Выбрать главу

Kradliśmy kawałki lin i stare derki, które trzymaliśmy w siodłami.

Wszędzie leżały jeszcze łachy ciężkiego, mokrego śniegu, a tam, gdzie już stopniał, widać było tłuste, śliskie błoto lub kępy zeschłej, burożółtej trawy. Powietrze zaczęło pachnieć, mimo że jeszcze nic nie rosło. Zdarzały się nawet takie dni, kiedy chmury rozstępowały się i widzieliśmy kawałki niebieskiego nieba oraz słońce, o którym sądziliśmy, że już gdzieś sobie poszło.

Nasze zimowe buty z filcu noszone pod wojskowymi sandałami dawno się rozpadły i musieliśmy zrobić nowe ze szmat, skóry i kawałków derek. Same sandały też musieliśmy solidnie naprawić, ale Benkej poradził sobie z tym bez trudu, bo w wojsku każdy to umiał.

Przy jakiejś okazji oddano nam nawet kosze podróżne. Ponieważ w związku z nadejściem wiosny należała nam się nowa odzież, Udułaj uznał, że znacznie oszczędniej będzie kazać nam założyć tę, którą jeszcze mieliśmy, i wydobył kosze leżące dotąd w komorze.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś mnie tak ucieszyło. Wyjmowałem wszystko z kosza, pieściłem w dłoniach mój podróżny kubek, metalowe miski, szczypczyki do durry i inne rzeczy.

Zabrano mi wszystkie pieniądze oraz rozdwojony na końcu nożyk służący do jedzenia, za to miałem czyste przepaski, pleciony z trzciny przeciwdeszczowy płaszcz, koc, zapasowe letnie buty, kapelusz podróżny i moją kulę życzeń.

Odtąd zasypiałem, ściskając ją w dłoni, i czułem się tak, jakbym na powrót stawał się sobą. Jakbym musiał przypominać sobie, kim jestem i dokąd zmierzam.

A gdy zasypiałem, zaciskając palce na zimnym metalu, wracałem do kraju mojego dzieciństwa. Na powrót otwierały się przede mną białe, rozjarzone mury tamtego Maranaharu, w moje nozdrza uderzał zapach wonnych olejków, owoców i ulicznych rusztów. Słyszałem muzykę, gongi i śpiewy kapłanów różnych wiar, słyszałem słowa w ojczystej mowie. Znów stawali przede mną moi bliscy: mój ojciec, moja matka cesarzowa, moi bracia i siostry, widziałem Aiinę, Fyallę, Tahelę i Irissę, mojego nauczyciela Rzemienia, mojego przewodnika i druha Brusa, syna Piołunnika. Znów stąpałem po posadzkach pałacu albo po bruku mojego miasta, w ostrym świetle słońca, płakałem w tych snach, lecz kiedy się budziłem, miałem suche oczy i tylko na widok poczerniałych belek uszczelnionych mchem zaciskały mi się szczęki.

Kiedy dostaliśmy kosze, Benkej był tak wzruszony, że w jego oczach zalśniły łzy.

– Nadaku tego kraju mówią nam, że czas w drogę – powiedział. – To znak. Myślę, że twoje przeznaczenie się obudziło. Znów będziesz Nosicielem Losu.

Wieczorami omawialiśmy plan ucieczki. W kółko, krok po kroku, jedną rzecz, którą trzeba było zrobić, po drugiej. Ustaliliśmy też, że nastąpi to pierwszej nocy, gdy oba księżyce będą w nowiu.

Zrobiliśmy świecę ze zbieranego starannie z zupy łoju i kawałka sznurka, obliczyliśmy, jak szybko się pali. Podkradaliśmy zwitki białej kory, które płonęły wyjątkowo łatwo i których używano na podpałkę.

Benkej zrobił nam pasterskie proce z rzemieni i zgromadziliśmy zapas rzecznych otoczaków.

Dni płynęły szybko, a przygotowania wypełniały nam każdą wolną chwilę. I nie było wtedy milszego widoku dla Benkeja i mnie niż ubywające księżyce.

– Wkrótce przyjdzie czas, gdy pewnej nocy zastaniesz drzwi tej wieży stojące otworem – powiedziałem Kalgardowi. – Lepiej szykuj się na ten moment. Powiemci, zanim to nastąpi. Od tygodni nie dostajesz już zatrutej strawy i znów umiesz chodzić. To będzie noc, kiedy będziesz musiał dowieść, że styrsman pozostaje styrsmanem, nawet kiedy jest słaby i chory.

