Czy rzeczywiście popłynął za nami w sztorm?
Płyniemy i kurujemy się. Nic wielkiego. Szramy i cięcia, bolesne, ale płytkie. Warfnir i Sylfana zostali trochę obici. Spalle chrypi przez opuchnięte od stryczka gardło. Grunaldi odchorowuje zatrucie.
Nie wiedziałem, czy Sylfana została zgwałcona, i bałem się pytać. Tymczasem wydaje się kompletnie nie przejmować. Kiedy nie leży złożona mdłościami, wyśmiewa się z napastników i twierdzi, że nie zdołaliby dokonać z nią niczego godnego uwagi, choćby mieli więcej czasu. Żadnej traumy, szoku, żadnej depresji. Żyjemy? To super. Dostali za swoje? To sprawa załatwiona. W moim świecie od dawna nie ma takich ludzi. Trochę mnie to przeraża.
Dziób unosi się, drakkar wpływa na kolejną, złagodniałą i wypłaszczoną falę, wokół ryczą dymiące pianą wodne góry wyższe od naszego masztu, a my suniemy spokojnie doliną.
Trzy dni później sztorm ustaje, pozostawiając po sobie krótką, rozkołysaną nerwowo powierzchnię. Morze przestaje wyglądać jak ilustracja chaosu i wściekłej furii, za to robi się naprawdę wyboiście. Na szczęście moja załoga stopniowo przestaje chorować. Najpierw Sylfana zaczyna rozmawiać i jeść, potem zbiera się do kupy Warfnir. Oboje nawet pojawiają się na pokładzie i odstawiają swoje nieodłączne dzbany.
W nocy dziewczyna wdziera się do mojej kajuty i dosłownie mnie gwałci. Kochamy się dziko i brutalnie, w plusku fal omywających burty i gwiździe wiatru na lodowych wantach. I jest tak, jakby chciała zetrzeć z siebie wspomnienie tego, co się stało, albo może tego, co mogło się stać.
Widoczność poprawia się trochę i zaczynamy mijać majaczące na horyzoncie wyspy. Czasem jako cień podobny do chmury, czasem znacznie bliżej. Skaliste i łyse albo porośnięte lasem. Rzadko można wypatrzyć jakieś osady na brzegu.
– Niewielu ludzi tu mieszka na stałe – tłumaczy Grunaldi. – Na niektórych wyspach tylko latem; rybacy, łowcy morskoni i płaskud. Niektórzy lubią łupić łodzie wracające z wypraw. Jesienny jarmark w Wilczym Zewie to coś, co powinieneś zobaczyć. Nasze Żmijowe Gardło to przy tym gra w deseczki. Tam na straganach leżą prawdziwe cuda, handluje się księżniczkami z Południa, ludzie noszą bite monety wiadrami, często spotykają się ograbieni na morzu i ich rabusie, a spory rozstrzygane są nie przez pojedynki, a prawdziwe bitwy, które toczy się w specjalnej dolinie.
– Może kiedyś – odpowiadam. – Brzmi nieźle.
Drakkar zmienia kurs i wpływamy w istny labirynt wysp i wysepek. Mijamy sterczące z morza skaliste łachy, o które rozbryzgują się fale, stada morskich ptaków podrywają się całymi chmurami i potem ciągną w ślad za drakkarem, napełniając powietrze tęsknym piskiem.
Godzinami stoję na dziobie i ze ściśniętym gardłem wypatruję otoczonych pianą skał, patrzę, jak o kilkanaście metrów mijamy najeżone kamiennymi ostrzami klify, jednak tajemniczy program okrętu prowadzi nas pewnie i bezbłędnie.
I wcale szybko.
Wielokrotnie spluwam za burtę i wyliczam, że robimy cały czas co najmniej sześć do ośmiu węzłów.
Równie często zerkam za rufę, ale tylko raz wydaje mi się, że może gdzieś z tyłu majaczy czerwony żagiel, jednak nie wiem, czy to wzrok płata mi figle.
Często zastaję też na rufie Grunaldiego albo Spalle, jak przepatrują horyzont za nami. Spotykamy się spojrzeniem, odpowiadają mi nieznacznym przeczącym ruchem głowy, ale nie mówią nic.
Przepływamy przez cieśniny i mijamy wyspy po skomplikowanym, zygzakowatym kursie. Zaczynam rozumieć, dlaczego nigdy dotąd Wybrzeże Żagli nie zostało najechane, mimo że naprzykrza się wszystkim mocarstwom tego świata. Jeśli nawet któryś cesarz czy król wysłał tu flotę z ekspedycją karną, to zapewne wciąż bezradnie błąkają się w tym labiryncie.
Po tygodniu wypływamy na otwarte morze, wyspy i wysepki zostają z tyłu albo majaczą ciemnymi smugami na zamglonym horyzoncie. Drakkar przyspiesza do dziesięciu węzłów, spod dziobu z szumem odpadają odkosy wody, jak skiby z lemiesza pługa, za rufą bulgoce kilwater.
