Błysnęły miecze, woje trzymający Warfnira i Grunaldiego runęli na ziemię. Warfnir pochylił się, pociągając trzymającego go z tyłu strażnika, i rzucił o schody przez biodro. Grunaldi grzmotnął kogoś czołem w osłoniętą hełmem twarz, a potem zwalił się na niego i zaczął szarpać wykręconymi do tyłu rękoma, tnąc więzy o ostrze tamtego, Warfnir chwycił łęk siodła i wskoczył na grzbiet.
Ogromny faun zasłonił mężczyznę w kapturze własnym ciałem, ale zdzielony na odlew szczypcami poleciał prosto w skłębioną ciżbę poniżej. Drugie szczypce otwarły się i strzeliły do przodu, obejmując szyję mężczyzny i wbijając się w najeżone ćwiekami drzwi. Członowany ogon wygiął się nad tułowiem i skierował prosto w twarz uwięzionego znajdujący się na końcu zamiast kolca jadowego pęk obracających się powoli luf działka napędowego jak urwanego z helikoptera.Ogon odwrócił się, sunąc groźnie lufami wzdłuż blanek.
Mężczyzna krzyknął coś chrapliwie i natychmiast przestano strzelać, zbierający się do kupy stłoczeni gwardziści, usiłujący odtworzyć wokół szyk, cofnęli się.
Zapadła cisza.
W mechanizmie działka coś szczękało i przeskakiwało, lufy wirowały wokół osi. Mężczyzna znieruchomiał. Ludzie Drakkainena otoczyli go pierścieniem, osłaniając się tarczami.
– Chciałeś zobaczyć moją twarz – zgrzytnął lodowy posąg siedzący na korpusie skorpiona. Po czym pokrył się siatką pęknięć i rozsypał, ukazując Drakkainena w pełnej zbroi, który dźwignął się ciężko z tronu i przeszedł po grzbiecie potwora. Wśród dźwigni i przekładni przy kończynach tłoki tryskały miarowo kłębami pary.
Przyszpilony do wrót człowiek uniósł lewą dłoń i coś zaskrzeczał. Szczypce skorpiona buchnęły wilgocią i zaczęły się rozpadać. Tułów pokrył się wżerami i pochylił na bok. Sącząca się z potwora mgła wyciągnęła się wijącymi smugami do dłoni mężczyzny.
Vuko zaklął, podbiegł, dobywając miecza, i kopnięciem przybił mężczyznę z powrotem do drzwi, przykładając mu ostrze do szyi.
– Opuść rękę i każ ludziom się cofnąć. Jeśli nie przestaniesz ściągać mgły, zaraz jej użyjesz do tamowania krwi z przeciętej tętnicy. Dwie minuty, kolego, i do Bozi.
Mężczyzna opuścił ramię, diamentowa mgła otaczająca jego dłoń rozmyła się i rozeszła bezradnie, skorpion przestał się rozpadać, ale i tak wyglądał, jakby słoń zatańczył na nim czeczotkę.
Drakkainen zdjął jedną ręką hełm, upuścił na ziemię i zrzucił kaptur z głowy mężczyzny. A potem patrzył przez chwilę w milczeniu.
– Spodziewałem się człowieka – oznajmił mową Wybrzeża Żagli. – Skąd znasz język, którym mówiłem?
– Jestem Olaf Fjollsfinn – przedstawił się stwór o oczach wypełnionych bladoniebieskim lodem, gołej, gładkiej jak bazalt czaszce porośniętej lasem wyrostków przypominających zamek, z wieżami i blankowanymi murami. – Zgoliłem brodę, może dlatego mnie nie poznałeś. Puść mnie.
Drakkainen odsunął ostrze, ale nie schował go do pochwy.
– Mam rannych – powiedział sucho. Grunaldi miał strzałę wbitą w łopatkę pomiędzy oczkami kolczugi, Sylfana płytkie cięcie przez udo, a Spalle wgnieciony hełm, spod którego ciurkała krew.
– Ja też – przyznał Fjollsfinn. – Wystarczy mi, że nie jesteś żadnym z tamtych, poddaję się. Gdzie reszta? Ci tutaj też są z Ziemi?
– Tutejsi – oznajmił krótko Vuko. – Jestem sam. Ewakuacja latem, w tutejszym sierpniu, z wybrzeża na Pustkowiach Trwogi.
Bykołak i pan Orangutano-Lew stali tuż przy tarczach ludzi Drakkainena, warcząc i szczerząc imponujące kły.
– Odwołaj te dziwolągi z powrotem do Narnii, perkele. I tamtych pajaców też, znowu się przegrupowują!
