Выбрать главу

Fjollsfinn patrzył na niego swoją niesamowitą maską, z oczodołami zalepionymi lodem i koroną baszt na głowie, przygryzając w zamyśleniu wargę. Drakkainen wyobraził go sobie na ulicy Paryża, jak siedzi przy kawiarnianym stoliku, i zrozumiał, że z tą ewakuacją też nie będzie tak prosto.

– Nie jestem pewien, czy to są po prostu naroślą na czaszce i czy dałoby się je usunąć – powiedział Norweg z namysłem, jakby czytał w myślach zwiadowcy. – A przez te lodowe protezy widzę w zasadzie normalnie. Jeśli dostanę bioniczne implanty, będę do końca życia patrzył na świat jak na mozaikę pikseli. Ewakuacja nie budzi we mnie dzikiego entuzjazmu. A co do zagrożenia, to wcale nie jestem taki pewien. Zdobycie Lodowego Ogrodu z morza siłami pięciu, a nawet dziesięciu tysięcy ludzi wcale nie będzie takie łatwe. Nie chcę od razu powiedzieć „niemożliwe”, ale ciśnie mi się to na usta. Mam swoje sposoby i od początku brałem pod uwagę możliwość obrony. Lodowy Ogród jesteśmy w stanie obronić. Pokonać jego armię w polu – już nie. Będzie musiał dokonać gigantycznego wysiłku logistycznego. Jeśli spróbuje desantu, nie zdoła nawet doprowadzić armii pod mury. Znam wszystkie miejsca, w których można lądować na tej wyspie, i mam je pod kontrolą. Ci, których nie spalę na plażach, będą musieli przedrzeć się przez jedną z trzech górskich przełęczy, cały czas pod ogniem z niedostępnych stanowisk. Jeśli uderzy z morza, połamie sobie zęby na przedpiersiach. Poniesie gigantyczne straty. Uważam, że to najlepszy sposób, żeby go zneutralizować. Niech uderzy na Lodowy Ogród. To będzie koniec jego imperium. Natomiast co do położenia wyspy, wcale nie jest takie powszechnie znane. Owszem, w portach opowiada się różne historie, ale to są bajki. Zresztą wiele z nich sam rozpuszczam. Morscy awanturnicy nie są w stanie zrobić mi krzywdy. Zazwyczaj większość zostaje i zasila moją populację.

– On spali Wybrzeże Żagli, Fjollsfinn. Zamiast wesołej przedfeudalnej społeczności luźno powiązanych klanów wojów i wolnych kmieci będziesz sąsiadował z totalitarnym cesarstwem Węży czy czymś w tym rodzaju. Nie będzie wtedy mowy o pięciu tysiącach wojowników na stu okrętach. Jeśli zechce, to cię zarygluje na morzu i zagłodzi. Albo wystawi flotę, jakiej świat nie widział, po czym spali ci ten zamek z morza, spoza zasięgu twoich katapult. Używa broni biologicznej. Usiłuje hodować smoki. I pewnego dnia mu się uda. Pieprzone latające, ziejące ogniem wywerny. Jeśli dasz mu czas, stanie się niepokonany.

– Ale uderzenie na niego siłą dodatkowych trzystu wojowników niczego nie zmieni.

Drakkainen westchnął i wystukał fajkę o ruszt kominka. Ten gest jakoś go wzruszył – jak wspomnienie dobrze znanego, lecz zaginionego świata. Kominek z płonącymi polanami, fajka wypalona w wygodnym fotelu.

– Czego ty chcesz, Fjollsfinn? Urlopu naukowego? Emerytury? I myślisz, że człowiek, który cię oślepił i zamknął w lodzie, zapomni o tobie, kiedy nabierze pewności, że żyjesz?

– Chcę kontynuować badania. Dla siebie. Dla poznania. I trzymać się na uboczu. Mam ku temu powody Przyniosłeś mi wieści, które zburzyły mój spokój. Nie mogę wysłać wszystkich sił na pomoc tym Ludziom Ognia. Nie mogę osłabić załogi Lodowego Ogrodu. Chcę pomóc, ale nie w ten sposób. Zostawmy to. Zastanówmy się, wróćmy do tego tematu jutro. Trzeba wymyślić coś lepszego.

Drakkainen poderwał się i schował fajkę do kieszeni. Fjollsfinn uniósł swoją upiorną twarz z wyrazem jakiejś bezradności.

– Już wychodzisz? Dlaczego?

– Idę do miasta – obwieścił Drakkainen. – Połazić po sklepach, wpaść do baru na parę piw, pomyśleć.

– Słyszałeś o Pieśni Ludzi? I o martwym śniegu?

