zimna, kuląc się pod skałą lub zwalonym drzewem. Bezbronni i głodni. Nie moglibyśmy palić ognia, tylko słuchalibyśmy zawodzenia zamieci niepewni, czy to nie wycie tropiącej sfory albo głodnych roiho. Zacny N’Dele miał rację. Ucieczka teraz nic by nam nie dała. Uciekniemy, Benkeju. Kiedy wróci słońce, śniegi stopnieją i znowu zazieleni się trawa. I trzeba, byśmy do tego czasu byli syci
i w pełni sił. Byśmy nie musieli obawiać się każdego dnia. Zanim nie złapałeś tabunu, byliśmy zagnani do kąta, bez możliwości ruchu. Teraz z każdym dniem stajemy się coraz ważniejsi dla słodkiej Smildrun.
– Bardzo chciałbym zabić tę kobietę, zanim odejdziemy – wycedził. – Obiecałem to Harulfowi i Snakaldiemu. I chcę też zobaczyć, jak gasną wężowe oczy tego parszywego Amitraja.
– Może tak się stanie – odparłem. – Choć sama ucieczka jest ważniejsza.
– Chętnie wyjąłbym nóż z ukrycia – powiedział, oglądając krótki, gruby kawałek kości, który wyłowił z zupy i wyssał z niego szpik. – Z tej kości łatwo można by zrobić fujarkę. Dla ludzi w takim położeniu jak my, bez wolności, bakhunu, kobiet i odpowiedniej ilości dobrego korzennego piwa, jedyną pociechą może być tęskna muzyka.
– Szybko zaciekawiliby się, jak ją wyrzeźbiłeś – odrzekłem. – Nikt nie uwierzy, że wydłubałeś kawałkiem kamienia.
– Przecież wiem – burknął i wrzucił kość w palenisko, a potem zamarł na chwilę i zmarszczył brwi. – Ktoś tu idzie. Co to za ludzie, że chce im się naprzykrzać innym po nocy w taką pogodę? Nikt im przecież za to nie zapłaci.
Nadstawiłem uszu, ale słyszałem tylko zawodzenie wiatru.
– Idzie, idzie – potwierdził Benkej. – Ma filcowe buty, sapie i jest lekki. A przed chwilą kaszlał i myślę, że to nasz ukochany rodak, syn chorego baktriana i wodnej świni, zacny Udułaj Oby-Go-Pokaziło, pragnie złożyć nam wizytę.
Drzwi szopy skrzypnęły i uchyliły się, wpuszczając lodowaty podmuch wiatru, chmurę śniegu i Udułaja, okutanego od stóp do głów oblepioną śniegiem derką.
– Ty! – warknął z wściekłością, mierząc we mnie swoim kijem. – Księżycowy psie, Terkej, czy jak cię tam zwą. Natychmiast do dworu! Zacna Smildrun cię wzywa. I mam nadzieję, że…
Benkej, nie wstając z derki, na której siedział, zagarnął jedną nogą, jednocześnie chwytając kij. Udułaj przekoziołkował przez własne ramię i gruchnął w glinianą polepę, aż podniósł się pył.
– Wpuszczasz tu zimno – tchnął mu do ucha Benkej, który siedział tuż za jego plecami i zgniatał grdykę trzymanym oburącz kijem. – To rzecz pierwsza. Druga, to że należy stukać do drzwi, zanim gdzieś się wejdzie. Trzecia jest taka, że gospodarzy trzeba pozdrowić, gdy się zachodzi do czyjegoś domu. Powiedzieć: „Dobry wieczór, drodzy ziomkowie”. Tak jak ty postępują tylko dzikusy i zupełna hołota z Kamirsaru. Służyłem kiedyś w tymenie „Słonecznym” i wiem, że Kamirsarczycy to nie ludzie. Lecz z dzisiejszego wieczoru wyniesiesz nie tylko naukę dobrego wychowania, ale i tę, że wiele jest chwil, gdy nikt z tamtych cię nie widzi. A to groźny kraj. Wystarczy moment nieuwagi i łatwo zginąć. Przez ostatni miesiąc jeden z tamtych umarł, a dwóch ledwo dycha, jeden ledwo dziś uszedł z życiem. A urodzili się tutaj, nie w dole kloacznym w Kamirsarze. A ciebie, synu kozła, kto opłacze?
