Jednak im bardziej byliśmy syci, tym bardziej tęskniliśmy za prawdziwym jadłem z naszych stron. Przyprawionym wściekiełką, korzeniami i ziołami, za gotowanymi z solą kolbami durry, pełnymi mączystych ziaren, za złotym chlebem lekkim jak puch, który nie był kwaśnawy i nie zgrzytał w zębach, za soczystymi kawałeczkami kowciny pieczonymi na węglu. Za łapami żółwi i tuszami rzecznych kałamarnic z ulicznych rusztów i straganów. Za kiszonymi maślinami, rukwią i białym kowczym serem. Za owocami i korzennym piwem, ambriją i palmowym winem. Wspominałem potrawy, które jadałem w pałacu, jak pierożki z płasoli i mięsa albo zupa z morskich trukwi. Benkej opowiadał o świątecznych plackach z roztrzepanych na pianę jaj pustynnych dreptaków, z mąką i śliwowym cukrem, które jego stryjenka piekła na kamieniach, a które jadło się z marmoladą z rosnących na wydmach owoców kalecznika i łykiem świeżego mleka. Tęsknił nawet za solidną miską wojskowego hyszmyszu, ale ja uważałem, że to przesada.
Mieliśmy się lepiej niż przedtem, jednak nadal byliśmy niewolnikami. Moje włosy odrosły, co gorsza, na twarzy także pojawił się zarost, zrazu miękki, a potem coraz twardszy, paskudny i czerwony jak wszelkie włosy na moim ciele. Na domiar złego nie rósł nawet jak porządna broda, a tylko pod nosem i na podbródku, przez co wyglądałem jeszcze głupiej. Benkej pokpiwał ze mnie, zwłaszcza że nie miałem jak pozbyć się brody, jemu zaś zarost na twarzy prawie nie rósł, a pojedyncze włoski wyrywał, natarłszy palce popiołem.
– Teraz widać, żeś Kirenen, Filarze, a nie parszywy Amitraj – drwił.
Dni o tej porze roku były wciąż takie same. Ciemne, mroźne i zatopione w śniegu, który wydawał się wieczny. Patrzyłem na spowitą w biel dolinę i nie mogłem sobie przypomnieć, jak to wszystko wyglądało, kiedy pokręcone czarne miotły drzew niosły korony liści, a zbocza pokrywała trawa. Wtedy aż oczy bolały mnie od zieleni, teraz cały świat składał się z bieli i czerni. Nawet niebo było białe niczym sprane prześcieradło. Las stał mroczny, igły drzew spowijały czapy śniegu i snuła się tam mgła, a nocami roznosiło się wycie roiho albo skalnych wilków.
Domownicy siedzieli całymi dniami przy ogniu, pili, gzili się, tyli i pożerali zapasy. Czasem polowali, a mięso wieszane na drągach w specjalnych komorach sztywniało z zimna, robiło się twarde jak drewno i nie psuło się. Ze spiżarni znikały kolejne połcie wędzonych szynek, kolejne beczki piwa, zabierano gomółki sera, bulwy zagrzebane w skrzyniach z piachem i dzbany drogocennego śliwowego wina, które przybyły z Południa. W stodołach i spichrzach powoli ubywało siana i zboża na mąkę, kaszę i śrutę. Tylko po tym mogłem się zorientować, że czas płynie. Poza tym zdawało mi się, że zima przyszła już na zawsze, a ciemność, mróz i śnieg zawładnęły światem na wieki i nigdy nie przestaniemy marznąć.
Co kilka dni Smildrun posyłała po mnie i musiałem wówczas odwiedzać ją w łaźni albo alkierzu, by odbierać nową porcję bólu i dawać rozkosz. Tam zakuwała mnie w łańcuchy, smagała rózgami i biczem. Bicz miał szeroki rzemień i nie przecinał skóry, ale zostawiał piekące pręgi, które podchodziły potem niebieską barwą. Tylko w ten sposób Smoczyca nabierała ochoty na coś więcej, więc musiałem znosić razy, pęta, kopniaki, duszenie i poniewieranie tak długo, aż udawało mi się również jej dotknąć i powoli, umiejętnie zawładnąć jej ogromnym ciałem. Czasem się to udawało, a czasem nie. Szybko jednak nauczyłem się doprowadzać Smildrun do zupełnego wyczerpania z rozkoszy, jednak wydzielałem tę umiejętność skąpo. Jeśli miniony tydzień minął spokojnie i byliśmy dobrze traktowani, dostawała nagrodę, jeśli nie, otrzymywała niewiele, tyle tylko, by nie wpadła w furię. Ratowała mnie Aiina, która zawsze była u mojego boku, gdy musiałem zabawiać Smildrun. Cały czas zachowywałem się tak, by sądziła, że jestem w niej zakochany, że zachwyca mnie jej rozkołysane, wielkie ciało, słupowate nogi i piersi niczym wypełnione bukłaki.
