Na wszelki wypadek przywołuję Cyfral.
Prowadziło go dwóch ludzi, z których jeden nosił się jak typowy mieszkaniec Wybrzeża Żagli, w skórzanych portkach i sznurowanej wełnianej kurcie z kapturem, przepasanej pasem, a drugi miał przypuszczalnie strój osobistej gwardii Fjollsfinna, z tuniką z wyhaftowanym znakiem drzewa narzuconą na kolczugę i w hełmie z nosalem i głębokimi osłonami policzkowymi.
Fjollsfinn przyjął go w okrągłej komnacie, w której można by bez trudu zorganizować koncert albo publiczną egzekucję. Miała ze trzydzieści metrów średnicy, kominek na jednej ścianie był wielki jak pieczara, na lśniących posadzkach rozmieszczono wysypane żwirkiem wgłębienia, w których rosły ozdobne krzaki i drzewka, z przeciwległej ściany szemrał mały wodospad, spadający do idealnie okrągłej sadzawki i opływający pomieszczenie korytem z lśniącego bazaltu. Nad głową ściany opasywała antresola z pełną tomów biblioteką, a nad tym wznosiła się kopuła z sześciokątnych kryształowych płyt ukazując niebo i coraz gęstsze chmury.
Fjollsfinn siedział w jednym z głębokich foteli przy kominku i wstał na jego widok.
– A słoniki gdzie? – zapytał Drakkainen z zainteresowaniem. – Na wybiegu?
Norweg wskazał mu drugi fotel, ale nie zareagował nijak. Zresztą jego zniekształcona twarz nie pozwalała odczytać żadnych emocji.
– Też od dziecka chciałem mieszkać w słoniami. Jasno, przestronnie, wodospad, sadzawka, rośliny. – Vuko wyjął fajkę z kieszeni kaftana.
– Zbudowałem sobie azyl – wyjaśnił Fjollsfinn. – Miejsce, w którym mógłbym dożyć swoich dni, usiłując badać ten świat. Bez ingerencji, które tak cię drażnią. Ale w tej chwili chciałbym się pozbyć „Jądra ciemności”. Nie podoba mi się zakończenie. Zwłaszcza w wersji filmowej.
– Chciałbyś się pozbyć „Jądra ciemności”, bo nie podoba ci się zakończenie… – sparafrazował Drakkainen, ubijając tytoń i starając się, żeby jego ton zabrzmiał możliwie terapeutycznie.
– Przynosimy na ten świat własne historie. Toposy, mity. A on się nimi karmi. Tak jakby skończyły mu się własne, mam taką teorię. W tej chwili my dwaj odgrywamy tu Kurtza i Willarda. Ja siedzę między tubylcami i rzekomo tworzę tu jakąś obłąkaną utopię, a ty przybywasz z zewnątrz, żeby zrobić ze mną porządek. W rzeczywistości nie tworzę żadnej utopii. Po prostu wywalczyłem sobie mały skrawek na uboczu, żeby spokojnie mieszkać. Nie jestem Kurtzem. Nie interesuje mnie egzystencjalna strona ludzkiej natury ani nie nienawidzę cywilizacji. Ani naszej, ani tej. Mrok i zgroza to nie moja domena. Mnie interesuje ksenoetnologia. Natura tego świata. Jest niebezpieczna, ale ciekawa. Chcę wiedzieć, jak działa, i obserwować to. Pokręcił głową.
– Powinniśmy zadawać sobie pytania. Wtedy stopniowo wszystko nam się wyjaśni.
– Dobra – zgodził się Drakkainen. – Co to za zamek? Ty go zbudowałeś?
Fjollsfinn wstał i zaprowadził go na drugą stronę pomieszczenia. Wśród krzaków, mostkiem nad strumykiem, do okrągłego kamiennego stołu. Na samym środku w zagłębieniu stał ciosany kryształ wielkości jabłka, opierając się szpicem o blat, nakryty przezroczystą kopułą. Wyglądał jak olbrzymi diament, tylko stał na wierzchołku, drwiąc sobie z ciążenia.
– To jest ziarno. Miałem takie dwa, kiedy wydostałem się z lodu.
– Ziarno?
