Выбрать главу

Lecz świat spał skuty mrozem.

Którejś nocy Smildrun utoczyła mi krwi. Zwykle starała się nad sobą panować, bo jeśli biła mnie lub poniewierała zbyt mocno, nie dawałem jej zbyt wiele rozkoszy, jednak tym razem ją poniosło i niechcący rozbiła mi głowę o krawędź łóżka. Krwawiłem strumieniem, a ona najpierw pocałowała mnie, a potem spojrzała na swoje zalane posoką ręce i rozmazała moją krew po swoim ciele. Podeszła do posążka Azziny i wysmarowała krwią jej łono i zęby, a później wycisnęła do ofiarnej misy kilka kropel krwi ze szmatki, którą przyłożyłem do rozcięcia.

– Tak to się robi? – zapytała. – To bogini twojego kraju, która karmi się krwią?

– Według starej wiary – przytaknąłem.

– To prawda, że u ciebie mężczyźni muszą służyć kobietom?

– Według kult Pramatka tak. Kobiety służą Matka i ziemia, mężczyźni dla matka i kobiety.

– Chciałabym, żeby tutaj tak było – powiedziała. – Udułaj mówi, że jestem taka jak ona. Jak wasza bogini. Silna i dzika. U nas jest źle. Kobieta i głupi mężczyzna muszą się dogadywać. Kiedy on idzie na morze, ona zostaje w domu. A kiedy taki wraca, ona musi się z nim liczyć, tak jakby zrobił coś ważnego. To kobieta nosi klucze. Mężczyzna powinien przywozić srebro z morskich szlaków, a potem milczeć i odpracować czas, kiedy go nie było. Chyba że to kobieta zechce płynąć na wyprawę. U mnie tak jest. Ale z tą waszą Matką jest jeszcze lepiej

i chciałabym, żeby tu było jak w Amistrandzie.

– To stara wiara – odparłem ostrożnie. – I nie wszyscy ją wyznają. Ale tam są jeszcze kapłanki i kapłani z Czerwonych Wież. Musiałabyś służyć im. Tak naprawdę to oni mają władzę, bo mówią z Pramatką. Wszystko jest ich, ziemia i zwierzęta, i ludzie.

Parsknęła. I nawet nie zwróciła uwagi, że mówię lepiej niż zwykle.

– Smildrun nie służy nikomu. Smildrun robi, co chce, i zawsze tak będzie. Powiedziałam, że jestem jak ona – wskazała na posąg – a nie jak zwykła Amitrajka. Ja trzymam Amitrajki w zagrodzie dla niewolnych i oddaję do zabawy moim braciom. Za to, że są słabe. Ja jestem silna. Udułaj mówi, że mogę boginię przywołać tylko dla siebie. Stać się nią, chodzącą po ziemi. Dostać jej moc. Wtedy nikt nie dałby mi rady.

– A powiedział ci, jak to się robi, słodka Smildrun? Ścisnęła moje policzki i uniosła mi twarz. Zmarszczyła brwi.

– Mów, szczurku.

– Bywa żyje niewiasta, która zna najwyższe tajemnice, może dostać moc Pramatki. Sprowadzić ją do swoje ciało. Tam wiele tajemnic, których ja nie znam, ale wiem jedna: taka kobieta musi sama złożyć się w ofierze przed posągiem. Umrzeć. Zjednoczyć się z Podziemnym Łonem. Zwykle karmi się posąg krwią mężczyzn, niewolnych, nieposłusznych kobiet i wrogów. Ale ta ofiara jest inna.

Nie byłem pewien, czy mówię prawdę. Jeśli nawet powtarzałem pogłoski, to nikt do końca nie wiedział, jak to przebiega.

– Nie rób tego, słodka, silna Smildrun, jak wtedy mógłbym cię wielbić, gdyby twoje ciało stało się świetliste? – powiedziałem, całując jej udo. – Udułajowi jest wszystko jedno, bo myślę, że chciałby zostać kapłanem, jak w Amitraju. Chciałby być tym, który mówi z wielką boską Smildrun i może składać ofiary. Nawet nie żal byłoby mu się wytrzebić, bo jest stary.

Wąż oblizał się syty. Czekał.

Udułaj musiał przeczuwać, że nadeszła zmiana, bo później zaczęło się zdarzać, że za jakieś drobne przewinienia posmakował pletni, co zwykle nie miało miejsca. Kiedy smagnięto go po raz pierwszy, był tak oburzony i rozżalony, że nie mógł powstrzymać łez.

I stało się tak, że Lśniąca Rosą pewnego dnia uznała, że może ufać tylko mnie.

– Pójdziesz do kamiennej wieży nad spichrzem – powiedziała wtedy. – Nikt nie może zobaczyć, że tam idziesz. Otworzysz kluczem okute drzwi, za którymi trzymam moje skarby i to, czego nikomu nie wolno oglądać. Będzie tam mała izba ze stołem. Postawisz na stole ten dzban i kosz z jadłem. A potem wrócisz do mnie i oddasz klucz. A jeśli powiesz komuś choć jedno słówko o tym, co zobaczysz, wytrzebię cię, nabiję na rohatyny i powieszę nad bramą. Zapamiętaj. Smildrun nie żartuje.

