Pozwoliłem jej.
I wykorzystałem to. Wiedziałem, jak.
I urobiłem ją stopniowo jak wosk, który w moich rękach stawał się coraz miększy i miększy.
Było to okropne i obrzydliwe. Była w tej chwili moim największym wrogiem, a ja musiałem być czuły i słodszy niż ambrija z miodem. Zdołałem, bo zamykałem oczy i czułem Aiinę. Czułem jej zapach, dotykałem aksamitnych ud zamiast zrogowaciałej, kudłatej i obwisłej skóry Smildrun. Zamiast zwałów tłuszczu wiotką, wężową talię i krągłe, twarde pośladki. Zamiast zawodzącego śmiechu słyszałem głos Aiiny. Czułem smak Aiiny, jakby na chwilę zawróciła z Drogi Pod Górę, by znaleźć się w moich ramionach. Znowu. Tylko Aiina i ja.
I na krótką chwilę dałem lśniącej od potu Smildrun to, czego nigdy nie dał jej żaden mężczyzna. I zaraz zabrałem, by wierzyła, że potrafię otworzyć jej krainy szczęśliwości, i żeby chciała więcej. I żeby zrozumiała, że nie wydrze tego siłą, że za pomocą pletni i łańcuchów może dostać tylko to, co zwykle.
Kiedy wracałem do naszej szopy, przepełniało mnie obrzydzenie do samego siebie i całego świata. Wiedziałem, że zyskałem, co chciałem, i że było to konieczne. I zachowałem odrobinę dumy tylko dlatego, że nie pomyślałem ani razu o Wodzie. Tak jakbym w ten sposób mógł ją przed czymś uchronić. Aiina zrozumiałaby natychmiast i dlatego była ze mną, by dodać mi sił. Woda nie.
Benkej nadal czekał przy ognisku, próbując palić różne liście w swojej fajce, ale krzywił się tylko i wystukiwał je po chwili.
– Wojna to tryumf konieczności – powiedział, wręczając mi dzban. – Zaoszczędziłem. Wypij, tohimonie.
– Jeśli pięć dzbanów nie zmyło tego smaku… – powiedziałem i obaj się zaśmialiśmy, choć ja raczej gorzko.
Kilka dni później pod gród zajechali znów kupcy i rozbili się w tym samym miejscu co zwykle. Ich wozy miały zdjęte koła, a od dołu przyczepione płozy, woły parowały pod kosmatą zimową sierścią. I wypatrzyłem między nimi dziewczynę, która jechała na jednych z sań. Miała pancerz z utwardzanej skóry i futrzany kołpak wzmocniony misiurką. Na płaszczu miała naszyty krąg materiału, na którym szkarłatną nicią przedstawiono wijącego się potwora ze skrzydłami i głową drapieżnego ptaka, a tułowiem lwa lub leoparda. Wiedziałem, że takie stwory nazywają gryfami.
Dwa dni trwało, zanim zdołałem podejść do dziewczyny na osobności z rogiem grzanego piwa.
– Harulf? – spytałem, wskazując haft na jej płaszczu. – Czytający Ze Śniegu? Znałem Harulf. Harulf Ludzie Gryfy. Dobry człowiek.
Zmarszczyła brwi i spojrzała na mnie z góry, była bardzo wysoka. Oparła dłoń na rękojeści miecza.
– Wiesz coś o moim szwagrze? – zapytała. Zasiałem następne ziarno.”
(Svipdagsmdl – „Pieśni o Svipdagu)
Rozdział 5. Lodowy Ogród
Morze ciska się, ryczy, przetacza wały zielonej wody. Wiatr zdziera z fal płaty drobnej piany, siecze ostrym, drobnym lodem. A my płyniemy. Tam, gdzie kieruje się dziób drakkara, woda jest spokojna, najwyżej zmarszczona drobną falką w podmuchach wściekłego wichru. Taka niewielka plama gładkiej tafli przypadkowo wypadająca pomiędzy falami.
Zawsze tam, gdzie kieruje się dziób lodowego okrętu. Wodne góry zwieńczone dymiącymi szczytami rozdzielają się przed nami, zapadają na chwilę w głębinę, wypłaszczają tam, gdzie mamy płynąć. Czasem niewielka w tym całym morskim chaosie, dwu-, trzymetrowa fala rozbryzguje się o sterczącą w niebo stewę z głową smoka, spłukuje lodowy pokład, zamarza soplami na szczękach smoka i obrasta pękami kolców szpigaty. Okręt kiwa się lekko, wchodząc na długie, obłe fale, które pojawiają się tylko dla niego, jakby sztorm wygładzał mu drogę. I płyniemy – na północ.Można spać, jeśli ktoś nie cierpi na chorobę morską, można siedzieć w mesie, w mdłym poblasku lśniących w ściennych akwariach ryb, i popijać gryfie mleko z wodą jak Grunaldi albo kiwać się smętnie z trupio bladą twarzą i pustym dzbanem pod ręką jak Sylfana i Warfnir, albo spać godzinami jak Spalle.