– Zawiera w sobie zamek. Musisz znaleźć niewielki czynny wulkan i wrzucić je do krateru. Nastąpi wybuch i erupcja. Ale każdy wytrysk lawy, każda bomba wulkaniczna będą miały cel. Zamek. Ziarno nada wulkanowi cel. Kiedy tylko lawa ostygnie, po dwóch, trzech miesiącach możesz przypłynąć i wejść. Będzie gotowy, pod klucz. Wystarczy wstawić drzwi i meble. Poruszyć to, co powinno być ruchome, i skruszyć cienką jak papier warstwę skały, którą będzie przyrośnięte do ścian. Gotowy zamek zaklęty w ziarnie. Program, który obudzi wulkan i zmusi do urodzenia zamku. Są tu oczywiście błędy. Całe korytarze i rejony, które prowadzą nie wiadomo gdzie, schody do góry nogami, figury niemożliwe i drzwi na suficie. Zdarza się. Ale są też łazienki odlane w całości z bazaltu i alabastru, w których płynie woda, gorące źródła i wodospad płynący między ścianami, w kanałach, które tylko czekają na koła wodne, szczeliny w skale, którymi gaz płynie prosto do lamp, albo przewody dostarczające gorące powietrze. Zamek to świetna rzecz, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Materializacja potrzeby bezpieczeństwa przerażonego umysłu. Ja zostałem oślepiony, a potem wepchnięty do oceanu i zamknięty w lodowej górze. Trwała zima. Byłem krą. Ślepą i marzącą o zamku, który by mnie ochronił. Miesiącami trwałem w letargu, w lodowej ciemności, śniąc o podłogach, wieżach i krużgankach. Znałem każdy załom muru i każdą komnatę. Trwało to tak długo, aż wyrósł na mojej głowie. Myślałem też o lodzie. Byłem lodem. Zrozumiałem lód. Mogłem kazać się stawać lodowi. A potem mogłem go kształtować. Tworzyć izotopy o różnych właściwościach. Mogłem sprawić, by przestał topnieć. Mogłem w końcu zrobić sobie z niego oczy i zacząć widzieć. A kiedy po istnych eonach deprywacji sensorycznej tak panowałem nad lodem, że mogłem kazać mu stopnieć i uwolnić mnie, w każdej dłoni trzymałem ziarno. Dryfowałem na krze z ziarnami w ręku, aż przypłynąłem tutaj.
– Ja byłem drzewem – powiedział Drakkainen tonem człowieka, który porównuje wrażenia z wakacji.
– Słucham?
– Van Dyken przebił mnie włócznią i zaklął w drzewo. Przez kilka tygodni byłem drzewem. Drzewem. Nie wiem jakiego gatunku. Osobiście nazywam je jesionami, ale pewnie fachowo nazywają się inaczej. W końcu to nie są ziemskie drzewa. Było trochę podobne do oliwki.
– Van Dyken… To on mnie oślepił. Jeszcze w stacji. Powiedziałem mu, że jest zbrodniarzem. A on krzyknął, że jestem ślepy, i moje oczy wybuchły.
– Chyba marstonia pseudolistna – przypomniał sobie Drakkainen. – Tak to się nazywa. Więc wrzuciłeś to do wulkanu, a on wybuchł i lawa uformowała całe to grodzisko. Razem z toaletami, kominkami i maszkaronami na dachach. Dlatego że przedtem myślałeś o zamku?
– Tak.
– Rozumiem.
– Tak po prostu?
– Mieszkam tu już z pół roku. Co się wydarzyło w stacji?
– Nie. Teraz moja kolej. Co się stało z resztą ekipy? Z „zespołem ratunkowym”, o którym pisałeś na żalnych kamieniach?
– Nie ma żadnej reszty ekipy. Cały rescue team to ja.
– Wysłali cię samego? Nie wierzę. Agencja nie działa w ten sposób. To wbrew wszelkim regułom i zdrowemu rozsądkowi.
– Zależy która agencja. Ta, którą masz na myśli, nie mogła już wysłać nikogo. Polityka. Midgaard to teraz strefa zakazana. Imperializm nie przejdzie. W żadnej postaci, zwłaszcza w wymiarze międzyplanetarnym. Właściwie dopiero co wygraliśmy wojnę i teraz jest nam wstyd.Bardzo po europejsku. Będziemy chronić wszechświat przed podłą ludzkością. Oficjalnie cały program jest zamknięty. Również obserwacja bezzałogowa. Nie wolno nam nawet zbliżać się do tej orbity. A nieoficjalnie chciano się dowiedzieć, co tu się dzieje, i zatrzeć ślady. Nie pytaj, dlaczego w ten sposób. Bo tak chcieli komisarze.
– Duval i ja wysyłaliśmy raporty. Dopóki stacja istniała. Za pomocą bionicznych nadajników typu radiolaria ze stratosferycznym modułem wynoszącym; zwykły balon z helem. Pewnie dlatego cokolwiek zrobili.
Zamilkł na chwilę i poprawił pogrzebaczem drwa na kominie. Niebo nad kryształową kopułą zasnuło się chmurami podobnymi do pożółkłej waty, za rzędem ostrołukowych okien na jednej ścianie na tarasowy ogródek w stylu japońskim wielkimi płatkami padał śnieg. Wiotkie dywany topniejących płatków zaczęły dryfować też po morzu.