Wreszcie domownicy porozchodzili się do swoich chat i komór i tylko psy wyły jak opętane, i deszcz szumiał, spłukując dachy.
– Jeszcze dwa dni – powiedział Benkej. – Najpierw pójdziesz do Smildrun i zabijesz ją, gdy nadejdzie godzina sowy.
– Skobel na drzwiach naszej szopy będzie już obluzowany – podjąłem. – Ty w tym czasie przygotujesz nasze kosze i inne rzeczy. Z laski szpiega weźmiesz mój miecz. Pójdziesz do stajni i przygotujesz dwa wierzchowce i dwa na zmianę. Na kopyta założysz im nakładki ze szmat. Potem pójdziesz do wieży i otworzysz zamki tymi swoimi gwoździami. Zabijesz każdego człowieka i zwierzę, jakie stanie ci na drodze, a trupy ukryjesz.
– Ty w tym czasie zabierzesz z alkierza i komory broń i srebro, jeśli jakieś znajdziesz. Wyjdziesz z dworu tak jak zwykle i ułożysz na naszych siennikach wiązki chrustu i kory, a na nich świecę. Potem zajdziesz do obory dla niewolnych i otworzysz po cichu komorę, w której sypia Udułaj, po czym zabijesz go, a ciało zaniesiesz do naszej szopy. Weźmiesz oba kosze i laskę szpiega i przekradniesz się pod bramę. Jeśli napotkasz psy, oślepisz je wściekiełką, a później zabijesz włócznią z kija szpiega. Nie będą skomleć, bo wściekiełką pozbawi je tchu.
– Ty zaś przyprowadzisz konie i zostawisz je pod częstokołem, pod osłoną serowarni. W tym czasie Kalgard dokuśtyka do dworu i wejdzie do środka, a potem pójdzie do wielkiej halli. Jeśli wciąż będą tam biesiadować, tym lepiej. Jeśli zaś nie, postawi ich na nogi, waląc w gong. Wybuchnie wielki zgiełk. Wartownik na bramie zacznie się interesować tym, co się dzieje we dworze. W tym czasie ja wbiegnę po schodach, wołając wartownika po imieniu i krzycząc, że Smildrun go wzywa, bo stało się coś okropnego. A potem zabiję go nożem z laski szpiega.
– Ja w tym czasie otworzę kłódkę i zepchnę zaworę z wrót. Otworzę je i wyprowadzę konie. Ty wybiegniesz za mną i znów zamkniemy bramę, a potem wbijemy pod nią kliny, które już tam czekają pod kamieniami. W tym czasie nasza szopa i stajnia staną już w ogniu.
– A my odjedziemy. – Wolni.
– Wolni. Mosu kandol Uścisnęliśmy sobie nadgarstki.
I w tym momencie usłyszeliśmy łomot. Ciężki drewniany dźwięk, jakby potężny taran uderzył w bramę. Szopa była zamknięta, więc skoczyłem na mój kosz podróżny, podciągnąłem się do dymnika i wyjrzałem.
Akurat by zobaczyć ogromną kulę ognia, jak przecina z przeciągłym hukiem niebo nad bramą, a potem spada na środek głównego dziedzińca, rozpryskując się na kawałki i wyrzucając w górę ogromny płomień podobny do grzyba. Płomień rozlał się dookoła, zapalając dach stodoły i ściany sąsiednich budynków i hucząc ścianą żaru na dziedzińcu.
– Ktoś strzelił z onagera w dziedziniec! – zawołałem do Benkeja. – To pocisk zapalający! Dwór i stodoła w ogniu!
Benkej zaklął i z całej siły kopnął w drzwi. Zatrzęsły się, ale żelazny skobel trzymał. Mieliśmy obruszać go dopiero w przeddzień ucieczki.
Krople zapalającego płynu spadły wszędzie wokół, widziałem, jak na dziedzińcu i ścianach kopcą niebieskawe płomyczki. Słychać było huk płomieni i pierwsze krzyki ludzi, ze strzechy nad naszą chatką zaczął sączyć się gryzący, gęsty jak mleko dym.
– Spalimy się tutaj! – wrzasnął Benkej.
– Razem! – krzyknąłem. Płonący kawałek drąga spadł z dachu, zadeptałem go, krztusząc się od dymu. Stanęliśmy bok w bok i równocześnie kopnęliśmy w drzwi.
– Jeszcze raz! – zawołał Benkej. Drzwi zatrzeszczały, lecz nadal były zamknięte. Natarliśmy ponownie i wtedy wyskoczyły z hukiem. O dziwo, skobel trzymał nadal, ale wyrwaliśmy ze ściany haki, na których wisiały zawiasy. Wypadłem na zewnątrz, zanosząc się kaszlem, podczas gdy Benkej narzucił kurtę na głowę i wrócił do wnętrza szopy, pod huczący ogniem dach, sypiący kawałkami płonącej strzechy. Po chwili wyrzucił stamtąd mój kosz podróżny, nasze noże, a ja zdążyłem wywlec parzący i okopcony kij szpiega tylko dzięki temu, że na razie płonęła strzecha po drugiej stronie dachu.
