Krata zamknęła się z żelaznym hurgotem i w basenie zapanowała cisza, słychać było tylko plusk wody cieknącej z burt topniejącego okrętu i nerwowe parskanie wierzchowców. Sylfana i Spalle stali bok w bok, w pełnym rynsztunku, za nimi czekały pozostałe konie. Nie poruszali się, tylko wierzchowce rzucały czasem łbami i ponuro żuły wędzidła w potężnych szczękach.
Wewnętrzny port był pusty, miał tylko niewielkie nabrzeże u stóp wieży zamknięte z obu stron murami i nie było tu nikogo. Wieża miała bramę, aktualnie zamkniętą, do której prowadziły szerokie schody i dwie kolejne, zamknięte w gotyckich ostrołukowych portalach bramy.
Okręt stał nadal i dygotał, i mierzono w niego ze wszystkich stron z czterech arkabalist, dwóch nieprzyjemnych katapult, z których sterczały całe pęki bełtów, co najmniej kilkunastu kusz wałowych średniej wielkości i kilkudziesięciu łuków.
Ponuro zahuczała koncha, po czym równocześnie otwarto wszystkie bramy. Rozległ się miarowy chrzęst ciężkich, idących w nogę oddziałów, które wymaszerowały ze wszystkich bram i prezentując dosyć baletową musztrę, zmieniły szyk, ustawiając się w trzy czworoboki – jeden na wprost, dwa z boków. Rzędy czarno-białych tarcz z rysunkiem drzewa równocześnie łupnęły brzegiem o ziemię, ustawiając płoty, opadły włócznie, za pierwszym rzędem tarcz ukazały się rzędy kusz, które pochyliły się, mierząc w okręt. Szyki zwarto i nie widać było prawie ludzi – tylko hełmy jak kolonia dziwacznych stalowych grzybów i ściany tarcz najeżone ostrzami.
– Dosyć tej komedii! – zaryczał smok po angielsku. – Przybyłem, bo mnie wezwałeś! Daj nam miejsce, żebyśmy mogli wysiąść! Jeśli zamierzasz zejść po tych schodach w pawich piórach, śpiewając „We are the Champions”, to możemy to obejrzeć z brzegu!
Wynurzyli się z bramy, ustawiając rzędami na schodach, i wyglądało na to, że rewia trwa nadal. Najpierw kilku zbrojnych w misiurkach, z twarzami zasłoniętymi kolczugą, potem trzy pokraczne półludzkie stwory o imponujących rozmiarach, na końcu niemal dorównujący im wzrostem, szczupły człowiek otulony płaszczem, z wysokim kapturem na głowie i kijem w ręku.
– Nareszcie! – zagrzmiał coraz bardziej koślawy i pokraczny smok głosem Drakkainena. – Każ im opuścić broń! Panuję nad tym statkiem. Naprawdę chcesz tu rzeźni?
– Proszę przybić do brzegu – oznajmił mężczyzna szkolnym, twardym angielskim. – I nie stawiać warunków. Przecież ten drakkar się topi. Za chwilę wyciągniemy was z wody bosakami. Proszę pokazać twarz i złożyć broń, to odwołam ludzi. Muszę się upewnić.
– Zabierz wojsko. Nie jestem głupi – warknął Drakkainen. – Wtedy pokażę twarz.
– Ja też nie jestem głupi. Proszę się nie targować, tylko przybijać.
– Chyba mamy impas – zauważył Vuko.
– Niezupełnie. Lód topnieje. Proszę po prostu złożyć broń i wysiąść na brzeg.
– Co on gada?! – wycedził przez ramię Spalle. – Co robimy?
– Czekaj!
Kawałek burty odpadł z chlupotem do wody i pływał obok, przybierając coraz bardziej mętną barwę.
– Uwaga! – szczeknął smok. Drakkar ruszył i popłynął w stronę nabrzeża, celując dziobem prosto w rzędy tarcz i oddział ustawiony na schodach wieży. Słychać było, jak skrzypią obrotnice katapult na balkonach i narożnych donżonach portu, prowadząc drakkar na celu. Okręt przyhamował lekko i obrócił się burtą do nabrzeża. Smok odwrócił głowę, gubiąc kawałki lodu i fragment dolnej szczęki, która spadła na bazaltowe molo, tłukąc się jak szkło. Bykołak zaryczał i potrząsnął trzymanym oburącz toporem.
Kiedy tylko burta musnęła molo, Spalle i Sylfana ruszyli, sprowadzając wszystkie konie, i stanęli rzędem na brzegu. Nadal nie mogli nigdzie pójść i nadal za plecami mieli czarną wodę portu, a przed sobą trzy oddziały kryjące się za płotem z tarcz i rzędami włóczni.
