Выбрать главу

Jak na niewolnego, cieszyłem się sporą swobodą, choć wcale nie przynosiło mi to ulgi, tyle tylko, że mogłem wejść do wielkiej kuchni i zabrać coś do jedzenia, a pracujące tam niewolnice, które uważały mnie za ulubieńca pani, nie zwracały na to uwagi. A jedna z nich, pochodząca z Kangabadu Hasmina, postawna kobieta w średnim wieku, nawet sama podsuwała mi przysmaki, sądząc, że skończę tak, jak wielu ulubieńców Smildrun przede mną, których ponoć było już kilku i którzy nie pożyli długo, jeśli jej się znudzili albo zaczynali irytować.To, co powiedziałem, miało znaczenie dlatego, że ktoś kiedyś nie zamknął dokładnie psa. Jednego z wielkich, kosmatych, czarnych jak noc ogarów Smildrun, podobnych do skalnych wilków. Do tych bestii nie wolno było nikomu się zbliżać ani spoufalać. Służyły do walki, do osaczania zwierza w czasie polowań, łowów na zbiegłych niewolnych i pilnowania podwórza. Akurat szedłem do wieży z dzbanem i koszem i na małym dziedzińcu za stajniami nie powinno być psów, jednak ktoś tego nie dopilnował. Wchodziło się tam wąskim przejściem pomiędzy budynkami, czasem zamykanym żelazną kratą. Na małym dziedzińcu znajdowało się jedno z wyjść z psiarni, było to bowiem tak urządzone, że otwierając lub zamykając przejścia, domownicy mogli spuszczać psy do jednych części gródka, pozostawiając zamknięte inne. Zauważyłem, że jest uchylone, kiedy tylko wszedłem na podwórzec, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Wydawało mi się, że psy powinny być zamknięte w zaułku pod samym częstokołem albo wewnątrz psiarni, zwłaszcza że jedna suka się oszczeniła. Myliłem się. Ktoś zapomniał o jednym ogarze, zapomniał zamknąć kratę na mały dziedziniec, a potem jeszcze niechcący zamknął tę furtkę, przez którą tu wszedłem. Musiał przy niej czekać, przyczajony gdzieś w mroku, a kiedy wszedłem na majdan, zamknąć ją po cichu, bo niczego nie zauważyłem.

Koniec końców znalazłem się w pustej części gródka, na odgarniętym ze śniegu aż do bruku podwórcu, w kwadracie ścian z pozamykanymi różnymi gospodarczymi pomieszczeniami, sam na sam z kosmatym potworem, którego łeb sięgał mi niemal do piersi, a pałające ślepia i palisada wielkich zębów zaglądały prosto w twarz. Pies zjeżył futro na karku, podnosząc rosnące wzdłuż grzbietu kolce, złożył uszy i wydawał z siebie głęboki, gardłowy hurgot. Ja stałem zupełnie nieruchomo, nie mając pojęcia, co zrobić.

Bardzo szybko zdecydował za mnie i rzucił się w moją stronę, zgrzytając pazurami o kamienie. Pognałem do kraty, lecz zauważyłem, że jest zamknięta na skobel. Nie zdążyłem do niego sięgnąć, ale też nie próbowałem się na nią wspiąć. Nad furtką była lita kamienna ściana, po której bym nie wlazł i pies ściągnąłby mnie natychmiast.

Na dziedzińcu nie było nic, co mogłoby posłużyć za broń, i niczego takiego nie miałem przy sobie. Niczego prócz własnego ubrania, kosza z jedzeniem i dwukwartowego dzbana piwa zatkanego korkiem.

Ciężkiego dzbana.

Bałem się jednak nim rzucać, gdybym chybił, straciłbym jedyny pocisk. Zamiast tego cisnąłem koszem z jedzeniem. Trafiłem ogara prosto w łeb i zyskałem tylko tyle, że zatrzymał się, żeby rozszarpać koszyk, a potem poczuł zapach mięsa, polewki i chleba. Kiedy raczył się jadłem przeznaczonym dla mieszkańca wieży, ja uciekłem w przeciwległy kąt podwórza, jak najdalej od niego, i rozpiąłem pasek, którym miałem przepasany kożuszek. Zapiąłem go przez ucho dzbana, zaś kożuch zdjąłem i owinąłem nim grubo lewe przedramię, słuchając, jak kości chrupią w pysku bestii niczym suche patyczki. Ogar pożywiał się ledwie przez moment, spoglądając w moją stronę, po czym ledwie przełknąwszy, wydał z siebie kilka chrapliwych porykiwań furii i znów pognał w moim kierunku.

