Stewa dziobowa wygina się łukowato do tyłu, lodowy smok rozwiera paszczę i ryczy, a potem pluje huczącą kulą ognia, która z trzaskiem wzbija się w powietrze, ciągnąc warkocz dymu.
– Spokój! – wrzeszczę na całe gardło. – To tylko ten zawszony smok! Oznajmia twierdzy nasze przybycie! Nic się nie dzieje! Znajdźcie drogę!
– Zaraz się zobaczymy! – odkrzykuje mi Warfnir z łodzi. – Rzucaj!
Puszczona cuma wije się po pokładzie jak wąż i znika za burtą. Łódź, skacząc na falach, znika z tyłu, widzę, jak maleje pomiędzy falami w naszym spienionym śladzie torowym, Warfnir wyciąga i zwija cumę, Grunaldi szykuje wiosła.
Twierdza rośnie w oczach, dostrzegam wieże o spiczastych hełmach, blankowane mury opasujące zbocze pięcioma czy sześcioma tarasami, długie proporce wijące siC na szczytach wież. Mury lśnią szkliście, mają gładką powierzchnię jak barwione przemysłowe szkło.Budowla jest spora. Mniej więcej wielkości twierdzy w Dubrowniku. I równie solidna, choć wygląda zupełnie inaczej. Ma wyraźnie gotycki charakter, wznosi się piętrami linii obronnych w górę zbocza i strzela w niebo dziesiątkami wież. Nie zbudowano jej przeciwko kolubrynom Mehmeta Zwycięzcy. Wzniósł ją ktoś, kto chciał mieć Kamelot, Carcassonne, Marienburg i Bouzov w jednym.
I czekał tam w środku.
Za pirsami awanportu, w polu ostrzału czterech wież i blankowanych murów, gdzie za chwilę wpłyniemy i będziemy tam osaczeni niczym karaluch w wannie.
Drakkar rwie coraz szybciej, jak zdrożony koń na widok stajni.
Gdzieś spomiędzy murów z łomotem wylatuje huczący pomarańczowym ogniem pocisk, kreśli na niebie parabolę czarnego dymu, a potem przelatuje wysoko nad nami i wpada z sykiem do wody trzysta metrów od lewej burty, rozlewając na powierzchni plamę ognia.
– Spokojnie – mówię. – To tylko strzał sygnałowy. Pokazują, że wiedzą o nas.
Z twierdzy dobiega nas ponure zawodzenie, przytłaczający, wielorybi dźwięk odzywający się wibracjami w przeponie.
– Koncha – oznajmia ponuro Spalle, zaciągając mocniej paski pancerza i chowając miecz do pochwy. – Koncha Lodowego Ogrodu.
Sylfana wygląda dziś jak walkiria, porozcinana spódnica odsłania jej długie nogi okryte do kolan nagolenicami, starannie dopasowany do jej ciała tłoczony półpancerz z utwardzanej skóry i nabijany lamelkami zdobią cyzelowane złotem tańczące płomienie, wijące się też na głębokim hełmie z nosalem i długimi osłonami policzkowymi, w eklektycznym, achajsko-wikińskim stylu. Tupie dziarsko w pokład, sprawdzając, czy wszystko dobrze leży, poprawia pas z mieczem, zakłada na lewą dłoń rękawicę z kolczą osłoną kiści i przekłada ją przez imaki tarczy. A potem przerzuca starannie spleciony warkocz za plecy i jest gotowa.
Siostra styrsmana Ludzi Ognia. Wojowniczka.
Następczyni głowy klanu.
Wódz.
Sam też jestem wystrojony we wszystko, co mam, i doskonale pasuję do tej całej operetki. Mamy przyciągać uwagę mieszkańców grodu i ewentualnie nie paść natychmiast pod deszczem strzał. Założyłem półpancerz, nagolenice i karwasze. Na swoim kompozytowym hełmie zamontowałem, co woziłem w jukach. Okularowy nosal, przedni okap, osłony policzkowe i rozłożysty folgowy nakarczek. Wyglądam teraz jak obłąkane skrzyżowanie Odyna z Tokugawą Ijeiasu. „Pieśń o Beowulfie” na deskach Cesarskiej Opery Tokijskiej.
Zapraszamy.
Zamek wydaje się rosnąć, wyciągać po nas obronne pirsy awanportu, wieże wbijają się w niebo, zawodzą konchy, wtóruje im niski, powolny łomot bębnów.
Nevermore siedzący na rufie kracze ponuro i startuje ciężko w niebo.
– Tchórz – cedzę, dopinając miskę podbródkową hełmu.