– Tak. Globalna epidemia śpiączki, która kończy się powszechną amnezją.

– Koniec kultury. Koniec rozwoju. Całkowity reset. Wszyscy zaczynają od początku, od etapu odpowiadającego mniej więcej naszemu siódmemu wiekowi w Europie. Nie znają swoich bliskich, nie znają nawet miejsc, w których się budzą. Jedyne, co pamiętają, to epos zwany Pieśnią Ludzi. Podstawowa wiedza praktyczna. Dlatego nadal umieją kuć żelazo, budować łodzie i domy, znają język i potrafią uprawiać zboże.

Podniósł na Drakkainena swoje lodowe oczodoły wypełnione szklistym błękitnawym materiałem.

– To nadchodzi, kiedy ten świat zaczyna się nadmiernie zmieniać, kiedy zaczyna się przekształcać i tracić równowagę. Zauważyłeś, że tu nie ma rozwoju? Nie ma dążności do postępu? To dlatego, że w odpowiedzi na postęp pojawia się martwy śnieg. Reaguje na brak równowagi i uruchamiający się zbyt intensywnie rozwój. Na zmianę. A my jesteśmy czynnikiem, który zaburza równowagę. Jesteśmy zmianą. Jedyna szansa to siedzieć cicho i nie zmieniać tego świata. Inaczej sprowadzimy na niego zagładę. Usiłuję badać Pieśń Ludzi i wszystko, czego da się dowiedzieć na temat martwego śniegu. Dowiedziałem się niewiele, bo ostatni raz to się wydarzyło ponad trzysta lat temu. Ale wiem, że mechanizm tego świata przez jakiś czas toleruje odstępstwa od Pieśni Ludzi. Znosi nawet dość duże ingerencje, dopóki nie pojawi się zbyt wiele globalnych konsekwencji. Zmian, po których świat przestaje być sobą i zmienia się raz na zawsze. Według mnie van Dyken już jedzie po bandzie. Jeśli staniemy z nim do walki z takim samym zaangażowaniem środków, uruchomimy ten mechanizm.

– Ale jeśli go nie zatrzymamy, on go sam uruchomi. – Drakkainen spojrzał na rozmówcę. – Dobra. Wróćmy do tej rozmowy jutro. Jestem zwyczajnie zmęczony. Idę do moich ludzi, żeby ich uspokoić, a potem przejdę się do miasta. Nie masz jakiegoś planu miasta albo czegoś w tym rodzaju?

– Chaotyczny rozkład twierdzy to moja broń. W naszych czasach taki plan to rzecz ściśle tajna. Gdyby wpadł w łapy van Dykena, straciłbym jeden z atutów. Dam ci coś lepszego. Dam ci ptaka.

Zagwizdał i spośród liści jednego z ozdobnych krzewów wyleciał ptaszek wielkości wróbla, ale we wściekłym neonowożółtym kolorze, który wpędziłby każdego kanarka w kompleksy. Przysiadł na wyciągniętej dłoni Fjollsfinna, który pogładził go jednym palcem.

– Zawsze będzie w pobliżu. Wystarczy, że zagwiżdżesz. A potem powiedz w języku Wybrzeża „dom”, a on cię zaprowadzi do twojej kwatery. Jeśli będziesz chciał przyjść tutaj, powiedz „Fjollsfinn”. Nie zrobi ci wycieczki po mieście, ale przynajmniej się nie zgubisz, bez względu na to, gdzie pójdziesz. Za murami znajduje się Lodowy Ogród. Nie chodź tam. To moje uroczysko. Moja wylęgarnia czynnika „M” uwięzionego w lodowych roślinach. Wygląda jak ogród z lodu. Nie wchodź tam, a szczególnie nie pozwalaj swoim ludziom.

Drakkainen wrócił do swojej kwatery za trzecim czy czwartym rzędem murów, podążając za migocącym niczym jaskrawożółta iskra ptaszkiem. Warfnir i Spalle chrapali w łóżkach, a Grunaldi i Sylfana tkwili w fotelach przed kominkiem, pociągając piwo. Ucieszyli się, że żyje, ale żadnemu z nich nie chciało się nigdzie wychodzić. Oboje mieli pod ręką miecze, Sylfana jeszcze dodatkowo na kolanach klejony okrętowy łuk i kołczan pełen strzał oparty o fotel. Oboje zerkali co chwilę na drzwi. Zabrał więc sakiewkę i poszedł sam. Prosto w kamienny labirynt, pod padającym wielkimi płatkami śniegiem. Ptaszek czekał na niego na parapecie, a potem podążył, znowu fruwając mu nad głową, kilka kroków z przodu.