Выбрать главу

– Jestem Kirenenem – powiedziałem butnie, bo wydało mi się, że nie ma znaczenia, co mu mówię. – Nazywam się Filar, syn Oszczepnika. Jednak cesarz upadł, wróciły rządy Czerwonych Wież, więc przedstawiam się amitrajskim nazwiskiem.

– Wiem, że wasz cesarz został obalony. Byłem tam wtedy, bo popadłem w niewolę. Pracowałem w kopalni. Namiestnik cesarski uwolnił nas i oddał wszystkie ocalałe okręty, a było nas razem niemal dwustu, byśmy pomogli mu stłumić bunt wojska, które przeszło na stronę pramatki. Biliśmy się na bagiennej równinie w delcie Figiss przeciwko zbuntowanym tymenom „Słonecznemu” z Kamirsaru i „Gniewnemu” z Hargadiru. Pokonano nas. potem mieliśmy jeszcze wywieść rodzinę namiestnika

i jego dwór, na ostatnich dwóch okrętach, jakie nam zostały, ale dopadły nas ciężkie galery i wzięły do niewoli. Trafiłem na okręt, który złupił potem jeden z naszych okrętów. Długo wracałem do domu, do mojej słodkiej Smildrun. Mojej maleńkiej dziewczynki, którą pojąłem jako niemal podlotka. Poprzetrącano mi kości, niemal oślepłem w kopalni, wyplułem płuca od kamiennego pyłu, a potem rzygałem krwią i słoną wodą na galerze, ale wróciłem. Do mojej słodkiej. Bardzo ją to rozczarowało. Sądziła, że skonałem w dalekich krajach. Posłuchaj, chłopcze! Poprzednio dałeś mi jadło bez trucizny. Dlaczego?

– Nie wiedziałem, że jest zatrute – wyjaśniłem. – Podmieniłem je przypadkiem, ponieważ to, co niosłem, przepadło.

– Nie mam wiele czasu, bo w tym znów jest żywica i zioła tego przeklętego kapłana. Zaraz znowu ogarnie mnie ciemność. Błagam cię, chłopcze, wykradnij czyste jadło, tak jak poprzednio! Teraz odejdź, zanim wrócą duchy… I jeśli chcesz żyć, nie wspominaj o tej rozmowie słodkiej Smildrun. Ona cię zabije.

– Jesteś jej mężem?

– Jestem styrsmanem tych ludzi, lecz oni nie wiedzą, że wróciłem… Byli na wyprawie, ona została sama… Tylko niewolni… Wszyscy nie żyją… Nazywam się Kalgard Kroczący Z Ogniem. Zapamiętaj. I odejdź już. Nadchodzą duchy…

Tego wieczoru miałem o czym myśleć, a wąż we mnie syczał i wił się niecierpliwie.

Od tej pory, kiedy Smildrun wysyłała mnie z jedzeniem do wieży, zamieniałem jadło na inne, które kradłem przedtem. Czasami niewielkie ilości tego z ziołami i żywicą podrzucałem ogarom, ale nie za dużo. Gdyby nagle padły, Smildrun nabrałaby podejrzeń. Sporo ryzykowałem, ale czułem, że Kalgard może być naszym kluczem do wolności.

– Cesarz upadł niecały rok temu – powiedziałem mu któregoś dnia. – Kiedy zdążyłeś przeżyć to wszystko?

– To się zaczęło, jeszcze zanim wróciła Pramatką i Czerwone Wieże. Pierwsze bunty wybuchły jeszcze w czasie suszy, która ogarnęła środek kraju. To był czas, kiedy panował chaos. A poza tym to się stało na sam koniec naszej wyprawy, która zaczęła się kilka lat wcześniej. Handlowaliśmy, walczyliśmy, wędrowaliśmy po morzach Południa, wciąż nie mogąc wrócić do domu. Dotarliśmy aż do Kangabadu i Czerwonego Wybrzeża Kebiru. A gdy przyszedłem do mojej doliny, sam jeden, jedyny ocalały, zamiast słodkiej Smildrun, którą zostawiłem bezpieczną w naszej siedzibie, zastałem potwora. Grubą, okrutną Lśniącą Rosą. Której nie znałem. Całkowicie we władzy harhaszu i grupki Amitrajów. Nikogo z domowników nie było akurat wtedy na miejscu, a moja młoda żona rządziła doliną żelazną ręką. I wszystko miało pozostać tak, jak sobie umyśliła. Ma własną łódź, którą wyrusza na morza, oddaje cześć przeklętej bogini Amitraju i jest zabawką w ręku tych dwóch, choć sądzi, że to ona nimi rządzi.

– Jakich dwóch? Jest tu tylko Udułaj, niewolnik.