Czekałem do ostatniej chwili, stojąc zupełnie spokojnie, z dzbanem dyndającym na pasku i kożuchem na drugim ręku. Skoczył na mnie, przede wszystkim chwycił w szczęki zwinięty kożuch, który mu nadstawiłem, a ja uskoczyłem z drogi i zawinąwszy dzbanem w powietrzu, zdzieliłem ogara w łeb. Uderzenie wbiło go dosłownie w dziedziniec, przy wtórze łoskotu tłuczonego naczynia i stłumionego przez kożuch skowytu. Wiedziałem, że cios oszołomił psa tylko na moment, więc podwinąłem nogi i całym ciężarem spadłem mu kolanami na grzbiet, słysząc chrzęst łamanych żeber.

A później siedziałem na dziedzińcu, zlany potem, trzęsący się i ledwo łapiąc oddech, a pies skręcał się pode mną, skowycząc przeraźliwie, z czerwoną pianą na pysku i wyszczerzonymi kłami, a w końcu osłabł, dyszał tylko chrapliwie. Trwało to przez chwilę, a kiedy doszedłem do siebie, chwyciłem połę kożucha, na której ogar leżał, i powlokłem go na niej z powrotem do pustej psiarni. Tam ułożyłem go na podłodze pod ścianą boksu, przewróciłem jakąś beczkę, która tam stała, i porozrzucałem inne rzeczy, a potem wyszedłem z powrotem na mały dziedziniec i starannie zamknąłem furtkę.

Nie miałem jednak ani piwa, ani pokarmu dla mieszkańca wieży, więc musiałem wrócić do kuchni, znaleźć inny kosz i przygotować wszystko od nowa. Jak już mówiłem, nie było to trudne i w zasadzie nie zwracano na mnie uwagi, kiedy zabierałem chleb i mięso, a nawet wchodziłem do piwniczki po piwo. Skoro robiłem to tak bezceremonialnie i z pewną miną, było jasne, że to Smildrun mi kazała.

Tamtego dnia nie miałem już więcej przygód, ale kiedy przyszedłem ponownie do wieży, nagle natknąłem się na jej mieszkańca.

Nikt nie wiedział, co spotkało psa, który do rana zdechł, lecz mnie nie podejrzewano. Tylko Smildrun i zapewne Udułaj wiedzieli, że tamtędy idę, zresztą nikt by nie uwierzył, że nędzny amitrajski niewolnik potrafił gołymi rękami zabić bojowego ogara.

Jak zawsze sprzątnąłem maleńki stolik i postawiłem na nim dzban oraz wyjęte z kosza jedzenie, kiedy usłyszałem dziwne szuranie i człapanie. Od czasu przygody z psem miałem się na baczności, a gdy powiedziałem o tym Benkejowi, w kilka chwil przygotował mi broń. Dla nas obu stało się jasne, że skoro Udułaj postanowił mnie zabić, to łatwo nie zrezygnuje. Benkej znalazł kawałek szmaty odciętej ze starego worka oraz okrągły kamień, który zawinął w płótno tak sprytnie, że nie wypadał. A potem pokazał mi, jak wydobywać to zza pazuchy jednym ruchem. Nadal był to kamień w szmacie, lecz kiedy trzymało się ją mocno za końce, uderzenie potrafiło złamać deskę. Od tamtej pory zawsze nosiłem zawiniątko w zanadrzu i kiedy usłyszałem szelesty w wieży, chwyciłem za szmatę, gotów zadać cios.

Dało się słyszeć skrzypienie na górze i dziwne szuranie na schodach.

A potem zobaczyłem, że zsuwa się po nich trup.

Wyschnięty, żółtawy trup wysokiego męża, chudego jak szkielet obciągnięty skórą, ubrany w brudne łachmany, które kiedyś uszyto z kosztownych tkanin i ozdobiono haftami. Trup, który się ruszał. Zsuwał się po schodach nogami do dołu, czepiając się stopni węźlastymi dłońmi, a kiedy legł na podłodze izby, poczołgał się do stołu sprawnie i szybko jak wąż. Dopadł dzbana i zaczął pić chciwie, a piwo wsiąkało mu w długą, krzaczastą brodę i rozwichrzone białe włosy.

Odstawił dzban, rozkaszlał się i splunął.

– Kim jesteś, który poprzednio dałeś mi czyste jedzenie? – zapytał chrapliwym głosem, patrząc na mnie z podłogi, oniemiałego i stojącego z kamieniem dyndającym w gałganie w dłoni.

– Jestem Terkej, niewolny – powiedziałem.

– Am itr aj? Przytaknąłem.

– Nie wyglądasz na Amitraja – odparł po amitrajsku. – Raczej na Kirenena. Spotykałem ich czasem, kiedy pływałem do kraju Południa. Cesarz, który zaczął budować z imperium normalny kraj, był z ich rodu.