– Jeśli umrzemy teraz – powiada Spalle – to przynajmniej jak woje, z całą paradą. Trąbią nam i nawet bębnią. To dużo lepsze, niż zdechnąć na starość w słomie albo paść od ciosu obsranym zydlem w jakiejś oborze, jak mój wuj. Podoba mi się. Hindowi też się będzie podobało. Wzdycham.
– Jedziemy – mówię. – Ruszajcie się, wyprowadzać konie na pokład. Wiecie, co macie robić?
– Wiemy – odpowiada Sylfana ponuro. – A ty wiesz, co robisz?
– Mam nadzieję.
Przeciągam barki, poprawiam pancerz, a potem idę na rufę. Z dołu rozlega się już głuchy klekot kopyt, luk ładowni opada z jednej strony jak pochylnia, Spalle wyjeżdża pochylony, w pełnym rynsztunku, z tarczą w ręku i łukiem na plecach, za nim tupią wierzchowce Grunaldiego i Warfnira, Sylfana wyjeżdża za nim, holując luzem Jadrana. Wierzchowce rżą, stąpając niechętnie po pokładzie, i tulą uszy.
– Wraak! – wrzeszczy z góry Nevermore.
Pokład robi się wilgotny i lśniący. Z bomu i żagla kapią krople wody, nadburcia zaczynają się rosić, po stewie rufowej toczą się małe strumyczki. Słyszę, jak woda ciurka ze szpigatów i z pluskiem ścieka z burt.
Okręt zaczyna się topić.
Dryfujemy na krze.
Nie mogę dłużej zwlekać.
– Do roboty, Cyfral – mruczę. – Jedziemy z tym koksem.
Pojawiła się natychmiast, ciągnąc za sobą smugę rozjarzonego diamentowego pyłu. Drakkainen spojrzał na nią ponuro przez wizury swojego hełmu, a potem ruszył w stronę tronu wpartego plecami w stewę rufową i oparł z jednej strony tarczę, a z drugiej łuk. Splunął, po czym odwrócił się i usiadł.
Sylfana patrząca na niego z siodła zagryzła wargi i odwróciła głowę, kiedy zamarzał z trzaskiem, zmieniając się w lodową, pokrytą mchem szadzi rzeźbę.
Drakkar wzdrygnął się, ale nadal sunął przed siebie prosto pomiędzy główki portu. Smok poruszył łbem, a potem zaczął się rozglądać.
Wejście do otoczonej murami zatoki i basenów portowych zagradzał rozpięty pomiędzy pirsami monstrualny łańcuch o metrowych kutych ogniwach, kołyszący się tuż nad wodą, omywany przez fale. Kiedy dziób drakkara znalazł się o dziesięć metrów, z dwóch masywnych donżonów nieprzyjemnie przypominających bunkry rozległ się stalowy turkot potężnych zapadek i łańcuch z pluskiem runął w wodę, kolejne ogniwa wytoczyły się z kamiennych kluz w ślad za tonącą zaporą.
Drakkar rozciął wody awanportu i wpłynął w zatokę, pod osłonę murów, po czym skręcił przed nabrzeżem, gdzie ciasno stały najrozmaitsze łodzie i okręty. Trakkeny z Wybrzeża Żagli, jakieś smukłe łodzie o ostrych dziobach i łacińskim ożaglowaniu, dwie posępne trzypokładowe galery z kilkoma arkabalistami na górnym pokładzie, dwoma masztami i sterczącymi taranami z przodu, mierzącymi w otwarte morze.
Drakkar skręcił jednak przed nabrzeżem, chyląc się na jedną burtę, i popłynął prosto do bramy w kolejnym pirsie zwieńczonym murem obronnym. Następny łańcuch plasnął w wodę, najeżona kolcami brona odtoczyła się na bok i okręt wpłynął do małego basenu portowego, nad którym wznosiły się mury i dwie duże wieże z balkonami, gdzie stały potężne balisty otoczone przez zbrojnych.
Nosili zielone tuniki z wyszytym symbolem srebrnego drzewa i głębokie łebki z wydatnymi osłonami policzkowymi w stylu greckich hoplitów. Ostrza oszczepów spoczywających na łożach katapult mierzyły prosto w lodowy pokład. Za blankami murów pojawiły się rzędy ludzi z łukami i najwyraźniej solidnymi kuszami.
Drakkar wyhamował pośrodku basenu, dygocąc, jakby toczył wewnętrzną walkę. Woda wokół burt zmarszczyła się od wibracji, jednak okręt stał, a łeb smoka obracał się na pokrytej wżerami szyi, tocząc ponurym czerwonym wzrokiem jarzącym się jak dogasające węgle. Pysk smoka wyglądał coraz bardziej żałośnie, obrósł soplami, policzki pokryły się koronką owalnych otworów, część podobnych do rogów wyrostków nad oczami stopiła się albo zmieniła w bezkształtne guzy niczym wycmoktany cukierek.