Выбрать главу

Ludzie Gryfy atakowali domowników grupkami pod osłoną tarcz, ale pozostali kręcili się już niespiesznie po dziedzińcach, pili wodę z kubłów albo siadali, by chwilę odpocząć i potem zmienić tych, którzy wciąż rąbali zbitą pod wieżę grupkę domowników, ktoś gonił krzyczące kobiety, ktoś wyrzucał przez okna dworu srebrne naczynia, dźwięczące na kamieniach.

Grupa kupców musiała stanowić tylko forpocztę, być może to oni przywieźli tu złożone machiny, ale atakujących było dużo więcej.

Smildrun wynurzyła się z otworu w podłodze z mieczem w ręku i w jej spojrzeniu odmalowało się osłupienie.

– Szczurek! To ty?! – Uniosła brwi i patrzyła na mnie stojącego z toporem i kluczem w drugim ręku. – Nie bój się, mały. Tylko oddaj mi klucz – powiedziała najłagodniej jak umiała, wyciągając dłoń. – Wpuścimy naszych do środka. No już… Nic ci nie zrobię…!

W jej głosie zadźwięczały furia i rozpacz.

– Przecież stąd nie uciekniesz. Jesteś na wieży. No już, oddaj mi klucz.

– Weź go sobie, piękna Smildrun – wycedziłem i pokazałem jej klucz, a potem wsunąłem go za pazuchę kurty i ująłem topór drugą dłonią pod głowicą.

Pokręciła głową i ruszyła na mnie zdecydowanym krokiem, nawet nie unosząc miecza. A potem cięła niedbale i bardzo szybko. Zablokowałem jedno cięcie styliskiem topora, przed drugim się uchyliłem, ciąłem płasko, o włos chybiając jej twarzy, i odskoczyłem na drugą stronę wieży.

Z dołu rozległy się wrzaski.

Jedni krzyczeli: „Oddajcie nam przeklętą Smildrun, to was zostawimy!”, a drudzy: „Wpuść nas, Smildrun!”.

Oszczep przeleciał tuż nad balustradą wieży i zniknął po drugiej stronie, kilka strzał z bzyknięciem śmignęło obok, dwie wbiły się w belki dachu.

Smildrun rozejrzała się bezradnie, a potem nagle wskoczyła w otwór i z łomotem zbiegła po schodach.

– Wychodź, krwawa Smildrun! Spróbuj się z kimś, kto nie jest spętany! – wrzeszczał ktoś na dole. Inny skandował znów imię nieszczęsnego Harulfa.

Domownicy skorzystali z chwili spokoju i zbili się w okrytą dachem tarcz gromadę, jak kolonia morskich skorupiaków, wystawiając na zewnątrz jedynie ostrza włóczni.

Po chwili Lśniąca Rosą znów pojawiła się na szczycie wieży, wlokąc przed sobą zakrwawionego, bezwładnego Benkeja. Poruszył się i zajęczał słabo. Zatrzęsła nim jak ogar upolowanym skoczkiem, a potem szarpnęła na bok i przyłożyła mu ostrze do brzucha.

– Nigdzie stąd nie pójdziesz – powiedziała. – Ale on tak. Prosto w dół. Oddaj mi klucz albo rozpruję mu brzuch. Oddaj mi klucz, to pozwolę ci skoczyć. Zrób to, oddaj mi klucz, szczurku. Przecież tam jest Smigrald. Jest tam na dole. No dawaj! – wrzasnęła nagle z furią. – Albo patrz, jak go patroszę!

– Dobrze! – krzyknąłem z rozpaczą, bo naprawdę nie wiedziałem już, co robić dalej.

– Puść go, to rzucę ci klucz!

– Rzuć klucz, to go puszczę!

Wyjąłem klucz z zanadrza i wystawiłem za balustradę wieży.

– Puść go, bo rzucę.

Smildrun zaklęła, po czym pchnęła nagle Benkeja w moją stronę. Tropiciel runął bezwładnie na podest u jej stóp.

Uniosła miecz, więc rzuciłem jej klucz pod nogi. Podniosła go, wyprostowała się i zacisnęła dłoń na kutym żelazie. A potem znów zamierzyła się mieczem.

– Dlaczego, szczurku… – powiedziała z żalem w głosie. – Dlaczego? Jak mogłeś… Kochałam cię. I na pewno bym cię wypuściła.

Chwyciłem mocniej topór.

– Nie nazywam się szczurek – powiedziałem. – Jestem Filar, syn Oszczepnika, kaitohimon klanu Żurawia. A ty nie wypuszczasz niczego, na czym raz położysz ręce, słodka Smildrun.

Wyszczerzyła się nagle w dzikim uśmiechu.

– Smildrun bierze to, co chce – powiedziała. – I zawsze tak będzie.

Nagle rozległ się świst i z boku jej szyi wyrosło ostrze miecza z laski szpiega. Lśniąca Rosą wytrzeszczyła oczy i wydała z siebie upiorny charkot. Ostrze poruszyło się i schowało, a z rozrąbanej szyi bryznęła krew.

– To ja – powiedział Kalgard Kroczący Z Ogniem, dzierżąc zakrwawiony miecz. – Wróciłem do domu. Do mojego domu.