– Jak… – zapytał osłupiały, marszcząc brwi. – Tylko Smildrun ma klucz…

– Mniejsza o to – przerwałem szorstko. – Drzwi będą otwarte. Będziesz musiał wyjść i wziąć Dom Rosy w posiadanie. To wszystko. Oddaję ci wolność i twój własny los, którego cię pozbawiono. W zamian chcę tego samego. Ja i mój przyjaciel odejdziemy stąd. Nie będzie nas, gdy wejdziesz do swojej wielkiej halli, by stanąć przed domownikami. Przysięgnij, że nikt nie będzie nas ścigać, ani z dworu, ani z wiosek w niskiej dolinie, nikt z twoich bliskich i nikt z twoich ludzi. Także wtedy, jeśli będziemy musieli coś zniszczyć, podpalić albo kogoś zabić. Przysięgnij na swojego nadaku, którego zwiecie Hindem, a który chętnie słucha, gdy mężowie biorą go na świadka swoich słów. Nie będziesz nas ścigał i odżegnasz się od zemsty za tych, którzy staną nam na drodze.

– Przysięgam – zaczął, podrywając się z ziemi, na której siedział, ale machnąłem ręką.

– Nie tak – powiedziałem. – Wezwij go, jak się należy. Weź trunek z miodu, który ukradłem. Nie ma tego więcej niż dwa łyki, ale tylko tyle znalazłem na dnie dzbana. Wylej na dłoń i przyłóż do ziemi. Drugi łyk wypij i unieś pięść, wypowiadając imię Hinda, a potem powiedz mu, co obiecałeś i za co zaręczyłeś honorem. Dopiero wtedy uznam, że odchodząc, mogę otworzyć twoją wieżę.

I Kalgard przysiągł przede mną, unosząc pięść i wzywając swojego boga na świadka. Nie wiedziałem, czy to wystarczy, ale ci ludzie szanują swoich nadaku, a on mówił szczerze jak nikt i od tamtego spotkania w jego zgasłych oczach pojawiła się nadzieja.

Oba księżyce spotkały się i zlały w jeden, a potem i ten jeden zaczął znikać niczym krążek sera, do którego dobrały się myszy.

Na jakiś tydzień przed nowiem znów wezwała mnie Smildrun, by baraszkować w futrach w swoim alkierzu, i czułem się dziwnie, patrząc na jej tłuste ciało. Nadal budziła we mnie wstręt, choć już przywykłem do niej i mniej cierpiałem niż z początku, kiedy to następnego dnia nie mogłem nawet spoglądać w stronę Lśniącej Rosą bez uczucia obrzydzenia do samego siebie. Jednak teraz wiedziałem, że następnym razem, kiedy zobaczę ją nagą, będzie leżała w tych futrach ze zgruchotaną grdyką albo skręconym karkiem, i czułem coś na kształt żalu, zwłaszcza że jakby przeczuwając, co nastąpi, nagle zaczęła się do mnie odnosić z czymś w rodzaju czułości, przynajmniej na swoją miarę.

Wszystko jednak potoczyło się zupełnie inaczej, niż zaplanowaliśmy.

W dolinie nad strumieniem znów pojawiły się wozy kupców. Cięższe i solidniejsze niż zazwyczaj, ale i kupcy wyglądali na zaaferowanych i chyba bardzo im się spieszyło. Na sprzedaż przeznaczyli jedynie trochę drobiazgów na jednym wozie, z pozostałych nie ściągnęli nawet natłuszczonego płótna, a przyboczni wydawali się bardziej nieufni i mocniej uzbrojeni niż zwykle. Stale mieli pod ręką broń i nie zdejmowali swoich ciężkich hełmów z osłonami na kark i nos.

Domownicy także odnieśli się do nich nieufnie, najwyraźniej nie był to czas, kiedy napotykało się kupieckie wozy. Do straganu poszło tylko kilka kobiet z gródka pod ochroną swoich mężów oraz kilkunastu kmieci z wiosek Smildrun. Ona sama pozostała za palisadą dworu.

Wędrowcy przyznali, że im się spieszy i że zostaną w dolinie na dwie noce, a potem pojadą dalej.

We dworze wzmocniono straże i po zmierzchu spuszczono psy na zewnętrzne dziedzińce. Nam kazano zgonić wszystkie konie z zagrody do dodatkowej stajni za palisadą, tymczasem do nowiu pozostały tylko trzy dni.

Trapiliśmy się tym, bo nasze plany wyglądały coraz gorzej.

A drugiego dnia, gdy zapadł już zmrok, zobaczyliśmy dziwną łunę na niebie, za dolną przełęczą.

Psy wyły i ryczały, ciskając się pod częstokołem, i czuło się, że coś wisi w powietrzu. Domownicy długo w noc stali przed dworem albo wychodzili na podesty na górze częstokołu, lecz poza dziwnym światłem na północy niewiele dało się dostrzec. Niektórzy twierdzili, że słyszą jakiś zgiełk, ale w końcu zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz, tłumiąc wszelkie dźwięki. W obozie kupców migotało tylko niewielkie ognisko, które potem zgasło zalane deszczem i zapanowała zupełna cisza.