Выбрать главу

– Upędziłem akevitt. Prawdziwy, duński, z nieprawdziwych gruszek. Czasem osobiście robię sobie frykadelki. Takie duże, norweskie. Ale i szwedzki skóttbullar. Jeszcze ciasto z jabłkami i śledzie w słodkiej zalewie. Tu nie ma śledzi, więc marynuję jakieś inne ryby. Właściwie pseudoryby. Śledzie nie powinny mieć kończyn, nawet szczątkowych. Brakuje papryki i cynamonu, nawet ich cebula to nie cebula. To jedyne, czego mi brakuje, lecz to jest Skandynawia mojego dzieciństwa. Potem to wszystko i tak było w ten czy inny sposób zabronione. Nie wiem, co się dzieje teraz, ale i nie chcę wiedzieć. Nawet moje nostalgie są jakieś takie wyidealizowane. Nie bardzo mam do czego tęsknić, odkąd mam ten zamek. Zapal już tę fajkę, przyniosę akevitt i kieliszki.

postawił na stole butelkę z bezbarwnego szkła, wydmuchaną sprytnie, ze szklaną gruszką wiszącą wewnątrz na szklanym ogonku. Drakkainen przypomniał sobie, że kiedy był dzieckiem, jego ojciec dostał taką samą od jakiegoś Norwega i twierdził potem, że płyn w środku był nieopisanie obrzydliwy. Tyle że Aaki miał też problemy z rakiją, pił ją czasem dzielnie, żeby nie wyjść przed Chorwatami na cieniasa, ale tak naprawdę uznawał tylko fińską wódkę.

Fjollsfinn nalał płyn do kieliszków, w powietrzu rozszedł się dziwny zapach, owocowy niewątpliwie, ale do gruszek było mu daleko. Butelka pokryła się szronem. Drakkainen dotknął jej, uniósł i popatrzył na majaczącą wewnątrz gruszkę.

– Jest z lodu – zauważył.

– Z półstabilnego lodu. Nazwałem go lód-4. Mówiłem, że jestem mistrzem lodu.

– Krystalicznej formy h2o? Ile tam może być kombinacji siatki krystalicznej, nawet jeśli układasz atom po atomie?

– Z niewielkim magicznym dodatkiem. h2o i czynnik „M”. Nawet zwykły lód może być kilkudziesięcioma rodzajami śniegu, może być twardy jak szkło albo miękki jak plastelina. Wszystko zależy od warunków fizycznych. Powiedzmy jednak, że możemy zastąpić temperaturę i ciśnienie innym czynnikiem, bardziej kontrolowalnym.

Wypili po lodowym kieliszku zimnego napitku. Drakkainen czujnie zerkał na grdykę Fjollsfinna i z minimalnym opóźnieniem przełknął alkohol, a potem uśmiechnął się z okropnym wysiłkiem. Aaki miał świętą rację. To było obrzydliwe. Ale ojciec Drakkainena często miał rację. Taki już był. Zbyt zbuntowany i aspołeczny dla Skandynawów, zbyt rozsądny i zimny dla Słowian. Vuko niósł przez świat jego przekleństwo – spokojny indywidualizm i wieczną niezgodę na absurdy. I też często miewał rację.

– Ludzie Ognia nie pękają – mruknął pod nosem. Wypił do dna i podstawił kieliszek. Fjollsfinn kiwnął głową z aprobatą i nalał im po następnym.

– Czynnik „M”. Najpierw natknął się na to Letherhaze. Przywiózł cały kontener elektronicznych gadżetów. Przeróżnych: odtwarzacze, komputery, gps-y, konsole do gier i cały zestaw specjalnych mikroprocesorów z wyświetlaczami i czujnikami, zaprojektowanymi specjalnie tak, żeby mogły się zepsuć i pokazać, dlaczego. W normalnych warunkach były to „maszyny do robienia ping”. Taki nieduży grant na boku innych badań od Nishima Biotronics. Okazało się, że przez jakiś czas działają, dopóki są hermetycznie, próżniowo zamknięte. Rozkładał je w różnych miejscach i sprawdzał, co się dzieje. Tak znalazł uroczysko. Początkowo interesowało go głównie to, że elektronika psuła się tam szybciej. Hermetyczne pojemniki pękały, uszczelki parciały im na poczekaniu. A potem zaczęły się materializacje. Nie wiem dokładnie, co się stało, bo Letherhaze najpierw sądził, że zwariował, a później to przez jakiś czas ukrywał. Widywał ludzi z Ziemi, za którymi tęsknił. Jako materialne widma. Rozmawiał z nimi, kochał się z kobietami, które zostały biliony kilometrów stąd, ale był przekonany, że wariuje. Potem zaczął eksperymentować. Najpierw zapalał małe ogniska siłą woli, materializował jakieś czekoladki, które zjadał, kazał kamieniom zamieniać się w gwoździe. A w końcu opowiedział nam o tym. Zmaterializował butelkę whisky „Old Barley” i przyniósł do stacji. Wybuchła sensacja. Jasne, że w pierwszej chwili mu nie wierzyliśmy. Wariat. Tylko że wszyscy przechodziliśmy co miesiąc serię testów pod kierunkiem Passionarii Callo. Jesteśmy cywilizacją testów i procedur. Jeśli ktoś stawia krzyżyki w odpowiednich krateczkach i z tabelki wynika, że jest poczytalny, to znaczy, że jest zdrów, nawet jeżeli widuje krasnoludki i rozmawia ze zmarłą babcią. Nawiasem mówiąc, tak robiła te testy jak za króla Ćwieczka: formularze i ołówki. Zaczęliśmy więc badać krasnoludki.