Smildrun odwróciła się do niego, nadal tryskając krwią z rany. Z jej szeroko otwartych, obłąkanych z bólu oczu potoczyły się łzy. Kalgard z wysiłkiem dźwignął oręż i ciął ponownie.

Potrzebował aż trzech cięć, by oddzielić głowę od drgającego ciała Smildrun, a potem podniósł ją za włosy i podszedł do balustrady.

– Smildrun Lśniąca Rosą nie żyje! – krzyknął chrapliwie. – Jestem Kalgard Kroczący Z Ogniem, styrsman tych ludzi! Przestańcie walczyć! Cokolwiek zrobiła wam moja żona, to się już skończyło. To koniec rządów Smildrun!

Głowa mojej niechcianej kochanki, mojej pani, mojego kata i mojego demona zarazem, trzasnęła z obrzydliwym odgłosem o bruk dziedzińca i potoczyła się Ludziom Gryfom pod nogi, zostawiając krwawy ślad.

– Niech rzucą miecze i tarcze – zawołał jeden z Gryfów. – To przestaniemy rąbać!

Domownicy pod wieżą zaczęli odrzucać z łomotem broń na kamienie.

Kalgard odwrócił się do mnie z twarzą bladą i lśniącą od łez.

– Zabiłem moją słodką Smildrun, Kirenenie. Mój dwór jest złupiony i spalony. Został mi na wychowanie jej syn, który nie jest mój.

– Ale teraz jesteś wolny – powiedziałem. – Odzyskałeś swój los i życie. Jeszcze niejednego możesz w nim dokazać.

– Ci ludzie są tu z twojego powodu? – zapytał, wskazując mieczem dziedziniec.

– Są z powodu Smildrun – odparłem. – I tego, co zrobiła. Taką wybrała drogę. I ja też mam swoją, i mój los również może do mnie powrócić. Wszyscy bowiem idziemy samotnie Pod Górę. Pamiętaj, co obiecałeś Hindowi, bogu wojów.

– Pamiętam – powiedział. – Weźcie, co chcecie, i odejdźcie jak najszybciej. I nigdy nie wracajcie.

Potem wyciągnięto nas z wieży, mnie i nieprzytomnego Benkeja. Kazano nam usiąść na zalanym krwią bruku wraz z innymi domownikami, pozbawionymi broni, rannymi i nierozumiejącymi, co się dzieje. Ci, którzy mieli dość siły, patrzyli tylko na leżące bezwładnie nagie, odarte z pancerza, bezgłowe ciało Smildrun, na jej głowę nabitą na włócznię i zatkniętą pośrodku majdanu.

Siedzieliśmy w blasku pełgających płomieni i czekaliśmy. Benkej ocknął się, ale był tak potłuczony, że ledwo mógł się ruszać. Kobiety łkały, ranni jęczeli w oszołomieniu, brocząc krwią na kamienie i siedzących wokół. Za ciałem Smildrun ułożono rzędem wszystkich zabitych domowników, a było ich dwunastu.

– Wybacz mi, tohimonie. Nie doceniłem jej. Była silna jak byk.

– Już nie żyje – powiedziałem. – My na razie tak. A co ma być, to będzie.

Po jakimś czasie ktoś wskazał mnie końcem miecza i kazał wstać. Był to szczupły woj w lamelkowej zbroi i skórzanej porozcinanej szacie, która sięgała do ziemi. Kiedy zdjął hełm, zobaczyłem, że to dziewczyna. Ta sama, której opowiedziałem kiedyś historię nieszczęsnego Harulfa.

Kazała mi iść ze sobą aż na główny dziedziniec, gdzie postawiono mnie przed prawomówcą – wyniosłym mężem w wyszywanym złotem niebieskim płaszczu, o związanych na karku długich złotych włosach i krótko przystrzyżonej brodzie, który siedział z posępną miną na własnym siodle postawionym na ziemi i popijał najlepszy miód Smildrun z okutego srebrem rogu.

Zapytano mnie o imię, potem kazano pokazać moje piętna i wyjaśnić, skąd wziąłem się w Ziemi Żeglarzy i jak zostałem niewolnym. Potem musiałem opowiadać, jak wiodło mi się w niewoli u Smildrun i co stało się z Harulfem oraz tym drugim, zwanym Snakaldi Serdeczna Dłoń.

Trwało to dosyć długo, po czym prawomówcą myślał przez jakiś czas, a następnie wstał i wymachując rogiem, z namaszczeniem wygłosił zebranym kilka wierszy, w których było coś o właściwym postępowaniu, rozsądku, tym, co to znaczy być człowiekiem, o skalnych wilkach i o bogach. Wiersze te były tak kunsztownie ułożone, że niewiele z nich pojąłem, lecz woje wokół kiwali z powagą głowami i wyglądali na poruszonych. Prawomówcą, zadowolony z efektu, jaki wywołał, wygłosił jeszcze wiersz, który jak zrozumiałem, dotyczył sztuki warzenia piwa i było też tam coś o cieknącej łódce, a także o owocach przechowywanych na zimę i tym, że niektóre gniją, a słowa te zrobiły jeszcze większe wrażenie.