– Nie jest niewolnikiem. To wędrowiec. Jednak przybył z jeszcze kilkoma innymi amitrajskimi Czyniącymi i chyba kapłanami. Pod wodzą jednego, który potrafi zmieniać twarz, a każe się nazywać Szkarłat. To znaczy, że tamci odeszli. Od tamtej pory trzyma mnie w wieży. Nie wiem, dlaczego mnie nie zabiła. Cały czas coś knuje, wymyśla, przysyła tego Amitraja, żeby mnie niby leczył, potem znów truje. Smildrun nikt nie wybierał styrsmanem, tylko mnie. Jeśli domownicy dowiedzą się, że na pewno nie żyję, odbiorą jej władzę. Na razie rządzi w moim imieniu i wmawia im, że jestem za morzami. Kiedy dojdą do wniosku, że już nie wrócę, i zaczną się buntować, wtedy odnajdzie mnie żywego, ale tak schorowanego, że nadal będzie mogła rządzić w moim imieniu. Tak sądzę.

– Odnajdzie cię we własnym domu?

– Och, wywiezie w nocy, otumanionego ziołami, i porzuci na przełęczy, a potem pojedzie tam na polowanie i znajdzie ledwie żywego wędrowca, który padł z wyczerpania, dotarłszy prawie do domu. A potem znów będę rządził, zamknięty w komorze, niewstający z łóżka, wyręczający się swoją kochaną, słodką Smildrun.

Mogłem przemycać Kalgardowi niezatrute jedzenie, i to nie zawsze, ale nie miałem jak go uwolnić ani jak przynieść broni. Gdybym ot tak otworzył mu wieżę i zaprowadził do halli przed oczy domowników, po prostu by go nie poznali. Przynajmniej nie w krótkim czasie, jakiego potrzebowałaby Smildrun, żeby zabić nas obu. Zresztą od ziół Udułaja był zbyt słaby. Odkąd nie każdy dzban i nie każdy kęs mięsa przynosił mu truciznę, był w stanie siadać albo stanąć na chwilę, opierając się o ścianę. Przedtem albo się czołgał, albo leżał. Wciąż powracały do niego widziadła i majaki, wtedy nie potrafił rozmawiać, bełkotał tylko lub płakał i rzucał się tam, gdzie upadł, jak wyjęta z wody ryba.

Zdobyłem więc sojusznika, który mógł być potężny, lecz na razie nie nadawał się do niczego.

I znowu czekałem. Wśród korowodu czarno-białych, ciemnych dni.

Któregoś dnia śniegi zaczęły topnieć. Z dachu spadały sople i wszystko było spłukane lodowatą wodą, która lała się z dachów i płynęła strumieniami. Cieszyliśmy się, patrząc, jak z gór schodzą lawiny, i nawet z tego, że moczy nas lodowaty deszcz.

A potem nagle cała ta woda zamarzła i ponownie spadł śnieg.

A po dwóch dniach znów zaczął topnieć.

Kalgard na powrót nauczył się chodzić, choć stawiał nogi ostrożnie i szybko się męczył.

Zacząłem podkradać żywność, którą ukrywaliśmy w szopie na drewno wewnątrz wiązek chrustu albo owiniętą walcami z kory, tak że paczki przypominały polana.

Nocami słychać było tęskny klangor ptaków ciągnących z południa. W drzewach i w ziemi zaczęły krążyć soki i to samo czułem we własnym ciele.

Wykradłem z komory garnuszek mielonej wściekiełki, której nikt tu nigdy nie używał i która stała tam od dawna, ale zakorkowana i zalana woskiem na szczęście nie zwietrzała.

Benkej znalazł nad rzeką krzak, którego proste pędy miały miękki, łatwy do wydłubania środek, a miejscowi robili sobie z niego fujarki. Myśmy jednak pocięli je na tutki, które zatkaliśmy drewnianym korkiem, napełniliśmy wywarem z wściekiełki i z drugiej strony wetknęliśmy ciasno dopasowany kołek, wystający potem z rurki.

Wystarczyło wyjąć takie niepozorne urządzenie zza pazuchy i wycelowawszy w psa, uderzyć dłonią w wystający kołek, wbijając go do wnętrza rurki. Korek wyskakiwał, a strumień wywaru, który gryzł w oczy tak, że nawet podczas gotowania łzawiły, spryskiwał pysk ogara, który padał w męczarniach i na długo tracił węch i wzrok, czasem nawet na zawsze. Ten sam wywar można było też rozpryskiwać na swoich śladach, mocząc w nim miotełkę z cienkich gałązek, co wystarczyło, by przez długi czas pies nie był w stanie nawet podejść do tego miejsca, a co dopiero tropić.

Potem zaczęliśmy podkuwać konie i codziennie prowadzaliśmy je do kuźni, do której zwykle nie wolno nam się było zbliżać. Korzystając ze sposobności, Benkej ukradł stamtąd trzy pogięte gwoździe, które potem wyklepał i pozaginał starannie na końcach. Powiedział, że potrafi tym otworzyć każdy zamek i kłódkę w grodzie, o ile tylko będzie miał chwilę spokoju.