Przed naszym przewodnikiem otwierają się dwuskrzydłowe wrota i wychodzimy na krużganek wewnątrz murów. Widzimy w dole wąskie przejścia, jakby ulice, oraz więcej dachów, wież, rozet, pinakli i czołganek, ścian i okien triclinium. Więcej łuków, kolumn i balustrad.
Prowadzą nas schodami, korytarzami, potem ulicą. Jest nachylona do środka, gdzie ciągnie się rynsztok, ale nie jest zapchany odpadkami. W podcieniach wi dać wejścia i drewniane szyldy na łańcuchach. Ulica jest przysypana drobnym śniegiem, mijają nas przechodnie, lecz niewielu. Okutani futrami, spieszący najwyraźniej w swoich sprawach, wychodzą z jednych drzwi i zmierzają do innych. Dają nam przejście i niektórzy pozdrawiają Fjollsfinna, jednak nie ma w tym czołobitności. Nikt nie pada na kolana ani nie chyli się w specjalnym ukłonie.
Jeszcze przez jakiś czas przemierzamy zaułki w cieniu murów, otoczone krużgankami podwórce i kręte ulice. Zamek jest miastem. Najbardziej podobnym do miasta ze wszystkiego, co tu widziałem.
A potem znów zapadamy się w głąb murów i klucz my korytarzami wśród gładkich jak szkło ścian, kręconych kolumn i schodów. Trafiamy do okrągłego, małego pomieszczenia, z którego nie ma drugiego wyjścia. Fjollsfinn podchodzi do rzędu pokrytych ozdobami kutych żelaznych dźwigni i przekłada najpierw jedną, później drugą. Gdzieś niedaleko rozlega się głośny plusk płynącej wody i turkot, pomieszczenie drga i wyraźnie rusza do góry. Grunaldi i Sylfana przysiadają, chwytając za broń, konie zaczynają parskać. Od strony eskorty dobiegają nas stłumione śmieszki i chichoty. Spalle siada na noszach i obmacuje biodro w poszukiwaniu oręża, Sylfana unosi czarne brwi i obdarza mnie pytającym spojrzeniem, ściskając rękojeść miecza. My oraz Fjollsfinn i pięciu jego ludzi. Stłoczeni w jadącym gdzieś okrągłym pomieszczeniu, wśród końskiego zapachu i smrodu ciał przepoconych pod kolczugami i pancerzami. Kręcę głO’ wą i uspokajam ich gestem dłoni.
„Spokój. Nie teraz. Czekać”.
Winda jedzie w górę wśród turkotu i szczęku łańcuchów.
– Zamek stoi na zboczu, z którego spada wodospad – odzywa się Fjollsfinn. W jego głosie nie ma pychy jak u van Dykena. Raczej duma kogoś, kto oprowadza gości po nowym domu. – Mamy więc koła wodne. W całym zamku jest system przewodów prowadzących wodę, kół
i przekładni: poruszają dźwigi towarowe, żurawie, windy, otwierają drzwi. Napędzają czerpaki podające pociski do katapult na murach, miechy i młoty w kuźniach, koła młyńskie. To wszystko jest technologia, która tu istnieje w tej czy innej formie. Połączyłem ją tylko w jeden system.
– Większość epokowych zmian to znane rzeczy połączone w nowy system – zauważam. – Zazwyczaj po to, by zmuszać.
Odwraca się do mnie i patrzy przez chwilę z namysłem.
– Ach tak. Doktryna nieingerencji. Tylko że to jest doktryna badaczy. Ja już dawno nie jestem badaczem. I nie ja ją złamałem. Teraz jestem rozbitkiem. Mieszkańcem tego świata.
– Graczem?
– Nie biorę udziału w polityce. Nie sięgam po władzę nad krajem ani zwłaszcza kontynentem. Niech mnie pan nie miesza z tamtymi. To mój dom. Mój azyl. Szałas rozbitka. Mam to miasto, ale tu w większości mieszkają uchodźcy. I wszyscy z własnej woli. Po kolei. Rozgośćcie się, a potem będziemy rozmawiać. Ma pan wiele pytań. Ja też.
Z korytarza przez oszklone gomółkami okna widać kolejne tarasy murów, las wież i stromych dachów, a dalej morze. Wciąż świeci blade słońce. Pstrykam w okrągłą szklaną płytkę, dużo bardziej przejrzystą niż zwykłe tutejsze mętne szkło. Odpowiada wysokim, śpiewnym dźwiękiem kryształu.
Otwierają się przed nami następne rzeźbione i nabijane ćwiekami wierzeje, wchodzimy do ogromnej, jasnej komnaty. Przez rzędy okien wpada powódź dziennego światła, na środku stoi wielki stół z czarnego drewna obstawiony krzesłami o wysokich oparciach i kominek, w którym można upiec całą owcę. Przed kominkiem nieduży rzeźbiony stolik, kilka foteli i futra rzucone na podłogę. Miło.