– Po prostu nie masz wyjścia – oznajmił mężczyzna w kapturze. – Albo wyjdziesz na brzeg i pokażesz mi twarz, albo spadniesz do wody. A jeśli to któreś z was, bydlaki, to spróbujcie tylko jednego zaklęcia, a rozniosę was wszystkich na strzępy.
– Opuśćcie broń! – warknął Drakkainen. – Zaprosiłeś mnie! Nie wejdę bezbronny i nie dam się wziąć do niewoli, do cholery! Jeżeli myślisz, że te parę katapult i balet moskiewski z tyczkami coś zmienia, to jesteś głupi! Okazałem dobrą wolę, wsiadając na twój deser lodowy, więc ty zabieraj tę lożę masońską z nabrzeża!
Gdzieś za zbrojnymi rozległ się jakiś tumult, mężczyzna cofnął się na chwilę w głąb bramy, a po chwili pokazał znowu, przepuszczając grupkę swoich czarno-białych strażników, którzy wyprowadzili przed sobą Grunaldiego i Warfnira ze związanymi z tyłu rękoma, w białych strojach maskujących poplamionych krwią i pchnęli ich na schody.
– O to chodziło?! – zapytał mężczyzna. – To ma być dobra wola? Wysłałeś skrytobójców?!
– Teraz, Cyfral – mruknął smok i rozpadł się wśród chmur mgły.
Lodowy okręt wypuścił kłęby pary i zapadł się w sobie, rozlatując na kawałki wśród kipiącej wody i ogłuszającego łoskotu pękającego lodu. Spalle i Sylfana ruszyli cwałem wzdłuż wybrzeża, ale nie zaatakowali nikogo, tylko zeskoczyli z koni, chowając się za tarczami. Zwierzęta okryte pancernymi czaprakami skuliły się, tworząc wokół nich żywą barykadę, i przywarowały na podkurczonych nogach.
Woda burzyła się i kipiała w miejscu, w którym przed momentem kołysał się okręt, mieszając wielkimi kawałami lodu, śródokręcie drakkara znikło, maszt złamał się wpół i uderzył o nabrzeże, i nie widać było nic poza chaosem, kłębami piany i chmurami pary. Koniec masztu oparty o kamienny pirs nagle rozszerzył się na końcu i porósł kolcami, a potem z wody wystrzelił podobny smukły kształt z kilkoma przegubami i uderzył o kamienie obok, potem następny i następny, resztki kadłuba wywróciły się na lewą stronę i z parującego, kipiącego chaosu wyłonił się podłużny, bezkształtny stwór na ośmiu członowanych nogach, kierując przed siebie ostre kleszcze jak chwytaki ratownicze, z płaskim tułowiem zakończonym tronem, z przechyloną na bok lodową rzeźbą wpartą w resztki stewy rufowej, która pokryła się w górę rzędem przegubów i nagle zaczęła wyginać, tworząc ogon.
Lodowy skorpion wielkości furgonetki błyskawicznie wylazł na brzeg, uniósł odwłok i runął naprzód, przebierając odnóżami w takim tempie, że niemal nie było ich widać, prosto na czworobok tarcz i włóczni blokujący mu drogę do schodów. Wyglądał trochę jak maszyna, z migającymi tłokami i korbowodami z lodu i buchając parą niczym lokomotywa, a trochę jak monstrualny stawonóg. Pędził tak przez dwie sekundy w upiornym świście strzał i bełtów sypiących się na lodowy tułów, uderzył w mur tarcz z łoskotem, rozrzucając je na boki i łamiąc nastawione włócznie, a potem przebił się, tłukąc we wszystkie strony szczypcami, roztrącając wrzeszczących ludzi i zmiatając ich z kamiennych stopni. Oszczep z katapulty łupnął w bazaltowe nabrzeże, krusząc skałę i miażdżąc umocowany do drzewca gliniany pojemnik, który bluznął na wszystkie strony plamami ognia.
Spalle i Sylfana wskoczyli na siodła, ich wierzchowce poderwały się do krótkiej szarży na schody, deszcz strzał sypiących się z murów opływał ich, jakby trafiał w szklaną kulę. Wbili się w tłum, roztrącając skłębionych ludzi. Idący z tyłu Jadran i pozostałe rumaki zaczęły wierzgać, kwicząc przeraźliwie. Ktoś doskoczył z boku, mierząc włócznią, łeb Jadrana skoczył po smoczemu do przodu, potężne szczęki chwyciły mężczyznę za ramię i pierś, po czym uniosły go wrzeszczącego w górę i cisnęły przez grzbiet prosto w tłum. Koń Warfnira stanął dęba, przebierając kopytami i zwalając na bruk zastawiających się tarczami gwardzistów.