Nie miał pojęcia, dokąd idzie, cieszyło go to, że jest sam i przemierza korytarze, krużganki, ulice i dziedzińce bez żadnego głębszego celu. Nie musiał się skradać, walczyć ani nikogo śledzić. Po prostu szedł przed siebie jak turysta, który po raz pierwszy odwiedza miasto.
Ulice wąskie, chaotyczne, kluczące pomiędzy murami i ścianami budynków. Czuł się jak w jednym z historycznych miasteczek Dalmacji. Może w Primośtenie albo Trogirze. Tylko brakowało tu tłumu turystów, a przechodnie nosili miecze, futrzane peleryny z kapturami i buty z rzemieniami oplatającymi kostki. Zresztą nie było ich bardzo wielu.
Miasto żyło, ale inaczej niż nadmorskie pięćsetletnie starówki Dalmacji. Rzecz jasna, nie było tu wodorowych skuterów, sklepów z pamiątkami, lodziarni ani biało-czerwonych parasoli Karlovaćko. Ale nie było to też przaśne wczesne średniowiecze Wybrzeża Żagli. Razem z ołowianym niebem sypiącym śniegiem nadszedł wczesny zmierzch i na ulicach zapłonęły latarnie. Czwórgraniaste, o szybkach z kryształu, nakryte daszkami z prześwitującego bazaltu, wyrastały z muru na kamiennych wspornikach, jak zagięte pod kątem prostym łodygi, puste w środku, którymi płynął gaz ziemny. Zobaczył też człowieka, który je zapalał – w futrzanej pelerynie i dziwacznym nakryciu głowy, wyglądającym jak cylinder z futra, ozdobionym futrzaną opaską z oplotowymi okuciami. Miał w dłoni tyczkę z hakiem i płonącym lontem umocowanym śrubą. Odciągał metalową dźwigienkę u podstawy lampy, a potem wtykał knot przez otwór w dole i gaz fukał błękitnym płomykiem. A potem latarnik odchodził, stukając w bruk swoją tyczką.
Drakkainen chodził ulicami, wspinał się po kamiennych schodkach na mury, mijając rzadko rozstawionych strażników w kapalinach i futrzanych kaftanach, na które mieli narzucone kolczugi, a na to wszystko luźne płócienne tuniki z kontrastowym znakiem bezlistnego drzewa. Grzali się przy żelaznych koszach pełnych rozżarzonego węgla drzewnego i koksu i spoglądali w ciemność, w której huczało i połyskiwało zimowe morze. Kilka razy oparł się o blanki i patrzył w nocny horyzont, myśląc o drewnianej twierdzy zwanej Dom Ognia, dla której nie było ratunku. O młodym styrsmanie zwanym Atleif Krzemienny Koń. O szaleństwie swojego rodaka, które powinien był powstrzymać, ale nie potrafił i wciąż nie wiedział jak.
Mały żółty ptaszek przysiadł obok niego na blankach, a morski wiatr rozwiewał mu nastroszone piórka.
Potem znowu kluczył zaułkami i uliczkami. Kilka razy wchodził w miejsca, w których spotykał tylko pojedynczych przechodniów, najwyraźniej spieszących gdzieś dalej, jednak poza tym wydawało się tu pusto, a wąskie okienka wbudowanych w bryłę twierdzy kamieniczek były ciemne i zimne.
Trafił do małego rybackiego portu, otulonego obronnymi murami, gdzie na pirsie siedzieli rzędem ludzie z linkami do łowienia ryb. Potem do oświetlonej hali targowej, gdzie pod syczącymi gazowymi lampami przechadzał się wśród kamiennych straganów. Sprzedawano ubrania, naczynia, biżuterię, wędzone ryby i mięso obok broni i bel tkanin. Towary nie odbiegały od tego, co zwykle można było tu kupić na straganach, ale i tak co chwilę Drakkainen natykał się na anachronizmy, jakby w Lodowym Ogrodzie kiełkował dziewiętnasty wiek. Wiek pary, gazowych latarni, skomplikowanych przyborów codziennego użytku, kutych z taniego i dostępnego żelaza, powszechnej dostępności zamorskich towarów o kilka dni żeglugi znajdował się świat drewnianych dworów, gdzie ogryzano mięso od kości, śpiewano sagi i zamykano się za solidnymi częstokołami przed grozą nocy i zimnej mgły. Tutaj przechadzali się mieszkańcy kamieniczek, którzy mieli w domach wanny, korzystali z fryzjera, szyli z futra cylindry i palili drewno w kominkach głównie dla dekoracji, bo w podłogach płynęło ciepło uśpionego wulkanu.