– Tam są sypialnie. – Fjollsfinn wskazuje na ścianę pokrytą rzeźbioną boazerią. Mówi w języku Wybrzeża. – Trzy z jednej strony, trzy z drugiej. Każda z łazienką i toaletą oraz duża łaźnia z wanną i sauną. Ludzie zwykle przybywają grupami i z początku czują się nieswojo, chcą mieszkać razem. Tu zostawimy wasze bagaże i zjedziemy na dół. Zobaczycie, którędy wychodzi się do miasta, i stajnię, gdzie zostaną wasze konie.
Trochę to wszystko przypomina meldowanie się w hotelu. Jesteśmy zdrożeni i zmęczeni, odprowadzamy i uspokajamy wierzchowce, a potem wnosimy swoje rzeczy do izb przy jadalni. Na stole pojawia się kilka butelek i dzbany z piwem, pieczeń, chleb i sery. Przekąska na koszt hotelu. Nie mogę się doczekać, aż każą nam wypełnić karty meldunkowe, żebyśmy mogli wreszcie wziąć prysznic i spotkać się w barze przy plaży. Omal nie wręczam na koniec Fjollsfinnowi srebrnej marki.
Proponuje spotkanie u siebie za godzinę i zostawia nas samych.
W gościnnej komnacie wyglądającej jak wyjęta z operetki o Królu Arturze.
Kąpiemy się w gorącej wodzie – nie muszę już instruować załogi, jak działają krany, bo były też na drakkarze. Przebieramy się, jemy, pijemy piwo.
– Co teraz będzie? – pyta Grunaldi. – Opowiadałem ci, jak tu jest. Spójrz na to wszystko. Jedzenie jest zbyt dobre. Woda za czysta. Domy za wielkie. Tamten ogród, który ja widziałem, też był zbyt piękny. To jest nienaturalne. Powiem ci – celuje we mnie ogryzioną kością – że ten Pieśniarz jest jak morska płaskuda, która wabi ryby w głębinach pięknymi światłami. To jedzenie: wąchałeś, próbowałeś i mówiłeś, że nie jest zatrute. Ale ja nie wiem, czy tu się w ogóle obudzimy rankiem. W mojej izbie rosną kwiaty! Zimą! Kto mógłby zbudować coś takiego? Ile trzeba pieniędzy i czasu, żeby naciosać tyle kamienia!
– Czujesz się tu dziwnie? Jak wtedy w ogrodzie? – py. tam. Jeśli Grunaldi ma istotnie alergię na magię, to jest bezcenny. Stanowi niezawodny czujnik.
– Normalnie. Płynąłem po wzburzonym morzu. Lądowaliśmy na skałach. Wspinałem się po murze. Zabiłem jednego męża, a trzech powaliłem. Skopali mnie. Biliśmy się potem na nabrzeżu. Trafili strzałą w plecy. Weszło płytko, ale teraz mam podwiązaną rękę. Znam takich, którzy narzekaliby przy lżejszych ranach. Ale nie dusi mnie tak jak wtedy. Mówię i myślę jasno.
– Przypłynęliśmy tu, żeby znaleźć sposób przeciwko królowi Węży. I jeśli nam się uda, lodowe okręty popłyną na pomoc Domowi Ognia, kiedy tylko zejdą śniegi. Siła, która pozwoliła wznieść ten gród, może nam się przydać, jeśli dobrze to rozegramy. Z tego, jak zachowuje się ten człowiek, sądzę, że też nienawidzi tamtych Pieśniarzy.
– U ciebie w kraju ludzie tak wyglądają jak on? – pyta niepewnie Sylfana.
– Oczywiście, że nie. Odmieniło go tutaj mocą uroczyska – odpowiadam. – Zrobimy tak: pójdę i rozmówię się z nim, a wy zostańcie tu i odpoczywajcie. Poranieni i tak na nic mi się nie zdacie. Nie rozumiecie też mowy, w której do mnie przemawia.
Przebieram się. Zakładam świeżą bieliznę, wyprane portki i kaftan. Nie ze względu na Fjollsfinna – po prostu to miejsce tak na mnie działa. I nie przez jakąś magię Lodowego Ogrodu, ale przez czyste, lśniące posadzki, gładkie meble, gorącą wodę.
I mydło w kostkach, najwyraźniej z dodatkiem jakiegoś pachnidła.
Za całą broń biorę ze sobą nóż, który wieszam na szelkach pod pachą pod kaftanem. Patrzą z aprobatą, gdy na próbę wyjmuję kilka razy ostrze – krótkim, dyskretnym ruchem rodem z Sevillana Sąuola des Armas Blancas.
Zabieram też fajkę i nic mnie nie obchodzi, że Skandy naw przeżyje szok.
A potem prowadzą mnie po kamiennych zielonkawych posadzkach, na których naturalne żyły minerału układają się w geometryczne wzory. Przez przejścia i kolejne podwórce, gdzieś na szczyt twierdzy.