Выбрать главу

– Benkej, drzwi do wieży! – krzyknąłem z rozpaczą. On jednak klęczał już przed zamkniętymi na głucho

wrotami, obmacując zamek i zawiasy jak ślepiec.

– Nie otworzę ich pazurami – warknął. – Dopilnuj, żeby nikt mi nie przeszkadzał.

Pognał przez dziedziniec, a potem zaczął szarpać drzwi od jakiejś szopy, wsunął ostrze noża tropiciela w szczelinę przy drzwiach, po czym naparł na nie barkiem, pchnął i otworzył. Zniknął w środku, słyszałem, jak przewraca wewnątrz najróżniejsze przedmioty. Sam stałem z mieczem w dłoni i włócznią opartą o ścianę tuż obok, skulony w cieniu i patrzyłem na dziedziniec. Domownicy zatrzymali na chwilę impet atakujących i zdołali zbić się w ciasną gromadę, wystawiwszy przed siebie mur tarcz, słyszałem, jak okucia gruchocą o siebie, jak rozlega się łomot uderzeń tych, którzy zdobyli dość miejsca, by się zamachnąć w przepychającym się tłumie. Widziałem plecy tych, którzy stali na końcu, jak zapierają się całym ciałem, a podeszwy ich butów ślizgają się po dziedzińcu. Upiorny bojowy wrzask ucichł, słychać było tylko łoskot uderzeń i czasem pojedyncze przeraźliwe krzyki rannych.

Benkej wrócił z szopy, niosąc naręcze jakiegoś żelastwa, jakieś gwoździe, obręcz od beczki i chyba złamany sierp, po czym zwalił to wszystko pod drzwi i ukląkł przed zamkiem.

Od walczącej gromady zaczęły odrywać się pojedyncze sylwetki i pędzić w naszą stronę albo rozpierzchać się pomiędzy budynkami.

Zobaczyłem, jak zaułkiem gna Smildi, którego nigdy nie lubiłem, brodaty, wielki brutal, który nie opuścił żadnej okazji, by poczęstować mnie kopniakiem, teraz przerażony jak dziecko. Gnał, wymachując mieczem, prosto na nasz dziedziniec, jęcząc ze strachu, z krwią lejącą mu się z przerąbanego ramienia. Kawałek żuchwy razem z zębami kiwał mu się na pasku skóry, pryskając strumieniami krwi. Pomyślałem, że tego zabiję z prawdziwą przyjemnością, kiedy rozkrzyżował nagle ręce i zwalił się w pół kroku na twarz z takim impetem, że pojechał po bruku. Z pleców sterczał mu krótki topór o szerokim ostrzu.

Ze zgiełku dobiegł mnie donośny jak trąba wrzask Smildrun: „Do wieży! Wszyscy do wieży!”, zbity na środku tłum zaczął się przerzedzać i wypluwać pojedynczych ludzi biegnących w naszym kierunku.

Przemknąłem jak cień w stronę leżącego Smildiego, przydepnąłem mu plecy i wyrwałem topór, a potem popędziłem z powrotem pod wieżę, słysząc za sobą tupot wielu stóp i znów chrapliwe skandowanie Ludzi Gryfów wołających swojego martwego ziomka.

– Wszyscy tu biegną – krzyknąłem do Benkeja. – Pospiesz się!

– Zajmij ich czymś, tohimonie – wycedził przez zęby. Z dziurki od klucza sterczało kilka gwoździ, wetknięta jednym końcem rozprostowana obręcz od małej beczki, zaś Benkej siedział bokiem, jakby nasłuchiwał czegoś, co odzywało się z zamka, i ostrożnie poruszał sterczącymi kawałkami żelaza.

– Potrzebuję czasu – powiedział, siedząc z przymkniętymi oczami.

– Nie ma czasu! – zawołałem z rozpaczą. – Zdobyłem topór! Wyrąbmy je!

– Zatrzymaj sobie ten topór – poradził uprzejmie, po czym stuknął kilka razy trzonkiem noża w gwóźdź i poruszył ostrożnie obręczą. Domownicy wpadli na dziedziniec pod wieżą.

– Benkej…!

W zamku coś szczęknęło, drzwi skrzypnęły i uchyliły się.

Wpadliśmy obaj do środka i zatrzasnęliśmy wrota w zupełnej ciemności.

Obmacałem drzwi na oślep. Nie było tu żadnej zasuwy, ale zostały haki. Zawora być może leżała gdzieś z boku, lecz w ciemnościach nie mogłem jej znaleźć. Na dziedzińcu pod wieżą wybuchł opętańczy wrzask, ktoś walił w drzwi, nie wiedząc, że są otwarte, słychać było tupot, krzyki, szczęk i świst żelaza.