Benkej upadł w środku, więc wskoczyłem do szopy, jakbym wchodził do pieca chlebowego, usłyszałem trzask, z jakim zapaliły mi się włosy, chwyciłem tropiciela pod pachy i wywlokłem na dziedziniec. Ktoś przebiegał w blasku łuny i kłębach dymu, wrzeszcząc przeraźliwie. Wszystkie zwierzęta zaczęły ryczeć strasznymi głosami i razem z hukiem płomieni był to najokropniejszy dźwięk, jaki słyszałem w życiu. Znalazłem pod oborą drewniane wiadro i chlusnąłem wodą Benkejowi na głowę, a potem uderzyłem pięścią w jego pierś i nacisnąłem ją kilka razy.
Na podest nad bramą z przeraźliwym świstem spadł deszcz strzał, wartownik wydał z siebie wrzask, przekoziołkował przez barierę i gruchnął na kamienny podwórzec jak wielki, pełen bukłak.
Na głównym dziedzińcu miotały się czarne sylwetki, chlustając wiadrami wody na ściany i dach dworu i zwalając strzechę hakami na drągach.
Benkej zarzęził i uniósł się w moich ramionach, a potem zwymiotował.
– Już… – wysapał. – Matko, moje konie!
– Stajnia jest daleko – uspokoiłem go. – Nic im nie grozi. Musimy uciekać.
– Nie damy rady… skoro ktoś szturmuje bramę. Zabiją nas…
– Musimy uwolnić Kalgarda – powiedziałem, unosząc tropiciela za ramię.
– Moje wytrychy… zostały w środku… nie zdążyłem.
– Coś wymyślimy – krzyknąłem. – Nie musimy już być cicho.
Wyciągnąłem w stronę Benkeja kij szpiega. Chwycił za koniec, przekręcił i wyjął miecz. Ja odblokowałem ostrze włóczni i ruszyliśmy w stronę samotnej i spokojnej wieży stojącej po drugiej stronie gródka, tuż przy górskim zboczu, zbyt stromym, by ktoś chciał tamtędy atakować.
Domownicy poradzili sobie z pożarem i okopcony dwór pozbawiony części dachu syczał i pluł kłębami pary oraz dymu. Pośrodku dziedzińca wciąż płonęły resztki pocisku, a także zwały faszyny zdartej z dachu i deski, które nie dały się ugasić. Przebiegaliśmy bokiem i nikt w zgiełku nie zwrócił na nas uwagi. Smildrun miała na sobie tylko podartą i ubrudzoną sadzą koszulę, a na to nasadzony krzywo pancerz i hełm na głowie. Ktoś rzucił jej miecz razem z pasem, który chwyciła jedną ręką.
Otworzyliśmy furtę do zaułka i zamknęliśmy za sobą na skobel.
Kiedy się odwracałem, zobaczyłem, jak coś z ogromnym hukiem uderza w bramę i po naszej stronie wyrósł z niej nagle gruby jak dyszel oszczep zakończony czterograniastym grotem. Dał się słyszeć szczęk łańcuchów, oszczep zaskrzypiał i nagle cofnął się w głąb drzwi, cztery ostrza podobne do kotwicy zaparły się o belki i rozłożyły jak płatki kwiatu, a potem wrota zaskrzypiały, wygięły się i wypadły z potwornym hukiem i trzaskiem gruchotanego drewna. Zobaczyłem, jak odjeżdżają w ciemność, wleczone przez zaprzęg ośmiu wielkich koni, a potem usłyszałem dziki chóralny wrzask i w bramę runęli ludzie, jednak widziałem tylko równy mur z tarcz i lśniące nad nim kopuły hełmów.
– Co oni wrzeszczą? – zapytał Benkej.
– Imię tego młodego, który się powiesił – wyjaśniłem. – Krzyczą: „Harulf! Harulf!”.
Pognaliśmy dalej. Dwa psy, które wypadły na nas, zabiliśmy od razu, prawie się nie zatrzymując. Benkej przerąbał jednemu kark, ja nastawiłem tylko włócznię pod skaczącego ogara, na którą nadział się pod własnym ciężarem.
W jednej chwili poczułem, jak dobrze znowu mieć broń. Znów byłem człowiekiem, którego nie tak łatwo do czegoś zmusić. Jeszcze nie wyszedłem za palisadę Domu Rosy, a już poczułem się wolny.
Na głównym dziedzińcu domownicy rzucili się z impetem na nacierających napastników. Rozległ się potworny łomot zderzających się tarcz, niektórzy ludzie z pierwszych szeregów zwalili się na ziemię, ktoś przekoziołkował w powietrzu, wybuchł piekielny wrzask. W migotliwym poblasku palących się gdzieniegdzie belek miotały się czarne sylwetki.