Dziwne walce spalają się powoli w piecu liliowym płomieniem, lodowy pokład jest szczelny, więc siedzimy w cieple i jest sucho. Ryk sztormu słychać jak z oddali. Tuż zza burt dobiega syk piany i chlupot wody, kiedy omywają nas fale.
To nie ja wygładzam drogę przed dziobem, to nie ja uciszam sztorm. Okręt sam realizuje swój tajemniczy program i wiezie nas gdzieś w wodno-lodowy chaos, blizard, śnieżycę i czarne niebo. Okręt sunie na północ przez rozjuszone morze, ale nikt nie stoi przy sterze.
Sztorm trwa trzeci dzień. Mdłości ustąpiły mi na drugi i teraz reaguję wściekłym głodem. Mógłbym pożreć nasze wierzchowce, które obrządzam trzy razy dziennie, wygarniając nawóz przez tylną rampę uchylaną prosto w burzę i ryk wiatru, nad spienioną wodą w kilwaterze. Spycham obornik z ramp, tak jak kiedyś spychałem zasobniki z pomocą humanitarną. Ale tym razem nie dostarczam nikomu niczego wartościowego. Wyrzucam tylko gówno w morze. Poję zwierzęta, karmię paszą z tłuszczem. Rozmawiam z Jadranem. Sprawdzam sprzęt.
Zmuszam ludzi, żeby popijali esencjonalny rosół, który stale stoi na kuchni w kołyszącym się kociołku, lecz Sylfana i Warfnir z trudem utrzymują cokolwiek w żołądkach i nie rozstają się ze swoimi dzbanami, do których wymiotują co pół godziny. Strach pomyśleć, co by było, gdyby nie taryfa ulgowa, jaką funduje nam nasz okręt. Wmuszam w nich tyle, ile jest niezbędne, żeby się nie odwodnili i nie opadli z sił.
Kiedy wyszliśmy z ujścia Dragoriny, rozwinął się żagiel. A właściwie urósł. Najpierw część masztu odłamała się i przekręciła powoli, stając się gafelbomem, a potem pojawiła się pod nim lodowa pajęczyna, która zgęstniała w kilka minut i zmieniła się w płat, pędnik składający się z wielu poziomych listew, które cały czas pracują, wychylają się lekko albo zamykają, łapiąc akurat tyle wiatru, ile trzeba, i pchają nas na północ, utrzymując prędkość i kierunek. Suniemy ostro na wiatr w lekkim przechyle, a morze rozpędza fale na boki i daje nam wolną drogę.
W ciągu doby co godzinę wychodzimy na tylny pokład, żeby pod osłoną burt i rufowej stewy obserwować rozjuszone szare morze pod brudnobiałym niebem. Albo czarne morze pod ciemnosinym niebem. Na zmianę. Ja, Grunaldi i Spalle.
Okutani futrami pod uderzeniami wiatru, który ciska nam w twarz lodowy pył i parzące zimnem krople słonej wody. Przywiązani liną do kraty zejściówki obserwujemy morze przed dziobem i za rufą. Ale widać tylko fale.
Kilka razy każdy z nas widział przy lepszej pogodzie niewielki czerwony błysk daleko za drakkarem, na horyzoncie. Iskierkę czerwieni wśród zacinającego śniegu, kipiących fal i rozmazanej szarości w wielu odcieniach. Być może to żagiel. A być może złudzenie wzroku znużonego lodowatą szarością.
Zresztą od kilkudziesięciu godzin nikt z nas go nie widział. Może zatonął. Może został z tyłu, a może zrezygnował.Żaden nie przyznał się do tego, co chodzi mu po głowie. Jest tylko jedna istota zdolna do tego, by ruszyć za lodowym drakkarem w sosnowej łódce z klepek, w kipiel zimowego morza.
Szkarłat.
Ta istota trochę mnie przeraża. Nie wiem, czy to człowiek, czy jakiś magiczny mutant. Nie znam nawet jego twarzy. Widziałem ją przez ułamek sekundy, a potem wypłynęły na nią te rozgałęzione wybroczyny i tylko to pamiętam. Maskę z wijących się po czole i policzkach czerwonych plam. Świetny kamuflaż. Najwyraźniej ma to na zawołanie. Kiedy chce, piętno pojawia się na jego twarzy i nikt jej nie rozpozna. Każdy zapamięta tylko upiorną maskę, a nie kryjącą się pod nią fizjonomię. Kto go przysłał? Kim jest ta kahdin7 Prorokini?