Wieczorami w mesie do znudzenia omawiamy plan lądowania i ćwiczymy.
Przygotowany sprzęt piętrzy się na podłodze. Maskujące anoraki i spodnie, liny i kotwiczki, broń. Oczyszczone, przejrzane i starannie ułożone. Gotowe do użytku.
Nie wiemy, kiedy dopłyniemy na miejsce. To może zdarzyć się w każdej chwili.
Trzymamy więc wachtę „na oku” przez całą dobę, a od drugiego dnia rejsu po otwartych wodach chodzimy już wszyscy w pełnym rynsztunku.
Najwięcej czasu spędzamy na pokładzie, wpatrując się w horyzont i marznąc w drobnym śniegu. Mamy stargane nerwy i warczymy na siebie.
Coś wisi w powietrzu. To się czuje. Drażni jak wbita pod skórę drzazga, przeszkadza, nie pozwala spać ani rozkoszować się okrętowymi luksusami – lśniącą lodową toaletą albo gorącą wodą w lodowej kabinie prysznicowej.
Mimo to kiedy już do tego dochodzi, jesteśmy zaskoczeni.
Wyspa pojawia się przed dziobem, ale nie różni się od pozostałych, które mieliśmy wokół siebie. To, że od rana smocza stewa celuje prosto w ciemny pasek lądu na horyzoncie, niewiele znaczy, bo zdarzyło się już dziesiątki razy i dziesiątki razy tkwiliśmy na pokładzie z bronią w rękach tylko po to, żeby zostawić go potem z którejś burty i pozwolić zniknąć za rufą.
Po śniadaniu widzimy góry wyrastające pośrodku wyspy, ale Grunaldi gapi się na nie ze zmarszczoną brwią jak baran na karuzelę i nie jest niczego pewien.A potem przychodzi wiatr i rozpędza chmury. Trwa to ze dwie godziny i znienacka wychodzi słońce, a my jak ogłupiali patrzymy nagle na lśniący szarozielonym i żółtym bazaltem zamek, najeżony basztami i blankami murów obronnych, płynąc ledwo ze dwie mile od brzegu, prosto w ciemną paszczę portu otoczoną wyciągniętymi w morze murami pirsów, jak sięgające po nas ramiona.
Gapimy się bezmyślnie na twierdzę wrośniętą w stożkowatą górę o ściętym jak Fuji Yama wierzchołku i trwa to kilka sekund, a potem pokład wybucha chaosem. Tupotem nóg i bieganiną.
Na szczęście ćwiczyliśmy to tyle razy, że wszyscy wiemy, co mamy robić. Bieganina ustaje. Warfnir i Grunaldi przewieszają przez plecy zwoje lin, zatykają za pas składane kotwiczki, ja i Spalle zrzucamy brezent ze stojącej na pokładzie łodzi, Sylfana wspina się na maszt i wiąże do drzewca bomu solidny blok, który dostaliśmy od syna Wędzonego Ulle wraz z łodzią. Obaj ze Spalle wybieramy skrzypiącą, szorstką linę, szalupa dźwiga się nad pokład i kołysze, Warfnir i Grunaldi pchają ją w bok, żeby kil znalazł się za lodową burtą, wtedy luzujemy i łódź zjeżdża w dół po wypukłym lodowym boku drakkara, aż z plaśnięciem uderza o wodę. Sylfana czeka z uwiązaną do knagi na dziobie szalupy cumą, my szarpiemy pętlami z liny opasującymi jej kadłub, aż łódź uwalnia się i sunie wzdłuż burty, hamowana tylko cumą w dłoniach dziewczyny. Warfnir i Grunaldi znikają pod pokładem, słyszę, jak tupią tam po lodowych pokładach, a potem jak otwierają umieszczoną w achterze pochylnię, którą kiedyś daleko stąd weszliśmy na pokład lodowego okrętu. Spalle wybiera liny i demontuje blok, a ja odbieram od Sylfany cumę i przeprowadzam szarpiącą się jak koń szalupę na rufę, pod otwartą pochylnię. Drakkar tymczasem sunie coraz szybciej na spotkanie zamku, woda za burtą gotuje się, ciskając szalupą na wszystkie strony. Widzę dłoń Grunaldiego, jak sięga z rampy i przyciąga dziób bliżej, Warfnir skacze do środka, Grunaldi zaraz za nim i wtedy rozlega się upiorny ryk. Ogłuszający zew, trochę brzmiący jak alarm na lotniskowcu, a trochę jak ryk słonia. Jest równocześnie mechaniczny i zwierzęcy, przysiadamy z wrażenia, chwytając za broń, tylko ja nie wypuszczam cumy, ale kucam za burtą, jakbym spodziewał się ostrzału.