Puścił kij i Udułaj upadł na twarz, charcząc i kaszląc. W tym czasie ja zakładałem niechętnie spodnie i futrzaną kurtę. Staruch uniósł się w końcu, trzymając jedną ręką za gardło i gestykulując żywo chudą pięścią drugiej. Miał zupełnie fioletową twarz i nie mógł mówić.
– Lepiej się zastanów – poradziłem mu. – Nim zaczniesz złorzeczyć i grozić, pomyśl, co się stanie, jeśli rano znajdą jednego głupiego Amitraja w zaspie zupełnie sztywnego. Nie wiesz, to powiem ci: nic się nie stanie. Głupi staruch zmylił drogę w zamieci, poślizgnął się i skręcił kark. Bywa.
Nic więc nie powiedział, wstał, łypiąc ponuro, i na powrót okręcił się swoją opończą. Benkej uprzejmie podał mu laskę, a potem nagłym ruchem zabrał sprzed dłoni. W końcu wyszliśmy jednak, a Udułaj nie chciał iść Przodem, tylko dreptał kilka kroków za mną. Nie przeszkadzało mi to, drogę do dworu Lśniącej Rosą znałem.Kiedy weszliśmy przez rzeźbione odrzwia, cali oblepieni śniegiem, wysmagani wiatrem i ścięci palącym mrozem, wewnątrz oślepiło mnie światło, zadławił zaduch i ogłuszył hałas. W wielkiej halli rozstawiono stoły, na palenisku płonął wielki huczący ogień, a bracia i kuzyni Smildrun siedzieli wokół stołu, wrzeszcząc jeden przez drugiego i pijąc na umór. Młoda kobieta z Kangabadu, szlochając, zbierała na klęczkach skorupy stłuczonego dzbana, nie przejmując się już podartym na piersi i mokrym od wina lnianym giezłem.
Półnagi siostrzeniec Smildrun chwiał się przy stole, z uniesionym rogiem, którym przepijał do siedzącego u szczytu swojego wuja. Smilurf był nagi, cały owiązany na piersi pasami płótna, z jedną ręką zawieszoną na temblaku i ledwo trzymał się na drewnianym krześle z oparciem. Tylko dłoń zaciskająca się na srebrnym pucharze wydawała się żywa.
– I to ci jeszcze powiem, Smilurfie – ryczał tamten z rogiem – że jeśli nie postawi cię na nogi dobra, gorąca suczka z Amitraju, taka jak ta, to nie wiem, czyś tęgi chłop! Wątpia ci może odbiło, ale reszta powinna rosnąć jak trzeba!
Smilurf usiłował się uśmiechnąć albo może coś powiedzieć, jednak zakaszlał tylko i struga krwi popłynęła mu po podbródku, wsiąkając w pozlepianą brodę.
– Chciałem jedynie pomóc wam żyć w bojaźni Pramatki – wyszeptał Udułaj. – Żebyście nie zdziczeli jak oni. Pamiętali, że jeden jest niczym. Że dobro to zawsze wspólnota i przykazania Podziemnej. Widzisz, jak wygląda życie tych, którzy nie znają posłuszeństwa i skromności? Chcesz być jak zwierzę?
– Prowadź, starcze – burknąłem.
Poszliśmy korytarzem wzdłuż rzeźbionych belek, aż znaleźliśmy się przed nabijanymi rzędami ćwieków drzwiami.
– Otwórz je i wejdź – zaskrzypiał Udułaj. – Odbierzesz teraz lekcję pokory.
Pchnąłem więc drzwi, czując, jak wali mi serce.
W komnacie nikogo nie było, stało w niej wielkie łoże z wezgłowiem rzeźbionym w końskie łby, zarzucone futrami, ogromna skóra jakiegoś kosmatego potwora leżąca na drewnianej podłodze i kamienne palenisko, w którym żarzył się torf. Był tam jeszcze stojak, na którym wisiał półpancerz z tłoczonej skóry, o kształtach mogących pomieścić wielkie cielsko Smildrun, nabijany żelaznymi lamelkami i hełm zasłaniający kark oraz górną część twarzy. Na ścianie wisiała tarcza, a na niej miecz i włócznia. Wszystko to było do przewidzenia.