Czułem się wtedy ohydnie, jak oblany nieczystościami, i myślę, że gdyby nie wspomnienie Aiiny, już nigdy nie zatęskniłbym do ciała kobiety.
Po jakimś czasie doprowadziłem do tego, że Lśniąca Rosą zaczęła mi się zwierzać. Mówiła szybko i używała wielu słów, więc sądziłem, że wydaje jej się, iż niewiele rozumiem.
Po prostu mówiła, tak jak czasem mówi się do wierzchowca lub psa, kiedy nie ma nikogo zaufanego, z kim można porozmawiać. Niekiedy można powierzyć sekret bezrozumnemu stworzeniu i na chwilę robi się lżej na duszy, i tak też robiła.
Rozumiałem jednak więcej, niż się Smildrun zdawało, i dotarło do mnie, że Dom Rosy skrywa wiele mrocznych tajemnic. Nie mówiła dokładnie, rozmawiając jakby z samą sobą, ale sporo mogłem się domyślić. Zrozumiałem, że trzyma swoich domowników twardą ręką, lecz niejeden wolałby, żeby jej rządy się skończyły. Że jest jakaś tajemnica, która mogłaby je zakończyć, gdyby wyszła na jaw. Że Smildrun Lśniąca Rosą nienawidzi i boi się mężczyzn, jeśli nie są związani i sponiewierani. Że jest przekonana, że trzeba stać im na karku, bo inaczej ją zniewolą.
Zapamiętywałem to wszystko i starałem się być najbardziej żałosny i potulny jak to tylko możliwe. Łasiłem się do niej i powtarzałem: „Kocham cię, słodka Smildrun”, a zwinięty w kłębek wąż sycił się, trawił, rósł w siłę i czekał, wypełniony jadem.
Snułem różne plany, z których mogliśmy użyć jednego lub wielu, wszystkie jednak wymagały, by stopniały śniegi i by dało się żyć pod gołym niebem. Najprostszy polegał na tym, że w odpowiednim momencie w środku nocy zabiję Smildrun. Mogłem to zrobić choćby niespodziewanym uderzeniem w gardło, zresztą gdy tarzaliśmy się w futrach, znalazłbym wiele sposobności, a ona nie miała się już na baczności. A potem uzbroję się, zabiorę jej klucze, uwolnię Benkeja z szopy, którą łatwo otwierało się od zewnątrz, korzystając z ciemności nocy, zabijemy wartownika i odjedziemy na koniach z naszej zagrody, na odchodnym podpalając dwór.
Inny plan polegał na tym, że znienacka wyjedziemy wraz z całym tabunem koni i przetoczymy się przez wioski drugiej doliny jak binhon ciężkiej jazdy, tratując wszystko, co stanie nam na drodze.
Mogłem też stopniowo odkrywać różne tajemnice Smildrun i rozpuszczając umiejętnie plotki, sprawić, by domownicy rzucili się sobie do gardeł. Mogłem wmówić Smoczycy, że któryś z krewniaków dybie na jej życie, a jemu dać nadzieję na zakończenie jej rządów. Wciąż jednak nie wiedziałem, na czym ten mroczny sekret polegał. Wydawało mi się tylko, że ma to coś wspólnego z Pramatką i Udułajem, ale nie wiedziałem, co.
Jednak odkąd miałem dostęp do Smildrun, mogłem wiele i coraz więcej. Nie mogłem tylko sprawić, by przyszła wiosna.
Nasze noże tropiciela, które ukrywaliśmy na różne sposoby od przybycia do Domu Rosy, znajdowały się w szopie, w której mieszkaliśmy, ukryte tak, że bez rozbierania budynku nikt by na nie nie natrafił, zaś mój kij szpiega tkwił bezpiecznie wepchnięty w grubą strzechę.