– Osłaniać mnie! Otworzę! – krzyknęła Smildrun. – Chronić Smigralda! Zeżrę was żywcem, jeśli włos spadnie mu z głowy!

Znów tupot, wrzask, świst stali. Szmaciany łomot padającego ciała, bulgotliwy charkot.

A potem szczęk i zgrzyt klucza w zamku. I przekleństwo, bo otwartego zamka nie można już bardziej otworzyć.

Sięgnąłem po topór i namacałem haki na drzwiach i w ościeżnicy, chcąc wepchnąć tam stylisko, kiedy drzwi otworzyły się nagle i stanąłem twarzą w twarz ze Smildrun. Smildrun bez hełmu, czerwoną, lśniącą od kropel krwi rozbryźniętej na twarzy, z wybałuszonymi dziko oczami i wyszczerzonymi zębami niczym Azzina, Pani Żniw. Niewiele myśląc, chwyciłem ją za włosy i pociągnąłem do siebie, podbijając jej nogę kopnięciem. Runęła na mnie swoim wielkim, ciężkim ciałem, zwaliliśmy się do tyłu, Benkej skoczył do drzwi i pociągnął do siebie, a potem ze zgrzytem wepchnął topór na haki, blokując je zupełnie. Z tyłu rozległy się rozpaczliwe wrzaski i łomot, ktoś kopał w drzwi, ktoś skakał na nie, ale otwierały się na zewnątrz i nic to nie mogło dać.

A ja walczyłem rozpaczliwie na ziemi w kompletnych ciemnościach, przyduszony przez cielsko Smildrun, która wpychała mi przedramię w gardło, usiłując wyrwać drugie ramię, grube i śliskie jak ogromny wąż. Brakowało mi tchu. Przekręciłem się i uderzyłem Smoczycę kolanem w żebra z całej siły, potem zdołałem namacać jej dłoń i wykręciłem na zewnątrz w nadgarstku, czując, że wciąż ściska w niej wielki, kuty klucz do wieży. Udało mi się przerzucić jej wykręcone ramię nad głową i wyślizgnąć spod tłustego tułowia. Powinna była upaść na twarz, kiedy wyłamywałem jej bark, ciągnąc rękę do góry, ale zaparła się drugą ręką o podłogę i skowycząc chrapliwym głosem, zaczęła zginać wykręcone ramię w łokciu. Nie mogłem go utrzymać, mimo że ciągnąłem obiema rękami, bo była silna jak niedźwiedź. Kopnąłem ją w głowę i wyrwałem klucz z palców, a potem odskoczyłem od niej, namacałem w ciemnościach zamek, wepchnąłem klucz i przekręciłem. A potem wyrwałem go z dziurki.

Smoczyca stała już na nogach. W poblasku pożaru wpadającym przez wąskie okna na górze zacząłem coś widzieć w ciemności, czarne sylwetki majaczące w mroku, więc zobaczyłem, jak Benkej skoczył na Smildrun i dźgnął ją nożem, wrzasnęła wściekle i chwyciła tropiciela za gardło, pchnął jeszcze raz, uniosła go na jednym ręku i cisnęła o ścianę. Usłyszałem łomot, z jakim runął na posadzkę, łamiąc coś drewnianego.

Prześlizgnąłem się wzdłuż ściany do schodów, słyszałem, jak dyszy, stojąc na środku z rozłożonymi rękoma, usiłując coś namacać w ciemnościach. Stała mi na drodze.

Wróciłem pod drzwi, sięgnąłem po topór tkwiący na hakach i zdjąłem go. Usłyszała zgrzyt żelaza i rzuciła się do drzwi, a ja wywinąłem się w drugą stronę do schodów. Chwyciła mnie za nogę, runąłem na stopnie, zaczepiłem brodą topora o balustradę, wierzgnąłem wściekle do tyłu i ruszyłem do góry na czworakach. Wiedziała, że mam klucz, a ja chciałem odciągnąć ją od Benkeja, więc kiedy tylko stanąłem na nogach, gnałem na górę, aż zatrzymałem się na szczycie wieży, okrągłym kamiennym podeście nakrytym dachem na grubych słupach.

Słyszałem, jak tupie, pędząc za mną, i nie wiedziałem, co dalej.

Miałem topór i klucz. To wszystko.

Ze szczytu wieży widziałem, jak domownicy zbili się wokół drzwi i skulonego przy nich Smigralda, którego dwóch wojów osłaniało swoimi tarczami, stawiając coraz bardziej rozpaczliwy opór, wszędzie wokół leżały powykręcane ciała, rozrzucona broń i porąbane tarcze. Pod częstokołem nasza szopa i obora płonęły z hukiem, kładąc rudą łunę na całej okolicy.