Zmiany.
Zmiany, których ten świat nienawidził. I gotów był sprowadzić klątwę martwego śniegu. Vuko zaczął się obawiać, że oświetlone nocą ulice, ciepła woda w kranach i sklepy mogą naruszać równowagę nie mniej niż obłąkane legiony van Dykena, jego smoki i dzieci zaklęte w żelazne kraby.
Znalazł w końcu tawernę. Miała kilka dużych sal o beczkowym sklepieniu, ciężkie drewniane i kamienne ławy, kominek z rusztem, na którym obracała się lśniąca, przyrumieniona tusza, a nawet było paru kelnerów przepasanych białymi chustami, roznoszących cynowe kufle na drewnianych tacach i przyjmujących zapłatę. Kolejny anachronizm.
Lokal mógł równie dobrze znajdować się współcześnie na Ziemi, najwyżej uchodziłby za nieco wystylizowany. Zjadł kolację – małego pieczonego ptaka, zaskakująco twardego i łykowatego, wyrośnięty placek chleba na zakwasie, dzban piwa. Dla samej przyjemności zamówienia posiłku w restauracji, siedzenia przy stole, który nie jest gościną w czyimś domu, zatopienia się w miejskiej anonimowości. Siedział samotnie, nalewając sobie piwo do kubka, ćmiąc fajkę i patrząc na ogień w kominie. Nikt go nie zaczepiał, w ogóle wszędzie, gdzie zaglądał, było raczej pustawo. Pustawo albo kompletnie pusto. Niektóre kamienice miały wciąż zarośnięte drzwi. Drakkainena zaciekawiło, czy Fjollsfinn drukuje też gazety, czy są tu teatry, do których można kupić sobie bilet, lub miejskie biblioteki. Skruszył kawałek chleba i wysypał na blat, ale jego pierzasty przewodnik dziobnął tylko kilka razy, jakby z uprzejmości. Otoczenie przypominało scenografię jakiejś gry fantasy. Zastanawiał się, czy jeśli posiedzi dostatecznie długo w kącie, paląc fajkę, pojawi się Tajemniczy Nieznajomy z tandetną ofertą garści złota za ocalenie księżniczki albo czegoś podobnego.
Potem wracał do kwatery, znów klucząc wśród murów, łuków, wież i gargulców łypiących na niego spod dachów i podążając za świecącym neonowo ptaszkiem.
Po drodze wstąpił do jeszcze jednej gospody i wypił piwo na dobranoc.
W salonie nadal płonął ogień, ale Sylfana i Grunaldi już spali. Ich miejsce zajęli Spalle i Warfnir siedzący przy kominku z bronią w ręku. W kominie huczał ogień, a za oknem mroźny wiatr ciskał o kryształowe szyby płatkami śniegu. W środku było ciepło i przytulnie.
Zbyt ciepło i zbyt przytulnie.
(„Słowo o Skulldorfie „Blaszanym liściu”, „Wybrzeże Żagli)
Rozdział 6. Kroczący Z Ogniem
Zimowe dni toczyły się swoim torem. Obaj z Benkejem opiekowaliśmy się końmi, ujeżdżaliśmy je, karmiliśmy i układaliśmy. Wywoziliśmy gnój, przywoziliśmy paszę. Dziwiło mnie, dlaczego nie umieszcza się ich w stajni. Benkej wyjaśnił mi jednak, że to dzikie wierzchowce, które przywykły do życia pod gołym niebem, i tak jest dla nich najlepiej, i że do stajni trzeba je dopiero stopniowo przyzwyczaić. Dostawaliśmy też lepszą strawę. Przedtem rano pozwalano nam wypić kubek wody i wziąć po kawałku chleba, w południe wydawano trochę kaszy, a po zachodzie słońca zupę z resztek, tę samą, którą gotowano dla psów. Teraz na śniadanie do chleba dostawaliśmy wędzonkę albo kawałek sera, do tego kubek skwaśniałego mleka lub podpiwka. Potem także w naszej kaszy i zupie można było znaleźć trochę mięsa czy gotowane bulwy rzepniaków. Często gęsto wieczorem pozwalano nam wziąć dzban najgorszego albo odstałego piwa.