– Spokój! Przerwać walkę! – wrzasnął Fjollsfinn, unosząc ręce. – Opuścić miecze! To są przyjaciele! Dosyć krwi!Odpowiedziało mu szemranie, które Drakkainen uznał za zaskoczone i nieprzychylne. Ładni przyjaciele! Fjollsfinn wyciągnął do niego dłoń. Vuko wahał się ułamek sekundy, pokrył to, przekładając miecz do drugiej ręki, i uścisnęli sobie nadgarstki zwyczajem Wybrzeża Żagli. Wojownicy w tunikach ozdobionych znakiem drzewa ponuro, lecz posłusznie rozeszli się do leżących na schodach i nabrzeżu kolegów. Nad portem tęskny zew ptaków mieszał się z krzykiem i jękami rannych.
Spalle obrócił się powoli wokół własnej osi i runął na bazalt, wypuszczając miecz.
– Masz tu lekarzy? – zapytał Drakkainen, chowając broń i klękając przy przyjacielu.
– Czterech – odpowiedział Fjollsfinn. – Ale raczej znachorów. Zaraz tu będą.
Zabitych było łącznie pięciu. Dwóch zabili Grunaldi i Warfnir, kiedy brano ich do niewoli, na schodach zginęło trzech, za to naliczyli dwudziestu siedmiu rannych, w tym trzech w ciężkim stanie.
Nie było czasu na dyskusje. Pracowali ramię w ramię, ubabrani krwią do pasa, pojąc leżących uśmierzającym wywarem, zakładając szwy, składając połamane kończyny w drewniane łubki i poganiając znachorów Fjollsfinna.
– Nie dopracowałeś się żadnej leczącej magii? – spytał w końcu Vuko.
– Tylko w ostateczności – odparł Norweg. – Boję się tego stosować na innych. To, jak teraz wyglądam, to uboczne skutki samoleczenia. Bywa tak, że mogę kogoś uratować, ale zmienia się w potwora. Niezupełnie nad tym panuję. Pomóż mi, mamy tu krwotok wewnętrzny. Chyba go tracimy.
Drakkainen przez chwilę mamrotał coś po fińsku, po czym przyłożył rozpostartą dłoń do klatki piersiowej umierającego gwardzisty. Ciało rannego wyprężyło się i opadło.
– Opatruj teraz – powiedział Vuko, masując dłoń, jakby poraził go prąd.
– Zatrzymałeś krwotok? – zapytał Fjollsfinn.
– Próbowałem – mruknął Drakkainen, patrząc, jak Norweg otwiera gliniane naczynie i nabiera czegoś, co przypominało watę cukrową, i okłada tym ranę. – Wyżyje albo nie. Nie wymagaj za wiele. Skończyłem tylko kurs paramedyka bojowego. Co to jest to coś?
– Gniazdo pewnego gatunku owadów – odrzekł Fjollsfinn, owijając rannego szarpiami. – Chyba owadów. Zawiera antybiotyki. Chyba. Odpowiednik naszej pajęczyny.
– Daj trochę. Mnie też ktoś dziabnął.
A potem idziemy sklepionymi korytarzami za człowiekiem w płaszczu, o zniekształconej, pokrytej basztami czaszce ukrytej pod kapturem. Ktoś prowadzi nasze konie, ktoś inny niesie bagaże. Spalle ze wstrząsem mózgu podróżuje na noszach, ale jest już przytomny. Korytarz wznosi się nad nami wysokim ostrołukiem, poprzeplatany kolumnami i skomplikowanymi geometrycznymi liniami palmowego sklepienia. Gładkie ściany huczą łomotem kopyt i naszymi krokami.
Wewnątrz panuje surowy chłód gotyckiej katedry.
Gotyk. Szczyt inżynieryjnych osiągnięć średniowiecza. Istna erupcja matematyki i wyższej sztuki budownictwa, wykonywanych w głowie i patykiem na piasku obliczeń mających sprawić, by miliony cegieł w kilkudziesięciu skomplikowanych kształtach jak klocki lego złożyły się w strzelistą sylwetkę, wzniosły do nieba i były w stanie przekazywać sobie nawzajem naprężenia konstrukcji, tak by budowle stały wiecznie. Czasem wznoszono je pokoleniami, przekazując budowlane tajemnice w obrębie rodu. Dziesiątki lat.
Tu jednak nie ma żadnych cegieł, żadnych łączeń, wszystko jest jak odlane z płynnego kamienia, gładkiego niczym szkło. Czasem tylko mijamy zrośnięte ze sobą kolumny, przekrzyżowane łamane płaszczyzny sklepień albo niszę ze schodami wwiercającymi się bez sensu w sufit lub boczny korytarz zwężający się do punktu niczym negatyw wieży.
Zupełnie jakby zamek wyrósł – jak organizm. Mam pytania.
Mam wiele pytań.
Drogę oświetlają nam rzędy kinkietów, w których pełga błękitny płomyk podobny do gazowego. Naprawdę wiele pytań.