Wieża wznosiła się przy spichrzu, była do połowy wymurowana z ciosanych głazów, potrafiłaby się oprzeć oblężeniu albo pożarowi i dotąd sądziłem, że służy właśnie jako schronienie w razie napadu, a także że jest tam skarbiec. Zawsze była zamknięta, stała w miejscu najbardziej oddalonym od bramy i nikt tam nie chodził.

Niektórzy z niewolników twierdzili, że żyje tam coś strasznego, co pilnuje skarbów Smoczycy.

Widziałem w kraju za górami już niejedno i coś takiego wydawało mi się całkiem możliwe. Przedtem sądziłem, że trzyma w wieży na uwięzi upiora uroczyska, może nawet roiho. Jednak kazała mi tam zanieść ciężki kosz z pokrywą i dzban piwa. A to oznaczało coś żywego, co musi jeść i pić. Podejrzewałem więc, że to człowiek-niedźwiedź. Stwór, którego zwali nyfling, choć dotąd nie widziałem, by pojono je piwem z dzbana.

Do wieży poszedłem o wczesnym, sinym zmierzchu i podwórzec za stajniami był już zupełnie pusty, choć o innej porze roku byłoby dopiero popołudnie. Drzwi w kamiennej ścianie wieży były małe, ale grube, zbite z potężnych dranic i okute żelaznymi pasami, a otwierało się je wielkim jak moja dłoń kluczem.Na dole znajdowało się tylko okrągłe pomieszczenie zastawione beczkami i skrzyniami, a małą izbę ze stołem znalazłem znacznie wyżej, wspinając się po stromych drewnianych schodach. Izba zajmowała może ćwiartkę wieży i był tam tylko bardzo niski drewniany stół, sięgający mi do kolan, kamienne palenisko w ściennej niszy zaopatrzonej w otwór, by usuwać dym, i wąskie okno patrzące na góry. Na stole stał pusty dzban i kilka drewnianych misek, wokół leżały okruchy chleba i parę ogryzionych kości, ale nikogo nie było. Zabrałem pusty dzban, zmiotłem odpadki, zostawiłem pełne naczynie i kosz, a potem poszedłem stamtąd, nie spotkawszy ani człowieka, ani potwora, ani roiho. Cokolwiek było do odkrycia w tej wieży i do czegokolwiek mogło mi się przydać, musiało poczekać, aż Lśniąca Rosą upewni się, że jestem godny zaufania, i przyśle mnie tu znowu.

Rzeczywiście po trzech dniach kazała mi znów iść do wieży, tym razem jednak czekała tam na mnie. Otworzyła mi kluczem inne pomieszczenie, które kazała sprzątnąć. Była to kolejna ciasna komnata z wielkim łożem, z którego zdejmowałem sztywne z brudu, pokryte plamami płócienne prześcieradła i wymieniałem zgniłą słomę w sienniku. Rzeczy te spaliliśmy potem w starej beczce stojącej w kącie podwórza, kazała mi też wynieść przeraźliwie cuchnący kubeł pełen odchodów i na koniec zamieść kamienną podłogę, a potem napalić w kominie. Także i wtedy nie spotkałem tam nikogo.

Jeszcze kilka razy wchodziłem do wieży w podobnych sprawach i zawsze komnata, którą kazano mi sprzątać, albo ta, w której zostawiałem jedzenie i dzban, były puste. Czasem tylko wydawało mi się, że słyszę szelest lub szmery gdzieś za ścianą. Brzmiało to tak, jakby ktoś wlókł po ziemi ciężki worek.

Do tego dnia nie zwracałem większej uwagi na wieżę, teraz jednak spoglądałem na nią często, bo jej tajemniczy mieszkaniec ciekawił mnie i nie dawał spokoju. Raz o zmierzchu wypatrzyłem dziwną, pokręconą sylwetkę pod czworokątnym dachem wieży, raz w wąskim oknie mignęło mi coś białego, co przypominało czaszkę.

Poza tym dzieliłem mój czas pomiędzy konie na zasypanym śniegiem padoku, domowe prace i sypialnię lub łaźnię Smildrun, gdzie byłem poniewierany na różne sposoby, pokazywałem jej tajniki zmagań pomiędzy mężem i niewiastą i zapewniałem o swoim ślepym przywiązaniu.

Prócz tego była jeszcze zima, która zdawała się wieczna jak sama śmierć. Czasem gdy wychodziłem na wybieg, by doglądać i układać konie, chciałem przeskoczyć przez ogrodzenie i biec bez końca, tak długo, aż zobaczę słońce i będę wolny. Benkej miał to samo i często zdarzało się, że któryś z nas zastygał z widłami albo końską uzdą w ręku i gapił się na wyzierający zza chmur kawałek nieba lub na grzbiety górskie.