Выбрать главу

Jednak prócz tego na kołkach wisiały łańcuchy z kajdanami, pęki rzemieni i kilka plecionych biczów. Mogłem się tego spodziewać w szopie przy chacie niewolnych albo w zbrojowni, ale w alkierzu? Spojrzałem w drugą stronę i omal nie wrzasnąłem. Wzdrygnąłem się z uczuciem, jakbym połknął własne serce.

Na niewielkim rzeźbionym stoliku stał bowiem czarny posąg, który spojrzał na mnie wyszczerzonymi kłami i wybałuszonymi oczami Azziny, Pani Żniw. Brzemiennej i tańczącej z misą, która czekała na ofiarną krew. Obok leżały nóż z obsydianu i puchar zrobiony z czaszki.

Może była to pamiątka z wyprawy wojennej na nasze ziemie?

Może.Zza drugich drzwi dochodziły mnie dźwięki muzyki, słyszałem chichoty i jazgotliwy, zawodzący śmiech Lśniącej Rosą. Pchnąłem te drzwi.

Łaźnia. Osobista łaźnia Smildrun, wielka, wyłożona polerowanym kamieniem i drewnem. W twarz uderzyła mnie gorąca para i przez chwilę nie widziałem niczego. Smildrun siedziała na drewnianym krześle, naga, czerwona od gorąca i lśniąca od potu, składała się cała z nabrzmiałych fałd, jedna na drugiej, i nie umiałem powiedzieć, które z nich to jej piersi. Wspierała się tłustymi stopami o podest, z rozrzuconymi kolanami i wyglądała jak Pramatka.

Inne kobiety siedziały rzędem na ławach, była tam jej siostra i dwie kuzynki, a nawet dwie niewolnice i jeszcze jakieś szwagierki. W Domu Rosy mieszkało siedem młodych kobiet i wszystkie najwyraźniej właśnie zażywały łaźni, kiedy Smildrun wezwała mnie przed swoje oblicze. Stare kobiety mieszkały w osobnym obejściu i, zdaje się, nie miały wiele do gadania.

Nie widziałem wyraźnie, bo niewolnica chlusnęła czerpakiem wody na rozżarzone kamienie i wszystko spowiła znowu gęsta, gorąca para. Prócz tego w powietrzu unosił się ostry korzenny zapach.

Smildrun spojrzała na mnie ze swojego tronu, ale nie uczyniła żadnego gestu, by osłonić swoją nagość.

– Szczurek! Rozbieraj się, hajsfyngal Gdzie mi do łaźni w futrach!

Rozebrałem się i zostawiłem ubranie przed drzwiami, nie wiedząc, co mógłbym z nim zrobić.

A potem wszedłem w kłęby pary, dźwięki muzyki granej na harfie i chóralne chichoty.

Stałem w dusznym upale, przede mną majaczyły niewyraźne sylwetki, zewsząd pojawiały się dłonie, które szczypały mnie albo szturchały, zanosząc się niepowstrzymanym chichotem. Któraś podstawiła mi nogę, upadłem na ławę, na rzędy śliskich ud i kolan, wzbudzając chóralny pisk i nową kanonadę śmiechu.

Ostry zapach kręcił w nosie, niepokojąco znajomy.

Ujrzałem nagle pociągłą, zalaną potem twarz jednej ze szwagierek Smoczycy, o dzikim wzroku i tak zmniejszonych źrenicach, że zmieniły się w czarne kreski tnące bursztynowe oczy na pół z góry na dół.

Harhasz.

Czarna Żywica Snów.

Nie umiały palić tego w fajce ani w wodnej tycie, więc rzucały grudki żywicy na rozżarzone węgle, a dym mieszał się z parą. Niewiele go było, ale i tak czułem, jak kręci mi się w głowie.

Smildrun kopnęła mnie znienacka w twarz, nie unosząc się przy tym z fotela, i zwaliłem się na mokre deski. Przy podłodze było trochę chłodniej.

– Wstawaj! – krzyknęła.

Wstałem, wyplułem krew i nagle ktoś mnie smagnął z tyłu. Nie pletnią ani rzemieniem, ale rózgą. Giętkim prętem wyciętym z jakiegoś krzaka. A potem jeszcze raz.

I znowu.

– Ale jesteś brudny, szczurku! – Zaniosła się jazgotliwym śmiechem. – Trzeba zetrzeć z ciebie ten brud.

Pomyślałem, że los niewolnika jest ciężki.

Wszystkie miały rózgi, niektóre dzierżyły po kilka naraz i miałem wrażenie, jakbym dostał się pod kosy rydwanu. Przez chwilę nie wiedziałem, co mam osłaniać, lecz wystarczyło jedno dobrze wymierzone smagnięcie, żebym się tego nauczył.