Nalał im po kolejnym kieliszku pseudogruszkówki. Drakkainen z wysiłkiem przełknął ślinę, ale pomyślał, że kiedy ciecz już przedrze się przez ściśnięte gardło, dobrze mu robi w środku.

– Byliśmy bandą uczonych. Taki ma dwie ścieżki postępowania, kiedy natknie się na coś, co jest sprzeczne z materializmem naukowym. Albo odwraca się plecami, zatyka uszy, zamyka oczy i powtarza: „Artefakt, artefakt, nie istnieje, przypadkowe, nieistotne, niezgodne, nie ma”, albo wymyśla naprędce akademicką teorię. Powstały „pola kreatywne”, „transmutacja intencjonalna”,»metarzeczywistości taumaturgiczne”. Goddehehe magia ubrana w akademicki bełkot natychmiast zrobiła się do przyjęcia. Rzecz jasna, wszystkie te teorie pojawiły S1C razem ze skleconą na kolanie terminologią, bo, jak to się mówi, brakowało nam „derywatów semantycznych”. Dlatego przypuszczam, że nikt nie mógł pojąć z naszych raportów nic sensownego poza tym, że załogastacji Midgaard ii przypuszczalnie znalazła okazałą kolonię grzybów podobnych do psylocyble. Teorie szły coraz dalej, przy kolacji królowały „postulaty neoplatońskie”, „hiperkreacja” i tym podobne. Doszli do wniosku, że uroczyska to miejsca, w których świat przybiera prawdziwą, wolną od pseudoobiektywizmu formę. Ma styczność z rzeczywistością platońskiej idei, innymi słowy, że jest wyjściem z jaskini materializmu. To miejsca, w których wszystko może się stać wszystkim, wystarczy tylko ukształtować je wolą. To była tylko jedna z teorii, a sklecili ich z siedem i żarli się o nie. Okazało się, że kiedy naznosiliśmy do bazy ziemi z uroczysk, roślin, grzybów i próbek, to zaczęliśmy robić cuda i tam. Personel badawczy wysyłał w powietrze fireballe, zamieniał ptaki w kamienie, van Dyken, który jest zupełnie fanatycznym ateistą i świrem, codziennie replikował cuda Jezusa, przemieniał wodę w wino, chodził po wodzie, rozmnażał chleb i ryby, przy posiłkach urządzał parodie mszy, na których zmieniał Duvalowi pieczywo w kawałek surowego mięsa, a wino w krew, głównie po to, żeby go drażnić, bo okazało się, że ten jest w duchu wierzący.

Wypili. Drakkainen uznał, że do tej niedorobionej hruśkovicy da się przywyknąć.

– Jak doszło do rzezi?

Fjollsfinn znieruchomiał na chwilę, unosząc ślepe, wypełnione błękitnym lodem oczodoły.

– Do rzezi? To nie była rzeź, tylko seminarium. I sądziłem, że tylko Duvala i mnie zamordowano.

– Stacja jest pusta i zrujnowana. Na miejscu znalazłem cztery trupy. Duvala zamieniono w drzewo, jak mnie. Letherhaze i Zavratilova zostali ścięci u stóp posągu Halleringa do połowy spetryfikowano, zmieniono w kamień. Dach był zburzony, wrota wysadzone. Na miejscu pozostał jeden upiór uroczyska, z gatunku żabo-diabeł tasmański. Upiora zlikwidowałem, Duvala ściąłem, pozostałe szczątki zniosłem do budynku stacji, który spaliłem. Jestem tu po to, by posprzątać po waszych seminariach, Fjollsfinn. Gdzie podziała się reszta? Zlokalizowałem ciebie i van Dykena. Brakuje mi Ulrike Freihoff i Passionarii Callo.

Fjollsfinn oparł się, masując twarz, ostrożnie przetarł palcami lodowe powieki, potarł czoło i delikatnie dotknął sterczących mu na głowie wież i donżonów.

– Spaliłeś… Boże, wszystkie moje notatki, wszystkie próby… Dobra. Później. Pojawiły się dwie frakcje. Kiedy dotarło do nas, co to jest, większość uważała, że to zjawisko skrajnie niebezpieczne. Większość, bo ja i Duval byliśmy wręcz zdania, że odkrycie jest akurat tego rodzaju, które należy wrzucić do nieczynnego wulkanu i zalać betonem. Ale troje z nas uważało inaczej.