Rózgi zostawiały ślady, ale nie cięły skóry tak głęboko jak pletnia. Po jakimś czasie byłem cały w opuchniętych pręgach, lecz nie krwawiłem.

Trwało to bez końca, wokół unosiły się kłęby pary a ja byłem chłostany wśród świstu rózeg i chichotu, aż wreszcie Smildrun zaklaskała i bicie ustało.

– Teraz twoja kolej – zawołała. – Jesteś podrostkiem, ale masz ciało mężczyzny, pokaż więc, że jesteś mężem!

Rzuciła mi pęk rózeg, o wiele cieńszych i delikatniej szych niż te, które zostawiły pręgi na mojej skórze, nie które jeszcze miały na sobie liście. A potem wszystkie zacne niewiasty z dworu wstały z ław i zaczęły nadsta wiać ciała, bym je smagał, także Smildrun wyciągnęła swoją grubą nogę, później drugą. Nie miałem pojęcia co to wszystko znaczy, uznałem tylko, że co ma być, to będzie. Kilka z tych kobiet wyglądało wcale ponętni miały smukłe ciała i egzotyczne, pociągłe twarze, jednak w ogóle mnie to nie cieszyło. Coś mi mówiło, że zginę tu skoro pozwalają mi widzieć swoje nagie ciała. Wprawdzie myślałem o tym jak o obrzędzie w Domu Kobiet w Amitraju, ale przecież widziałem tutaj posąg Azziny.

Nie smagałem ich zbyt boleśnie, wiotka miotełka na to nie pozwalała, ale robiłem, co się dało, a rechot Smildrun unosił się w łaźni jak kwik świni.

Kiedy wszystkie damy odwróciły się do mnie plecami, wypinając pośladki, znalazłem ukradkiem porzuconą rózgę i wysmagałem je, budząc chóralne piski pełne oburzenia, lecz Smildrun śmiała się tak, że leżała bokiem na swoim tronie.

Zaklaskała w ręce i tupiąc, przepędziła kobiety do drugiego pomieszczenia, wśród chóralnych protestów, chichotów i dzikich wrzasków. W parze znajdowało się niewiele dymu z harhaszu, ale siedziały tu długo i wszystkie były otumanione.

A potem sięgnęła po dzban i nalała mi do drewnianego kubka.

– Napij się, szczurku – powiedziała. – Przyda ci się. Zabrzmiało to złowieszczo.

W kubku była ambrija zmieszana z palmowym winem i odrobiną żywicy. Przełknąłem niewiele, resztę ukradkiem wyplułem. Smildrun wypiła łyk prosto z dzbana, a potem prychnęła winem na kamienie i czknęła potężnie. Jej wspaniałe zwykle włosy były zupełnie mokre i przyklejone do czaszki i wyglądała jak ogromna, wzdęta żaba.

Po namyśle wyciągnąłem w jej stronę kubek i tym razem niczego nie wyplułem.

– Oddaj kubek – zażądała zaraz. – Za mały jesteś.

A kiedy wyciągnąłem ręce, nagle zarzuciła na nie rzemienną pętlę i ściągnęła ją, a potem uwiązała do ławy. Zamarłem pochylony i na próbę szarpnąłem rzemień. Nic z tego.

– Wciąż jesteś brudny – oznajmiła, biorąc do ręki rózgę. – Ciągle i ciągle.

Nie bardzo mam ochotę opowiadać, co było dalej. I nawet nie chodziło o chłostę, ale o to, co musiał zrobić wąż przyczajony w liściach. Zrozumiałem bowiem, czego chce ta kobieta, i wiedziałem też, że muszę jej to dać, choć najbardziej chciałem ją zabić i choć budziła we mnie wstręt. Nawet jej ostry zapach, kiedy tańczyławokół mnie, smagając rózgą, był nieznośny i piżmowy, jak odór ogolonej niedźwiedzicy. Wiedziałem też, że jeśli wszystko potoczy się tak, jak Smoczyca się spodziewa, mój los będzie taki sam jak innych młodych niewolników. Zmiażdży mnie, pochłonie i wypluje. W pojęciu Smildrun dostąpiłem zaszczytu, ale wiedziałem, że to ja muszę ją zniewolić.

Miałem jednak nauki mojej słodkiej nauczycielki i kochanki. Mojej mądrej Aiiny, która kiedyś powiedziała mi, że to, co dzieje się pomiędzy kobietą i mężczyzną, to wojna.

I tym razem to naprawdę była wojna. Walka na śmierć i życie.

Ona chciała poniewierać mną, włóczyć po ziemi, drapać i kopać. Chciała przywlec mnie za kark jak szczeniaka. Chciała zmusić, bym lizał jej stopy. Chciała zmusić do wszystkiego, co tylko strzeli jej do głowy.